FiM – Dwa lata dla brata

Podwójny zabójca w sutannie kupił sobie pobłażliwość sądu. Zapłacił za to 140 tys. zł…

Sąd Rejonowy w Gorzowie Wielkopolskim skazał 31-letniego Mieczysława Lewockiego na 2 lata pozbawienia wolności, 5 lat zakazu prowadzenia pojazdów i publikację wyroku w lokalnej gazecie.

Za cóż owa kara? Ot, życie dwóch ludzi, których w pijanym widzie pozbawił życia podczas szaleńczej jazdy samochodem. Kodeks karny stanowi, że za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym w stanie nietrzeźwości (gdy zawartość alkoholu we krwi przekracza 0,5 promila) sprawcy grozi od roku do 12 lat więzienia. Według statystyk sądowych, średni wyrok za podobne przestępstwo w przypadku jednej ofiary śmiertelnej wynosi 3 lata i 3 miesiące więzienia. Z dokonanej przez nas analizy zapadłych w Polsce w okresie 2007–2008 wyroków na pijanych kierowców mających na sumieniu dwie ofiary wynika, że taki szosowy zabójca nie dostaje mniej niż 5 lat odsiadki. Dlaczego Lewocki zainkasował zaledwie dwa? Ano dlatego, że on nie jest pierwszym z brzegu obywatelem, lecz znanym z pobożności duchownym katolickim (na zdjęciu z przepaską), i to w dodatku cieszącym się dobrą opinią. Mało tego: faktycznym winowajcą był w zasadzie Pan Bóg, który tak akurat zrządził, żeby ojciec wraz synem poszli do piachu. Kpimy? Nic z tych rzeczy. Dokładnie takie argumenty usłyszeliśmy na sali sądowej!

O wyczynach o. Mieczysława Lewockiego – zakonnika ze Zgromadzenia Braci Mniejszych Kapucynów, sprawującego funkcję wikariusza w gorzowskiej parafii św. Antoniegoz Padwy i Stanisława Kostki – pisaliśmy przed dwoma miesiącami („Zabójczy kapucyn” – „FiM” 10/2008).

Przypomnijmy: 7 października 2007 r. ok. godz. 3 w nocy pewna sympatyczna panienka odwiozła do klasztoru „zwłoki” o. Mieczysława. Wcześniej przez pięć godzin chlał gorzałę i tańczył na „imprezie integracyjnej” zorganizowanej w Torzymiu przez bank, z którym kapucyni koniecznie pragnęli się zintegrować; w klasztorze trochę odparował. Pech chciał, że miał tego niedzielnego poranka zaplanowane nabożeństwo na peryferyjnym osiedlu Gorzowa; dla poprawienia złego samopoczucia łyknął tuż przed wyjazdem (jeśli wierzyć zeznaniom mnicha) specjalnego balsamu kapucyńskiego, kopiącego mocą 60 „woltów” zawartego w nim alkoholu (o czym podobno nie miał bladego pojęcia…) i siadł za kółkiem. – Ten balsam był wyrafinowanym i nie ostatnim zresztą kłamstwem. Kto je wymyślał, pomińmy, w każdym razie stworzono tę wersję, żeby jakoś wytłumaczyć stan nietrzeźwości o. Lewockiego – ujawnia znany nam gorzowski ksiądz; gnał do wiernych, umilając sobie podróż rozmową telefoniczną z uczynną „sympatyczną panienką”, która towarzyszyła mu po bankiecie. Na odcinku, gdzie doszło do tragedii, miał na liczniku ponad 115km/godz., choć obowiązuje tam ograniczenie do 50 km/godz.; była godz. 9.15, gdy przekroczył linię ciągłą i zjechał na przeciwległy pas ruchu. Zamroczony, nawet nie zdążył przyhamować, idąc na „czołówkę” ze skodą felicią. Jadący nią 63-letni mężczyzna i jego 32-letni syn ponieśli śmierć na miejscu; stopnia nietrzeźwości o. Mieczysława nie dało się precyzyjnie określić, bowiem tak sprytnie grał na zwłokę, że krew pobrano mu dopiero półtorej godziny po wypadku. Według obliczeń biegłego sądowego dr. Tomasza Janusa, o godz. 9.15 zakonnik miał we krwi 0,5–0,6 promila alkoholu, czyli ponad wszelką wątpliwość znajdował się w stanie nietrzeźwości skutkującym zaostrzeniem odpowiedzialności karnej.

Kapucyni załatwili konfratrowi dwóch najdroższych w mieście adwokatów: Krzysztofa Łopatowskiego i Jerzego Synowca. – Wzięli tę sprawę całkiem za darmo, na osobistą prośbę księdza prałata Witolda Andrzejewskiego (kapelan policjantów i proboszcz parafii Niepokalanego Poczęcia NM Panny – dop. red.), któremu w Gorzowie po prostu się nie odmawia. Dlaczego? Ksiądz Witold załatwia tutejszej elicie wiele formalności, z którymi ci ludzie mogliby mieć wiele kłopotów. Ma bardzo wielu dłużników wdzięczności– twierdzi duchowny z Gorzowa. Córce starszego z mężczyzn zabitych w wypadku ubodzy mnisi wypłacili 100 tys. zł odszkodowania, a matce młodszego (wdowa z pierwszego małżeństwa) – 40 tys. zł; gdy od pokrzywdzonych rodzin dostali na papierze zaświadczenia o ich „pojednaniu” z o. Lewockim, zakonnicy rozpoczęli intensywną kampanię medialną. W lokalnych gazetach pojawiały się inspirowane przez nich wzmianki typu: „Zakonnik przyznał się do winy i nawiązał kontakt z rodziną, która mu wybaczyła”, albo ordynarne wręcz sugestie, że „dla sądu znaczenie może mieć też fakt, że zakonnik pojednał się z bliskimi ofiar”. Kłamali – jak to wielebni… – Lewocki przychodził do mojego domu z jakimś swoim koleżką z zakonu i usiłowali mnie przekupić za podpis na oświadczeniu o pojednaniu. Nawet słówka nie pisnęli, że potrzebują tego do sądu. Mówili, że rodzina męża z jego pierwszego małżeństwa już podpisała, więc dostała pieniądze. Obiecywali, że jeśli ja też podpiszę, to wypłacą mi 20 tys. zł. Byli bardzo pewni swego, twierdząc, żebym nie liczyła na jakieś odszkodowanie za zabitego męża, bo mi się nie należy i sąd mi go na pewno nie przyzna. Podpisałam Lewockiemu papier, że mu wybaczam, ale nie wzięłam od nich pieniędzy, bo w ogóle nie rozumiem, jak można kupować przebaczenie. Ja potrafię tylko z serca. Nigdy za jałmużnę. A gdy już kapucyni mieli w ręku ten kwit, całkowicie stracili zainteresowanie moim losem i zdrowiem, zaś Lewockiego zobaczyłam ponownie dopiero na sali sądowej – nie może opanować łez Wiesława P., wdowa (żona z drugiego małżeństwa) po zabitym 63-latku. Powtarzane przez media łgarstwa kapucynów o „nawiązanym kontakcie”, szczerym pojednaniu i wybaczeniu, zostały obnażone z chwilą rozpoczęcia procesu, gdy Wiesława P. zasiadła obok prokuratora w charakterze oskarżycielki posiłkowej…

Cały przewód sądowy toczył się de facto wokół jednego tylko wątku: zawartości alkoholu we krwi o. Lewockiego w chwili wypadku. Kwestia ta miała dla obrony fundamentalne znaczenie, bowiem zejście poniżej bariery 0,5 promila oznaczało dla wielebnego obniżenie górnego zagrożenia z 12 do 8 lat ewentualnej odsiadki (dolnego: z roku na 6 miesięcy). I choć wiadomo było, że niema w Polsce takiego sądu, który by wtrącił księdza katolickiego na 12 lat do więzienia za cokolwiek, prawnicy o. Mieczysława walczyli jak lwy o podważenie obliczeń dr. Janusa. Zabiegi te spełzły na niczym, gdy renomowany Instytut Ekspertyz Sądowych im. prof. Jana Sehna w Krakowie orzekł, że „zawartość alkoholu we krwi oskarżonego Mieczysława Lewockiego wynosiła 0,5–0,6 promila, czyli w chwili zdarzenia znajdował się on w „stanie nietrzeźwości w rozumieniu kodeksu karnego”. Wobec twardej i jednobrzmiącej opinii biegłych sędziemu Andrzejowi Krzyżowskiemu nie pozostało już nic innego, jak tylko zakończyć proces.

Zatrzymajmy się chwilę przy sylwetce tego reprezentanta Temidy.– Młody i dobrze rokujący rozjemca, ale jako karnista – jeszcze nieopierzony. Dzięki wynikom egzaminu jako jedyny ze swojej grupy aplikantów otrzymał etat asesora. Musiał się spieszyć z wyrokiem, bowiem 5 maja upływało mu wotum na orzekanie, tymczasem z terminem jego ewentualnej nominacji sędziowskiej jeszcze nic nie wiadomo. Gdyby procesu nie zakończył w kwietniu, przewód musiałby zostać najprawdopodobniej powtórzony. Obawiam się, że sprawę księdza powierzono mu nieprzypadkowo, bo przecież asesorzy nie mają formalnego przymiotu niezawisłości. Zauważyłem, że niektórzy z nich podczas orzekania bardziej myślą o oczekiwaniach przełożonych w kontekście swojej przyszłej nominacji niż o sprawiedliwym wyroku. Ale tego konkretnego przypadku nie chcę komentować – zastrzega starszy kolega sędziego Krzyżowskiego.

Ostatnia rozprawa odbyła się 24 kwietnia. O dziwo, pofatygował się na nią osobiście ks. Andrzejewski, co dla znających lokalne układy świadczyło o jednym…– Chce swoją obecnością przypomnieć, że czuwa, aby ktoś się nie wychylił i nie przekroczył ustaleń zapadłych w zaciszu gabinetów – wytłumaczył nam gorzowski prawnik. Prokurator zażądał dla podwójnego „szosowego zabójcy” 6 lat więzienia oraz orzeczenia zakazu prowadzenia pojazdów na 10 lat. Poparł ten wniosek pełnomocnik oskarżycielki posiłkowej domagający się też dla niej odszkodowania (20 tys. zł) i finansowego zadośćuczynienia(10 tys. zł) za krzywdy wynikające z tragicznej śmierci męża. Gdy głos zabrała wdowa, o. Lewocki pobladł.

– Przebaczenie? Jemu i jego kolegom zależało tylko na tym, żeby wyłudzić ode mnie zaświadczenie. Od rodziny męża po prostu je kupili. „Jeśli zabiłeś – zapłać, to dostaniesz mniejszą karę” – taka jest ich filozofia. Gdy okazało się, że mnie kupić nie można, żaden nigdy nie zainteresował się moim losem – demaskowała obłudę wielebnego i jego konfratrów Wiesława P. Adwokaci zakonnika powalili słuchaczy (a wkrótce okazało się, że również sąd) na kolana.
– To Pan Bóg zrządził, że w tym nieumyślnym wypadku śmierć poniosło dwóch ludzi – stwierdził mec. Łopatowski;
– To diabeł wykorzystał okazję, że oskarżony spieszył się na mszę świętą, choć nie powinien jechać – polemizował z kolegą mec. Synowiec.

Werdykt: 2 lata. A jak go uzasadniono? „Wprawdzie oskarżony rażąco naruszył zasady ruchu drogowego, ale było to tragiczne zdarzenie, a nie umyślne zabójstwo. Na jego korzyść przemawia nienaganny tryb życia, szczere przyznanie się do winy oraz godna podkreślenia próba pojednania się z rodziną ofiar” – mówił bez cienia wstydu na obliczu sędzia Andrzej Krzyżowski. Wdowie nie przyznał nawet symbolicznej złotówki!!! Wychodząc z sali rozpraw, ksiądz Andrzejewski nie chciał komentować wyroku, ale zdawał się być w pełni usatysfakcjonowany, choć pełnomocnik Wiesławy P. już zapowiedział apelację.

[2009] FaktyiMity.pl Nr 19/2009

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: