Ksiądz śmiertelnie potrącił dziecko. Sądy uniewinniają duchownego

Sprawa tragicznej śmierci 11-letniego Marcina Narzewskiego z Konarzyc, śmiertelnie potrąconego przez księdza Wojciecha Z., byłego dyrektora łomżyńskiej „Caritas” znajdzie swój finał w Sądzie Najwyższym.

Chce tego zarówno prowadząca sprawę prokuratura jak i rodzice dziecka, którzy od lat nie mają wątpliwości co do winy kierowcy i nie ustają w walce o jego ukaranie.

Osobnym wątkiem sprawy jest śledztwo odnośnie policjantów, którzy przyjechali na miejsce zdarzenia. Prokuratura wciąż sprawdza, czy wypełnili należycie swoje obowiązki.

Wspomniana tragedia wydarzyła się cztery lata temu w czerwcu. Wówczas to kierujący seatem ksiądz uderzył w jedenastoletniego Marcina, gdy ten przejeżdżał rowerem na oznakowanym przejściu na drodze do szkoły w Konarzycach. Rower dostał na pierwszą komunię, którą otrzymał zresztą z rąk księdza Wojciecha.

Od tamtej pory rodzice chłopca przez lata dobijają się do każdych możliwych drzwi o sprawiedliwość. Tych sądowych, prokuratorskich, a jak było trzeba i ministerialnych. Jednak jak dotąd księdza nie spotkała żadna kara, przynajmniej ze strony tej ziemskiej sprawiedliwości. W połowie sierpnia Sąd Okręgowy w Łomży utrzymał w mocy uniewinniający duchownego wyrok sądu pierwszej pierwszej instancji. Prowadzącym sprawę śledczym został już tylko ostatni krok.

– Zdecydowaliśmy o skierowaniu do Sądu Najwyższego w Warszawie kasacji od wyroku Sądu Okręgowego w sprawie przeciwko Wojciechowi Z., oskarżonego o spowodowanie wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym – poinformował wczoraj Adam Kozub, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Białymstoku. – Przestępstwo to jest zagrożone karą od 6 miesięcy do 8 lat więzienia.

– Niech nawet w zawieszeniu wyrok dostanie, ale ktoś kto potrąca dziecko na oznakowanym przejściu w biały dzień nie może uniknąć kary – komentował wczoraj decyzję Romuald Narzewski, ojciec Marcina. – Owszem, dziecko nie powinno wjeżdżać na przejście, ale on nawet nie spróbował go wyminąć gdy hamował.

Ojciec nie wierzy biegłym, którzy stwierdzili że kierowca w sutannie tylko nieznacznie przekroczył dozwoloną prędkość. Do tej pory nie przeprowadzono eksperymentu procesowego by odtworzyć przebieg wypadku. Pan Romuald na własną rękę zbiera dowody na to, że ksiądz jechał za szybko i wnioskuje do prokuratury by włączyć je do akt postępowania. Tego w sprawie łomżyńskiej policji. O winie księdza ma też przesądzać fakt, że prowadził auto, choć miał rękę w gipsie.

– W Boga wierzymy, ale po tym wszystkim do kościoła to już oboje nie możemy chodzić – mówi pani Janina, matka chłopca. – I nie spoczniemy, dopóki nie doczekamy sprawiedliwości. I to tej ziemskiej.

Wspolczesna.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: