FiM – Tanie dranie

Gdy bestia uchodząca za kapłański wzór do naśladowania masturbowała się, klęczący przed nią dzieciak musiał cierpliwie czekać na „finał”. Dopiero wówczas wielebny pozwalał chłopcu odejść, żeby umył twarz…

Prokuratura Rejonowa w Kołobrzegu dostała z początkiem roku twardy orzech do zgryzienia, bowiem właśnie wpłynęło do niej oficjalne zawiadomienie o serii ciężkich przestępstw obyczajowych popełnionych przez kapłana wielce zasłużonego dla diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej.

– Sprawa jest wyjątkowo obrzydliwa, bo dotyczy pedofilii i znanego na naszym terenie 46-letniego księdza Zbigniewa R., który – działając czynem ciągłym – w okresie listopad 2000 r.– kwiecień 2001 r. miał dopuszczać się przestępstw z art. 200 par. 1 kodeksu karnego („Kto obcuje płciowo z małoletnim poniżej lat 15 lub dopuszcza się wobec takiej osoby innej czynności seksualnej lub doprowadza ją do poddania się takim czynnościom albo do ich wykonania, podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 12” – dop. red.). Ofiarą jest były ministrant, późniejszy kleryk seminarium duchownego. Twierdzi, że jako dziecko został wielokrotnie wykorzystany seksualnie przez księdza. Ta historia stawia też w fatalnym świetle tutejsze władze kościelne, a w jeszcze gorszym wychowawców seminarium – ujawnia kulisy śledztwa kołobrzeski prokurator.

Ksiądz Zbigniew R. był do niedawna pieszczochem biskupów i proboszczem parafii św. Wojciecha w Kołobrzegu. Objął tę funkcję w 1998 r. z nominacji ówczesnego ordynariusza Mariana Gołębiewskiego (aktualnie – arcybiskup wrocławski), mając zaledwie 9 lat stażu w zawodzie. Wielebny tak bardzo zasłużył się dla diecezji budową od podstaw nowej świątyni, że niemal nie schodził z łamów tygodnika „Gość Niedzielny”. Podejmował też na plebanii kościelnych hierarchów oraz lokalnych polityków i występował z prelekcją w Radiu Maryja. Ale wyjątkowo starannie przykładał się do pracy z narybkiem. Organizował parafialnym ministrantom zajęcia pozalekcyjne, wyjeżdżał z nimi na zimowiska, niektórych chłopców wspomagał finansowo… Krótko mówiąc: uchodził za kapłański wzór do naśladowania, a kolejni ordynariusze w osobach abpa Gołębiewskiego, abpa Kazimierza Nycza (od 2007 r. metropolita warszawski) i obecnego – bpa Edwarda Dajczaka – wychwalali go pod niebiosa.

W czerwcu 2008 r. pleban raptownie „podupadł na zdrowiu”, co spowodowało konieczność pilnego wyjazdu z Kołobrzegu „na leczenie”. Zniknął bez słowa pożegnania z wiernymi. Biskup Dajczak przysłał na jego miejsce ks. Janusza Rajkowskiego i niby wszystko wróciło do normy. Tylko niektórzy ministranci oraz wychowankowie byłego proboszcza wciąż jeszcze nie mogą otrząsnąć się z szoku…

Adam (imię zmienione) miał 13 lat i był uczniem szóstej klasy szkoły podstawowej, gdy w listopadzie 2000 r. po raz pierwszy zetknął się osobiście z ks. Zbigniewem. „Zaczepił mnie na cmentarzu w Kołobrzegu i zapytał, dokąd idę. Odpowiedziałem, że do autobusu, bo wracam do domu. Zaproponował, że mnie podwiezie, tylko po drodze zostawi na plebanii stułę, bo wraca właśnie z pogrzebu. Wiedziony dziecięcą ufnością zgodziłem się bez wahania. Na plebanii usiadł w kącie mieszkania i kazał się zbliżyć. W jednej dłoni trzymał papierosa, a drugą ujął moją dłoń i masował nią swoje krocze. Nawet mi wówczas przez myśl nie przeszło, że robię coś złego. Odwiózł mnie później do domu i kazał przyjść za dwa dni” – napisał Adam w oświadczeniu z 20 listopada 2009 r. skierowanym do bpa Dajczaka.

Ciąg dalszy zawartej w owym dokumencie relacji o pedofilskich wyczynach ks. Zbigniewa R. pomijamy z dwóch powodów:
# Szczegóły są nazbyt drastyczne (np. wzmianka „gdy masturbował się, musiałem uklęknąć i czekać. Wytrysku dokonał na moją twarz, a później kazał mi iść się umyć” jest jedną z niewielu nadających się do publikacji);
# Mamy na względzie dobro śledztwa, zakładając w swojej naiwności, że ordynariusz nie uprzedził już podwładnego, jakimi dowodami (w tym również świadkami) dysponuje ofiara jego zboczonych zachcianek.

Po czterech miesiącach deprawacji – w kwietniu 2001 r. – mały Adaś wpadł w tarapaty. Wezwany przez dyrektorkę na rozmowę dyscyplinującą, dzieciak nie wytrzymał napięcia i zeznał w obecności psychologa o wszystkim, co spotkało go dotychczas na plebanii. Ciało pedagogiczne (oba nazwiska znane redakcji) w trybie alarmowym wezwało do szkoły matkę chłopca.

„Postawiono mnie na środku gabinetu i, zalewając się łzami, w obecności mamy powtórzyłem to, co wcześniej opowiedziałem. Mama zabrała mnie do domu i już nigdy więcej nie wracała do tej sprawy. Przestała chodzić do kościoła. Gdy zapytałem dlaczego, odpowiedziała, że przeze mnie” – spowiada się Adam biskupowi.

Zachowanie bogobojnej matki łatwo zrozumieć, ale jak nazwać postawę bogobojnej dyrektorki szkoły i biegającej w każdą niedzielę do kościoła pani psycholog?

– Po prostu brakuje mi cenzuralnych słów! Gdyby nawet z jakichś powodów nie dowierzały dziecku, miały zasmarkany obowiązek zawiadomić nas o sprawie. Tymczasem wszystko zamieciono pod dywan, a tani drań w sutannie zapłacił chłopcu za milczenie 500 zł – irytuje się prokurator.

Adam był tak mocno związany z Kościołem, że – mimo nękającej go traumy – wstąpił w 2008 roku do Wyższego Seminarium Duchownego w Koszalinie. Zanim wszakże otrzymał indeks, w czerwcu odbył specjalne rekolekcje ignacjańskie pod kierunkiem znanego „FiM” jezuity z Centrum Formacji Duchowej w Gdyni, któremu podczas spowiedzi wyznał o dramatycznych doświadczeniach z dzieciństwa. Krótko po wyszeptanej w konfesjonale tajemnicy ks. Zbigniew został nagle odwołany przez biskupa z funkcji proboszcza.

– Na użytek księży i tylko do ich wiadomości obowiązywała wersja, że miał kochanka, z którym trochę przeholował, trzymając go na plebanii. Mnie osobiście wydawało się to zbyt mało wiarygodne jako przyczyna zdjęcia ze stanowiska, bo ks. Zbigniew był oczkiem w głowie biskupa Tadeusza Werny i ten z pewnością nie pozwoliłby zrobić krzywdy swojemu wychowankowi z tak błahego powodu. Gdy Werno był jeszcze proboszczem parafii w Świdwinie oraz diecezjalnym referentem ds. powołań, osobiście nadzorował formację kandydującego dopiero do seminarium Zbigniewa R. i wystawił mu list polecający. Tymczasem już na jego pierwszej po wyświęceniu parafii w Ustce wyszło na jaw, że ma niebezpieczne skłonności seksualne, co jakoś nie przeszkodziło mu w dalszej karierze. Analizując jej nagłe załamanie, trudno oprzeć się wrażeniu, że biskup Dajczak dostał mocnego kopa. Z dobrze poinformowanego źródła słyszałem, że przeraził się wówczas sygnałem o wiszącej mu nad głową aferze pedofilskiej. Czy sygnał mógł pochodzić od spowiednika Adama? No cóż, zbieg dat jest bardzo wymowny, a tajemnica spowiedzi jest pojęciem względnym… – zauważa koszaliński proboszcz.

– Zbyszek miał ponadto silny układ w Watykanie, gdzie jego serdecznym kolegą z jednego seminaryjnego rocznika był prałat Grzegorz Kaszak, ówczesny sekretarz Papieskiej Rady ds. Rodziny, a od roku biskup sosnowiecki. Miał też plecy w kurii, bo kumplował się z księdzem kanclerzem Wacławem Łukaszem. On również wywodził się z tego samego rocznika i wyświęcono go razem ze Zbyszkiem – dodaje duchowny zbliżony do kurii koszalińsko-kołobrzeskiej. Gdy ks. Zbigniew R. już zniknął z Kołobrzegu (widywany był m.in. w Świnoujściu oraz w posiadającym kościelne imprimatur lubelskim ośrodku „Odwaga”, specjalizującym się w „uzdrawianiu z homoseksualizmu”), Adam rozpoczął naukę w seminarium. Podczas jednej z pierwszych rozmów formacyjnych (na tzw. kursie wstępnym) wyznał swojemu ojcu duchownemu ks. Piotrowi Wietesce, że był w dzieciństwie molestowany seksualnie. „Nie powiedziałem wówczas, kto mnie molestował. Gdy udałem się na kolejną rozmowę, ojciec duchowny zapytał, czy to był ks. R. Potwierdziłem. Później powiedział mi, że był niedawno w Kołobrzegu „taki dobry chłopak, ks. Adam Sobczyk” (wyświęcony w 1995 r. – dop. red.), który odszedł z kapłaństwa, nie mogąc patrzeć na postępowanie R. i brak reakcji biskupów” – zapisał Adam w swoim pamiętniku.

Pismem z 28 grudnia 2009 r. zwróciliśmy się do ks. Dariusza Jaślarza – rzecznika kurii koszalińsko-kołobrzeskiej – oraz do kanclerza ks. Wacława Łukasza z pytaniami: 1. Czy o zarzutach dot. ks. Zbigniewa R. jego przełożeni zawiadomili organa ścigania? 2. Czy kuria podjęła jakieś staranie w kierunku ustalenia liczby i zidentyfikowania innych ewentualnych ofiar aktów pedofilskich oraz czy udzielono im pomocy psychologicznej?

15 stycznia 2010 r. wielebny Jaślarz poinformował nas w rozmowie telefonicznej, że z „FiM” nie ma życzenia korespondować i żebyśmy nawet nie łudzili się nadzieją na jakąkolwiek rzeczową odpowiedź.

Tego samego dnia rozmawialiśmy też z ks. Zbigniewem R., prosząc o ustosunkowanie się do oskarżeń Adama. – Ten pan wypisuje bzdury, bowiem nic na mnie nie ma. Jestem nadal czynnym kapłanem i ksiądz biskup Dajczak nie sformułował pod moim adresem żadnego zarzutu, a tym bardziej obyczajowego. Z resztą pytań proszę zwracać się do władz kościelnych – uciął ks. R.

Skoro tak, to pokażemy jeszcze ciąg dalszy historii. Tym razem będzie o innych ofiarach ks. Zbigniewa R. oraz niewiarygodnym wprost horrorze przeżytym przez Adama w seminarium i o wymuszaniu na nim „listów do kata”. A gdy już chłopak znalazł się na bruku, pewien bardzo znany w Polsce kapłan napisał do biskupa Dajczaka: „Zbrodnia (molestowania seksualnego – dop. red.) dokonała się w ważnym momencie dojrzewania dziecka. A teraz, drugi raz został skrzywdzony przez wychowawcę Seminarium Duchownego. O ironio, ten wypadek z życia dziecka ma być szantażem, jakiego użyje ks. prefekt Jarosław Kodzia: „Jeśli powiesz, że cię wypędziłem, to ja ogłoszę publicznie o zdarzeniu z twojego życia”. Może Kościół Koszaliński poczuje się do odpowiedzialności i uczyni jakieś zadośćuczynienie za haniebny czyn na bezbronnym dziecku? Chyba macie na tyle wiary, by mieć świadomość odpowiedzialności za los ludzi?”.

Wyszło na jaw, że Kościół ani się nie poczuwa, a i wiara jest mu obca. Ale o tym za tydzień…

Część dalsza: Tanie dranie (2)

[2010] FaktyiMity.pl Nr 4 str. 3 Plik PDF.

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: