Wyrok na księdza z Pszenna za molestowanie ministrantów prawomocny

Po tym wszystkim mam tylko jedno marzenie: żeby ksiądz, który molestował seksualnie mojego syna, nie trafił do innej parafii i nie skrzywdził innych dzieci – mówi matka Roberta, kiedyś ministranta.

We wtorek, po dwóch latach procesu, świdnicki sąd orzekł: Edward P., proboszcz parafii w Pszennie, molestował seksualnie dwóch ministrantów. Skazał księdza na rok więzienia w zawieszeniu.

W piątek ks. biskup Edward Janiak z wrocławskiej Kurii Metropolitalnej ogłosił: – Jak tylko dostaniemy wyrok, odwołamy proboszcza z parafii.

Myślałam, że to fanaberie
Początek lat 90. Robert przystępuje do komunii świętej. Po uroczystości ogłasza w domu: – Będę ministrantem! Rodzice, ludzie niezamożni i bardzo pobożni, oczywiście zgadzają się. Ówczesny proboszcz to ulubieniec parafii. Garnie się do niego młodzież, bo organizuje pielgrzymki i wycieczki. Dla starszych jest autorytetem moralnym i duchowym. Robert do kościoła chodzi 3-4 razy w tygodniu. Jest wzorowym uczniem w szkole. – Śmiałam się, żeby nie przesadzał, bo przecież ma zostać piekarzem, a nie księdzem – opowiada Krystyna, jego matka. Po kilku latach uwielbiany proboszcz odchodzi do innej parafii. Kuria sprowadza z Jawora księdza Edwarda P. – Nowy ksiądz nie budził sympatii. Kontakty z parafianami stały się oficjalne. Na początku myśleliśmy, że to było spowodowane smutkiem po rozstaniu z poprzednim proboszczem – wspomina jeden z byłych członków Rady Parafialnej. Robert ma wówczas 14 lat. Po kilku miesiącach w szkole z prymusa staje się przeciętniakiem. Do kościoła nie chce chodzić nawet raz w tygodniu. Matka zmusza go prawie siłą. – Myślałam, że to fanaberie okresu dojrzewania. No bunt taki i odwrócenie się do świata plecami – mówi. Sytuacja taka trwa ponad rok.

Niech pani spyta syna
Koniec 1999 roku. Pani Krystyna pracuje w sklepie spożywczym, jednym z dwóch w Pszennie. Co jakiś czas klientki plotkują. – Słyszała pani, co ten ksiądz robi z ministrantami? Nie?! Niech pani syna zapyta. Krystyna: – Po którymś tam razie zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi. Nawet przez myśl mi nie przeszło to, o czym się później dowiedziałam. Matka próbuje delikatnie wypytać syna, co słychać w parafii. Jaki jest ksiądz? Co robi? Syn wyznaje jej wszystko. – Jakby grom z nieba na mnie spadł. Nie wiedziałam co począć, czy syn nie zmyśla… Razem z mężem poszli do proboszcza. Ksiądz wyrzucił ich za drzwi. – Postanowiliśmy donieść o wszystkim do prokuratury. Gdybyśmy wtedy wiedzieli, co nas czeka, to nie wiem, czy byśmy się na to zdecydowali.

W różnych okolicznościach
Doniesienie o przestępstwie popełnionym przez księdza wpłynęło do prokuratury w lutym 2000 roku: „Proszę o zbadanie sprawy molestowania mojego syna przez księdza Edwarda P. w listopadzie i grudniu 1998 roku, dokonane poprzez obmacywanie części intymnych jego ciała”. Prokuratura błyskawicznie, bo jeszcze w tym samym miesiącu, wszczyna śledztwo. Po kilku miesiącach oskarża proboszcza. Sprawa trafia do sądu. Robert nie służy już do mszy. Cała rodzina, z wyjątkiem najmłodszego syna, który ma przystąpić do komunii, przestaje chodzić do kościoła. Podczas procesu Robert zeznaje, że ksiądz dotykał jego i innego ministranta w różnych sytuacjach. Podczas sprzątania kościelnej wieży obejmuje go stojącego na drabinie. Ksiądz wyjaśnia sądowi, że tylko przytrzymywał chłopca. Kiedy ministrant przybija pieczątki, proboszcz kładzie mu rękę na udzie i przesuwa w stronę kroku. Ksiądz tłumaczy, że tylko pokazywał, jak to robić. Podczas jazdy samochodem zamiast chwycić za drążek biegów dotyka. – To przypadek. Samochód był mały, a jechaliśmy w czwórkę – przekonuje Edward P. Biegli psychologowie twierdzą, że Robert nie zmyśla. Księdza obciąża też drugi ministrant. Sąd daje wiarę pokrzywdzonym. W czerwcu 2002 roku skazuje proboszcza na rok więzienia w zawieszeniu na 4 lata. Obrońcy wnoszą apelację, ale świdnicki Sąd Okręgowy utrzymuje wyrok w mocy. – Cieszyliśmy się jak dzieci – mówi ojciec Roberta

Sprawa dzieli wieś
Ludzie z Pszenna twierdzą, że o sprawie dowiedzieli się na mszy, od księdza. Trzy czwarte mieszkańców odwróciło się od Roberta i jego rodziny. – Szłam kiedyś przez wieś i powiedziałam jednej kobiecie „dzień dobry”, a ona odwróciła się i pokazała mi tyłek. – mówi matka Roberta. Inni wyzywali: – Ty rozum, babo, straciłaś, że to robisz! Niektórzy grozili: – Możesz i młodszego, i starszego syna stracić. Matka Krystyny wysłuchiwała: – Jakby pani kozę urodziła, a nie taką wyrodną córkę, to miałaby pani więcej pożytku. Dawałaby mleko. Z Roberta naigrywali się rówieśnicy: – Co?! Proboszcz ci dogodził? Krystyna: – Bałam się, że wyjdę kiedyś wieczorem na wieś i nie wrócę. Do kościoła zabroniła chodzić nawet najmłodszemu synowi (także chciałby być ministrantem; ze sprawy za dużo nie rozumie). – Zdecydowałam się zawiadomić prokuraturę właśnie ze względu na mojego najmłodszego i inne dzieci. Żeby to się nie powtórzyło. Ale liczyłam się z tym, że wieś może nas napiętnować – przyznaje Krystyna. Mieli też sprzymierzeńców. Właściciel sklepu dorywczo zatrudnił ojca chłopaka. – Spotkali się z ostracyzmem, obojętnością i atakami. Musiałem im pomóc – wyjaśnia. Kuria odeśle proboszcza Przeciwnicy rodziny uważają, że rodzice Roberta mszczą się na proboszczu. Mówią, że matka chłopca chciała wyciągnąć od księdza pieniądze za to, że syn brał udział w kolędzie. Pani Krystyna przyznaje: – Syn pomagał chodził po kolędzie. Ludzie dawali pieniądze i jemu, i księdzu. Proboszcz nie dał chłopakowi ani złotówki. Inni przypominają kłótnię pani Krystyny z z właścicielką wynajmowanego przez nią mieszkania. Też podobno poszło o pieniądze. Krystyna ucina: – To nie ma nic wspólnego ze sprawą molestowania. W dniu ogłoszenia wyroku w Pszennie nikt nie odprawił mszy wieczornej. Ludzie czekali pod kościołem. Nie wiedzieli, co się stało. Ksiądz był wówczas prawdopodobnie w kurii. Nie udało nam się z nim porozmawiać. W parafii nikt nie otwierał drzwi. Gdy telefonowaliśmy, ktoś odłożył słuchawkę. – Ksiądz zamknął się w sobie. Bardzo boleśnie to przeżył. Sprawa jest delikatna i niejednoznaczna – mówi ks. biskup Edward Janiak z wrocławskiej Kurii Metropolitalnej. – Jak tylko dostaniemy pocztą wyrok sądowy, postanowimy, co zrobić z księdzem. Prawie ze stuprocentową pewnością mogę powiedzieć, że odwołamy go z parafii w Pszennie. Prawdopodobnie ksiądz trafi do pracy administracyjnej w kurii. Robert, dziś 18-latek, pracuje w piekarni i uczy się w Świdnicy. Sprawy nie chce wspominać.

[2003] Gazeta.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: