Kontrowersyjny ksiądz

Proboszcza Kobylan jedni chwalą za gospodarskie oko, inni krytykują za dryl, który wprowadza dzieciakom na katechezie. Rodzice skarżyli się nawet do kurii.

Kobylany – niewielka miejscowość w gminie Zabierzów, położone w bardzo malowniczej okolicy. Łagodne wzgórki, piękne widoki przyciągają coraz to nowych mieszkańców m.in. z Krakowa. Wieś się rozrasta, podobnie jak miejscowa parafia. Jeszcze niedawno stała tu niewielka kaplica, teraz działa kościół (na razie bez elewacji) i plebania. Szkoła w Kobylanach leży tuż przy kościele. Ksiądz Józef Iwulski uczy w niej od lat. I, jak twierdzą niektórzy nauczyciele, wymaga za dużo.

- Dzieci po prostu się go boją – mówi jedna z nauczycielek (prosi o anonimowość, bo jej córka chodzi na katechezę do proboszcza). – Chore, nie chore, do szkoły przychodzą specjalnie na religię.

Z gorączką – opowiada. Nauczycielka twierdzi, że najwięcej problemów jest z przygotowaniem dzieciaków do sakramentów. Komunie, bierzmowania to kłopoty, płacz dzieci. – Nie od wczoraj uczę w tej szkole i widzę, co się dzieje. A dzieje się źle, a ludzie trochę boją się mówić – ciągnie.

Jej córka też miała problemy z ks. Iwulskim. – Przy przygotowaniu do komunii stworzył tak nerwową atmosferę, że córka nie potrafiła dotrwać nawet do końca niedzielnej mszy. Robiło jej się słabo, więc wychodziła z kościoła. Zaraz ludzie gadali, jak to na wsi. Zaczęłam więc wozić ją w niedzielę do innych kościołów. Ksiądz wtedy powiedział: skoro chodzi na mszę gdzie indziej, to niech i do komunii idzie tam – opowiada.

Skargi i upomnienia
Problemy były również z komunią córki pani Ireny Siudek. Sprawa skończyła się skargą w kurii na ks. Iwulskego. – Proboszcz stwierdził, że moje dziecko nie jest przygotowane, bo dwa tygodnie nie chodziło na religię. A wiedział doskonale, że wtedy musieliśmy wyjechać do Krakowa w dramatycznej rodzinnej sprawie. Wiedział, a i tak nadal się upierał. Zamiast przygarnąć moją córkę, bo przecież nadrobiłaby materiał, potraktował ją jak jakiegoś odrzutka – mówi Irena Siudek, mama dziewczynki.

Pojechała do kurii, aby poskarżyć się na tę sytuację. Towarzyszyła jej ówczesna dyrektorka szkoły, Halina Ambroży. – Interweniowałam, bo nie mogłam przejść obojętnie – tłumaczy pedagog. Dodaje, że wówczas księża z kurii zadzwonili do ks. Iwulskiego i go upomnieli. – Ale inni rodzice nawet nie kiwnęli palcem, żeby wstawić się za tą dziewczynką. Nikt nie zareagował, mimo że widzieli, że dziecko jest odtrącone! – Ambroży nie kryje oburzenia. Jej zdaniem rodzice powinni reagować, sprowokować dyskusję, wykonać jakiś krok, a nie czekać, aż zrobią to nauczyciele i dyrekcja szkoły. – Po tej historii stwierdziłam, że nie będę się już wtrącać – dodaje zrezygnowana. – Jestem zbulwersowana, że rodzice boją się uczynić jakiś ruch – kwituje.

Skargę na księdza w kurii złożyła kilka lat temu również Edyta Hrabia. – Pojechałam tam z mężem, bo już dłużej nie mogliśmy znieść tej nerwówki – mówi zdenerwowana. O co poszło? Pani Edyta ma dwóch synów. Gdy jeden z nich szedł do komunii, zaczęły się problemy. – Ksiądz był bardzo wymagający. W końcu na tydzień przed komunią powiedział nam, że trzeba ją przesunąć, bo dzieci są niedouczone – denerwuje się matka chłopca. – Podniosła się wrzawa. Powiedzieliśmy, że skoro ten ksiądz nie chce udzielać komunii, to może zaprosimy innego. Ksiądz Iwulski stwierdził wtedy, że jestem bezczelna. Koniec końców komunii udzielił inny ksiądz, z Nowej Huty – opowiada pani Edyta.

Inny problem pojawił się, gdy jej synom potrzebne były tzw. indeksy do gimnazjum.

- Starszy dostał wpis z religii, a młodszy był z pięć razy i nie dostał – dodaje Edyta Hrabia. Pojechała z mężem do kurii. – Ksiądz z kurii zadzwonił do proboszcza, rozmawiali z pół godziny. Proboszcz przedstawił mojego syna jako tego co się nie uczy, nie chodzi do kościoła, nie prowadzi katechizmu. Aż się poryczałam. Pokazałam mu katechizm, pięknie wypełniony przez syna – mówi kobieta. Do kurii taka skarga rzeczywiście wpłynęła, jednak jej przedstawiciele nie chcą tego dzisiaj komentować.

Pani Edyta bierzmowała synów w kościele w Bolechowicach. Chciała oszczędzić sobie stresu.

Parafianie opowiadają też, że ks. Iwulski straszył ich niedopuszczeniem do sakramentów. – Raz nie byłam na spotkaniu do bierzmowania i powiedział, że mnie nie dopuści do sakramentu – mówi Sylwia Czeszyk, która kilka lat temu uczyła się religii u ks. Iwulskiego. – Stwierdziłam, że skoro tak, to pójdę do bierzmowania w innej parafii. W końcu jednak nas dopuścił – dodaje.
Złe doświadczenia z bierzmowaniem miał również Mateusz. – Namęczyłem się straszliwie. Ksiądz to człowiek, który nie znosi dyskusji ani słów sprzeciwu, ma bzika na punkcie swojego autorytetu – wylicza. Mateusza jednak w końcu do sakramentu dopuścił. Inaczej stało się w przypadku jego brata. – Brat się z nim pokłócił. Trochę jego winy w tym było, za butny był trochę – macha ręką. Nie chce rozmawiać o szczegółach ani podawać nazwiska. To mała miejscowość. Mama nie byłaby zadowolona.

Dyscyplina jest ok
Dziś niektórzy rodzice są ostrożni. Pani Iwona w tym roku posłała córkę do klasy z ks. Iwulskim, ma iść do komunii. – Wiem, że dzieci się na niego skarżą. Jeśli będzie za ostry dla mojej córki, od razu przeniosę ją do innej szkoły – deklaruje. Dyrektor szkoły w Kobylanach przyznaje, że katecheta ma opinię bardzo wymagającego, obowiązkowego i sumiennego. – Wymaga od innych i od siebie – mówi Barbara Wiecheta. Dodaje jednak, że żadnych oficjalnych skarg np. od rodziców na księdza nie było. A współpraca dyrekcja szkoły – katecheta układa się dobrze.

Są jednak parafianie, którzy księdza bronią. – Złego słowa nie damy powiedzieć na niego. A jak dzieci uczyć się nie chcą, to potem mają problemy z własnej winy – mówią. Pani Aneta, której córka w tym roku idzie do komunii i uczy się u proboszcza, nie ma do niego zastrzeżeń. – On po prostu wymaga, ale przecież to dobrze. Moja córka nigdy się nie skarżyła. Przeciwnie, przynosiła same piątki – mówi kobieta. Jak najlepsze zdanie ma o proboszczu sołtys wsi, Kazimierz Kapelan. – Dzięki niemu ten kościół się rozbudował. Bardzo dobrze się nam współpracuje. On dba nawet o cmentarz, chociaż jest gminny – mówi. – A dyscyplina dzieciom potrzebna. Bez niej do niczego się nie dojdzie. Czy to źle, że on wszystkiego skrupulatnie przestrzega? – dodaje.

- W mojej wsi są cudowni ludzie. Dzięki nim przez pięć lat buduję kościół – odwdzięcza im się ks. Iwulski. Jednocześnie zaprzecza, jakby był nazbyt surowy dla swoich podopiecznych. – Wymagam, ale od siebie także. Zawsze znajdą się tacy, którym się to nie podoba – podkreśla. Dodaje, że nigdy nie straszył dzieci niedopuszczeniem do sakramentu, jeśli raz ich nie było na katechezie. – Nie wiem skąd się wzięły te pogłoski, że jestem surowy. Przecież mam konkretny program, który dziecko musi zrealizować – tłumaczy.

Dodaje też, że niektórzy rodzice, np. z zawodowym wykształceniem, nie mogą dobrze ocenić zakresu tego materiału. – Zdarzało się nieraz, że przychodzili do mnie i mówili, że jestem surowy. Ale jak mam reagować, gdy dziecko jest nieprzygotowane ? – pyta.
Skarg do kurii na swoją osobę proboszcz nie pamięta. – Ktoś chce na tym całym temacie swoją pieczeń upiec – kwituje sytuację. – Nieprawda. Po prostu trzeba dać odetchnąć dzieciakom – mówi Edyta Hrabia. – Przecież nie chodzą na religię za karę – kwituje.

[2010] GazetaKrakowska.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

%d bloggers like this: