Policja kryła sprawcę wypadku, bo to ksiądz

19-letni Remigiusz Janiak z małej wsi pod Lublinem był świetnie zapowiadającym się sportowcem, a dziś jest kaleką chodzącym o kulach. Poturbował go samochód, kierowca uciekł z miejsca wypadku. Rodzina rannego, nie mogąc doczekać się na działanie policji, sama znalazła świadka zdarzenia.

Wszystko wskazuje na to, że sprawcą jest ksiądz z pobliskiej parafii. Ale dopiero po nagłośnieniu sprawy przez rodzinę Remigiusza policja przesłuchała kapłana.

– U nas ksiądz i policjant to świętość – tłumaczy rodzina chłopaka. I oskarża policję, że chciała zatuszować sprawę.

Mógł być sportowcem
13 czerwca 2005 r., pierwsza w nocy. Poboczem drogi z Korolówki do Włodawy wraca z festynu dwóch chłopaków. Pili piwo, więc nie jadą rowerami, lecz je prowadzą. Jeszcze kilometr i będą w domu. Jednemu z nich dzwoni komórka. Przystaje na chwilę, rozmawia. Remigiusz odchodzi kilkadziesiąt metrów. Kiedy się odwraca, oślepiają go długie światła samochodu. Rozpędzone auto jedzie wprost na niego. To ostatni obraz, jaki zapamiętał z tamtej nocy. Świadkowie widzieli, jak kilka razy przekoziołkował w powietrzu i upadł na szosę. Kierowca pognał dalej, wlokąc za sobą rower.

Remigiusz przez dwa miesiące jeździł na wózku. Po sześciu miesiącach nadal ma szynę w nodze i barku. Do końca życia będzie kaleką. – Moja lewa ręka nigdy nie będzie taka jak kiedyś – mówi nam Remek ze łzami w oczach, patrząc na zdobyty przed wypadkiem tytuł wicemistrza w zapasach w woj. lubelskim. Teraz z trudem chodzi o kulach.

Rozpaczliwe ogłoszenie
– To był fiat punto. Druga albo trzecia wersja – mówi kierowca, który udzielił Remkowi pierwszej pomocy i wezwał policję oraz pogotowie. – Wracaliśmy z Warszawy ze znajomymi. Fiat, który nas wyprzedził, musiał jechać jakieś 120-130 km/godz., my jechaliśmy prawie setkę. Po kilometrze zobaczyliśmy chłopaka leżącego na ulicy. Obok niego stał kolega. Nie wiedział, co się dzieje. Krzyczał. Był w szoku.

Świadkowie dali policji początek numeru rejestracyjnego fiata – LBI – oraz swoje dane i numery telefonów. Ale mijały kolejne tygodnie, a policjanci nie kwapili się, by ich przesłuchać.

Byli za to u rodziny Remigiusza. – Trzy razy zabierali i oddawali rower syna, który był przecież dowodem rzeczowym – mówi pani Barbara Janiak, mama Remka. – Ostatni raz wzięli go w listopadzie od nas z piwnicy. Policjant wzruszył tylko ramionami, popatrzył na syna i mówi: – Młody jest. Wszystko zagoi się jak na psie. A to właśnie ten policjant prowadzi śledztwo w sprawie wypadku mojego syna.

To zachowanie policji wydawało się rodzinie Janiaków podejrzane. Weronika Janiak, siostra Remigiusza, napisała więc ogłoszenie: „Sprawca uciekł z miejsca wypadku, pozostawiając na środku szosy 19-latka z wieloma obrażeniami. Błagam, niech ktoś nam pomoże go znaleźć!”. Ogłoszenie zamieściła w lokalnej prasie, rozwiesiła na drzewach, słupach ogłoszeniowych. W sumie kilka tysięcy egzemplarzy.

Na jej anons odpowiedział świadek, który nie doczekał się przesłuchania przez policję. Zaczęli się zastanawiać – o co chodzi w dziwnym zachowaniu policji? Czy przypadkiem nie o to, by sprawie ukręcić łeb? Jeśli tak, to kim jest kierowca punto?

O sprawie zrobiło się głośno. Wieść o nieudolności policjantów z Włodawy dotarła do komendanta wojewódzkiego w Lublinie. Dopiero wtedy śledztwo nabrało tempa.

Najpierw policjanci przesłuchali świadka (tłumaczą, że nie zrobili tego wcześniej, bo „był niewiarygodny”). A przed kilkoma tygodniami ustalili, że autem kierował… ksiądz ksiądz Józef K., proboszcz jednej z podwłodawskich parafii. Podczas przesłuchania ksiądz przyznał, że w noc wypadku jechał koło pierwszej na trasie Korolówka – Włodawa i w coś uderzył. Ale jego zdaniem była to „kupa złomu”, a nie człowiek. Po przyjeździe na plebanię zauważył, że przód samochodu jest dość poważnie uszkodzony. Nikomu tego nie zgłosił, tylko oddał samochód do warsztatu.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że kapłan początkowo zaprzeczał policji, jakoby remontował auto z powodu wypadku.

Dziś policja zapewnia, że sprawa jest czysta, bez zarzutu jest również włodawski policjant, który ją prowadzi. – To nieprawda, że chcieliśmy ukręcić łeb sprawie. Ustaliliśmy wszystkie okoliczności, musieliśmy sprawdzić około 200 samochodów, dlatego to trwało siedem miesięcy – zapewnia nadkomisarz Dariusz Szkodziński z włodawskiej policji. Teraz czekają na ekspertyzę biegłych. Ma nadejść lada dzień.

Ksiądz: w coś uderzyłem
W rozmowie z „Nowym Dniem” ksiądz Józef K. utrzymuje, że jest niewinny. – To nie ja uderzyłem w tego chłopaka. Gdyby tak się stało, to nie zostawiłbym go na drodze. Proszę mi wierzyć! Naprawdę chciałbym, żeby biegli już skończyli badanie tej sprawy i wszyscy poznali prawdę. Bóg wie, że nie kłamię.

Dlaczego w takim razie nie zatrzymał się, gdy w „coś” uderzył? – Różne rzeczy leżą na drodze. Myślałem, że to jakiś złom – tłumaczy duchowny. Czy był wtedy trzeźwy? – Nie będę już o tym rozmawiał. Wszystko, co miałem do powiedzenia, to policji powiedziałem – ucina kapłan.

Rehabilitacja Remka słono kosztuje. Jego rodziców na to nie stać. Żyją z renty socjalnej, na miesiąc mają niespełna 400 zł. Gdyby nie pomoc siostry, Remek nie miałby nawet na bilet do Lublina, gdzie jeździ na kolejne etapy leczenia.

Co go czeka? Z okna widzi tylko rozległe pola. Korolówka Osada, w której mieszka, to teren po byłym PGR-ze, gdzie ponad połowa ludzi nie ma pracy. Chłopak jest w III klasie technikum mechanizacji rolnictwa, tylko taka szkoła jest w pobliżu. Co dalej? – Może studium informatyczne – mówi Remek. – Nie wiem. Wszystko zależy od tego, na co mi zdrowie pozwoli.

[2006] Gazeta.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: