Grzech ukryty w Kościele (reportaż)

– Jest ksiądz biskup pewien, że wykorzystywanie seksualne chłopaków nie miało miejsca? – Jestem tego pewien – odpowiada biskup Stanisław Stefanek. – Mamy tu do czynienia z czarną niewdzięcznością, która dotknęła człowieka niewinnego. – Rozmawiał ksiądz biskup z którąś z domniemanych ofiar? – Nie rozmawiałem

W 1995 roku biskup Stanisław Stefanek spotkał się z wychowawcami Ogniska im. św. Brata Alberta w Szczecinie. Nie uwierzył im, że ksiądz Andrzej, dyrektor ogniska, może wykorzystywać seksualnie swoich nieletnich podopiecznych.

Nie uwierzył też jego zwierzchnik, metropolita szczecińsko-kamieński arcybiskup Marian Przykucki.

Nikt nie wysłuchał ofiar, nikt nie próbował im pomóc, bo przecież nie było sprawy. A ludziom, którzy dążyli do jej wyjaśnienia, powtarzano: nie działajcie na szkodę Kościoła.

Mijały lata. W 2003 roku dominikanin ojciec Marcin Mogielski spisał zeznania molestowanych chłopców. Trafiły na biurko nowego metropolity szczecińsko-kamieńskiego arcybiskupa Zygmunta Kamińskiego. Przeleżały ponad cztery lata bez efektu.

Zeznanie pierwsze. Ryszard

Przyszedłem do ogniska na wiosnę 1992 roku. Miałem wtedy 15 lat. Gdzieś dwa lub trzy miesiące po przybyciu do ogniska ks. Andrzej zaprosił mnie do pokoju, kazał mi się położyć do łóżka. Byłem wystraszony i sparaliżowany lękiem. Zaczął mnie obmacywać, dotykać po genitaliach, nakłaniał mnie, żebym ja też go dotykał (nie zrobiłem tego, leżałem bezsilnie). Doprowadził mnie do orgazmu, po czym kiedy wstałem, kazał siebie uderzyć, bo mnie skrzywdził. Miał wyrzuty sumienia. Ja nic nie zrobiłem, tylko wyszedłem.

Następny raz wydarzył się latem. Znowu zostałem zaproszony do ks. Andrzeja do pokoju (w ciągu dnia razem jeździliśmy samochodem, załatwiając różne sprawy). Byłem w krótkich spodenkach. Ksiądz zdjął sutannę i zaczął mnie obmacywać, dotykać genitaliów, wkładając mi ręce do majtek. Wtedy ja też zacząłem na jego prośbę dotykać jego genitaliów. Doszło do wzajemnego orgazmu.

Takich kontaktów seksualnych w czasie mojego pobytu w ognisku było dużo więcej, kilkadziesiąt (20-30). Wszystkie mniej więcej wyglądały w podobny sposób.

Z ogniska odszedłem chyba w 1995 roku. Po mniej więcej roku zacząłem jeździć [przyjeżdżać w odwiedziny] do ks. Andrzeja (…). Dochodziło do licznych kontaktów seksualnych ks. Andrzeja ze mną. Były to również stosunki oralne, na analne się nie godziłem, choć ks. Andrzej wielokrotnie próbował mnie nakłonić. To wszystko trwało mnie więcej rok. (…). Przez cały czas znajomości z ks. Andrzejem wielokrotnie się u niego spowiadałem.

Zeznanie drugie. Kazimierz

Do ogniska przyjechałem na jesień 1995 r., miałem wtedy 14 lat. Mieszkałem tam do marca 1996 roku. Celem mojego zamieszkania w ognisku było ukończenie szkoły podstawowej, z którą miałem problemy. Pewnego dnia ks. Andrzej zabrał mnie samochodem do Wrocławia – miał tam odprawić mszę św. za zmarłego z rodziny.

W nocy pojechaliśmy do hotelu, położyliśmy się spać w jednym pokoju dwuosobowym. W pewnym momencie ks. Andrzej przyszedł do mojego łóżka i zaczął mnie dotykać po genitaliach, wkładając mi ręce w majtki. Zaczął poruszać moim penisem, a następnie kazał mi robić to samo ze swoim penisem. Po zaspokojeniu wrócił do swojego łóżka. Rano pojechaliśmy do rodziny ks. Andrzeja, do miejscowości (…). Następną noc spędziliśmy u rodziny ks. Andrzeja w dwóch osobnych pokojach. Wracaliśmy do Szczecina w niedzielę wieczorem. Gdy byliśmy już w ognisku (ok. godz. 2 w nocy), ks. Andrzej powiedział mi, abym spał u niego w pokoju, żeby nie budzić kolegów. Ja powiedziałem, że jednak chcę pójść do siebie, i tak też zrobiłem.

Zeznanie trzecie. Eryk

Do ogniska przybyłem w 1995 roku, na początku sierpnia, i mieszkałem tam aż do 2000 roku. Uciekłem z domu – mama jest alkoholiczką, a tata schizofrenikiem. Do ogniska trafiłem przez telefon zaufania. Przyjechałem w noc wystraszony – ks. Andrzej kazał mi pokazać penisa, aby mógł zobaczyć, czy nie jestem chory. Dotykał mnie po genitaliach, zastrzegł, bym o tym nikomu nie mówił. Przez następny okres mojego pobytu wielokrotnie, kiedy nie było ludzi w ognisku (zostawałem na weekendy, bo nie miałem dokąd pojechać), ks. Andrzej przychodził do mojego pokoju, siadał na moim łóżku, wkładał rękę pod kołdrę i dotykał mojego ciała, a zwłaszcza genitaliów.

Wielokrotnie zabierał mnie do swojego pokoju, kazał kłaść mi się na łóżku, sam kładł się obok mnie. Kładł swoją głowę na mojej piersi, całował mnie, rozbierał, dotykał moich genitaliów – dotykał również siebie. Zawsze powtarzał, żebym nikomu nie mówił, bo w innym przypadku wyrzuci mnie z ogniska lub sprawi, że będę miał problemy. (…) Odszedłem, bo miałem dość tego miejsca. (…)

Zeznanie czwarte. Szczepan

Do ogniska przyjechałem na początku roku szkolnego 1992/1993. Wcześniej zostałem wyrzucony ze szkoły i internatu. (…) Miałem 17 lat. Czymś bardzo krępującym było dla mnie, kiedy podczas przyjmowania do ogniska ks. Andrzej, w czasie osobistego spotkania u niego w pokoju, kazał się rozebrać do naga, aby, jak mówił, przeprowadzić rutynową kontrolę higieny osobistej. Ksiądz mówił, że zawsze tak sprawdza nowo przyjętych chłopców. (…) Gdzieś w styczniu 1993 roku odurzyłem się świadomie lekarstwami i w takim stanie chodziłem po mieście. (…) Ks. Andrzej wezwał mnie na rozmowę – był to już późny wieczór (ok. godz. 22) tego samego dnia. Gdy wszedłem do pokoju ks. Andrzeja, zdziwiło mnie, że jest on w piżamie, a łóżko już było pościelone. Ks. Andrzej kazał usiąść mi na łóżku i po zadaniu kilku pytań dotyczących mojego wybryku zaczął mnie obejmować i całować. Sposób całowania był podniecony i oszalały. W końcu ks. Andrzej przewrócił mnie na łóżko i zaczął rozpinać moje ubranie. Przez cały czas zachowywał się jak oszalały i strasznie podniecony. Następnie swoją ręką zaczął obmacywać moje genitalia. Ja w tym czasie leżałem w odrętwieniu spowodowanym wyczerpaniem po zażyciu lekarstw, a także szokiem z powodu zaistniałej sytuacji. Było to w atmosferze szantażu, gdyż zdawałem sobie sprawę, że za mój wybryk mogę zostać wyrzucony z ogniska.

Całe to wydarzenie zakończyło się silnym podnieceniem i orgazmem ks. Andrzeja. Po chwili ks. Andrzej kazał mi opuścić swój pokój.

Następnego dnia rozmawiałem ze współmieszkańcami o wydarzeniu z ks. Andrzejem – mówiąc ogólnie, że się do mnie dobierał. W czasie tej rozmowy widziałem ciche potwierdzenie ze strony chłopaków (…). Pamiętam, że jeden z mieszkańców ogniska, chyba o imieniu Rafał (nie pamiętam dokładnie), popełnił jakieś wykroczenie względem regulaminu ogniska i został przez księdza wezwany do pokoju na rozmowę (było to wieczorem). Po rozmowie z ks. Andrzejem chłopak ten próbował popełnić samobójstwo w lesie. Wybiegliśmy za nim, ks. Andrzej też, i zastaliśmy go z pętlą na szyi – sznur był przywiązany do drzewa. (…).

Ojciec Marcin, który spisał zeznania: Nie widziałem w nich chęci zemsty

Szczęść Boże. Nazywam się Marcin Mogielski. Jestem dominikaninem. To ja w czerwcu 2003 roku spisałem te świadectwa. Zrobiłem to, by przedstawić je arcybiskupowi Zygmuntowi Kamińskiemu, metropolicie szczecińsko-kamieńskiemu. Nie miałem wątpliwości, że postępuję słusznie. Dlaczego? Odpowiem tak samo, jak odpowiedziałem arcybiskupowi, który pytał mnie, jakim prawem prowadzę śledztwo w jego diecezji: prawem miłości bliźniego i wierności Ewangelii.

W chwili gdy spisywałem zeznania, naprzeciw mnie siedzieli już nie chłopcy, ale mężczyźni. Ognisko z ich wspomnień to Ognisko św. Brata Alberta w Szczecinie, a ksiądz Andrzej to jego założyciel i pierwszy dyrektor. Od 1991 roku ognisko miało nieść pomoc młodzieży z rodzin patologicznych. Dla wielu młodych ludzi miało stać się pierwszą namiastką domu. Ksiądz, od którego mieli doświadczyć tyle zła, miał być ich przewodnikiem w lepsze życie.

Kiedy z nimi rozmawiałem, nie widziałem w nich chęci zemsty, lecz jedynie pragnienie uchronienia przed nieszczęściem innych. Co innego mogło nimi kierować? W tym czasie próbowali zacząć normalne życie i ostatecznie zapomnieć o dramacie powracającym w nocnych koszmarach. Uznali, że opowieść o tamtych wydarzeniach są w stanie przeżyć ponownie wyłącznie w imię Prawdy. Obiecałem im, że nie zostawię ich samych, że doprowadzę sprawę do końca.

Wierzyłem, że arcybiskup Kamiński wszystko wyjaśni. Przed nim zadania nie podjęli jego poprzednik abp Marian Przykucki i bp Stanisław Stefanek, który w kurii szczecińskiej zajmował się sprawami oświaty. Może trudno im było uwierzyć, że ksiądz mógł dopuścić się takich czynów? Długo nie wierzyli w to przecież nawet ludzie z ogniska.

Marek, były wychowawca: Mogłem temu zapobiec

Z plikiem kilkunastu spisanych przez dominikanina zeznań trafiliśmy najpierw do domu na obrzeżach Szczecina. Jest niedziela, obiad. Dorośli rozpoczynają posiłek modlitwą. Przerywa ją płacz – to trzyletni Paweł protestuje, że nie odmawiają jego ulubionej. Po obiedzie siadamy z dala od maluchów.

– Żyję z przeświadczeniem, że mogłem zapobiec choćby części dramatów chłopców z ogniska – mówi Marek, gospodarz i brat zakonnika, który spisał zeznania. Marek był związany z ogniskiem od początku jego istnienia. Najpierw jako wolontariusz, potem wychowawca. Gdy mówi o ognisku i księdzu Andrzeju, nie potrafi powstrzymać emocji.

– Długo nie dostrzegałem żadnego zła, a przecież sygnałów było aż nadto – przyznaje. – Gdybym ich nie zbagatelizował, wszystko mogło potoczyć się inaczej.

Już w 1991 roku, podczas wyjazdu w góry, koledzy ze studiów rolniczych mieli do Marka pretensje, że zabrał też księdza Andrzeja. Bo ksiądz był „dziwny” – kładł się między studentami, przytulał, muskał ich twarze i brzuchy.

Marek pamięta też scenę, która wydarzyła się w mieszkaniu jego rodziców. To było w 1992 roku. Pewnego dnia 13-letni Krzysztof odwiedził jego matkę i prosił, żeby go adoptowała, bo on nie chce wracać do ogniska, do tej „k… księdza”. Marek uznał, że chłopak jest niewdzięczny. Bo przecież to ksiądz Andrzej ściągnął go do ogniska z ulicy po ucieczce z domu dziecka. A potem co noc troskliwie usypiał w osobnym pokoju.

– Bardzo chciałbym móc przeprosić Krzysia, ale to niemożliwe – mówi Marek. – Popełnił samobójstwo, skacząc z siódmego piętra. Nie znam powodów, chcę wierzyć, że kontakty z księdzem nie miały na to wpływu.

Po latach Marek poprosił za to o wybaczenie Szczepana. Jemu też nie wierzył. A to właśnie na Szczepanie, za przyzwoleniem Marka, doszło niemal do linczu. Chłopak publicznie oznajmił, że ksiądz Andrzej „jest pedałem”. Rada pedagogiczna ogniska uznała, że winowajca musi przy wszystkich przeprosić księdza. Domagał się tego także sam ksiądz Andrzej.

– Stał przed nami, cały dygocząc. Widziałem, jak rozpaczliwie próbuje wydusić z siebie jakiekolwiek słowo. Nie potrafił. Uciekł z płaczem. Nie przeprosił – opisuje Marek. – Nie czułem dla niego litości. Uważałem, że oczerniając księdza, który stworzył tak wspaniały ośrodek, postąpił podle. Następnego dnia, na moim dyżurze, Szczepan miał opuścić ognisko. Chłopaki siłą musiały wywlec go z pokoju. Sam oderwałem jego ręce od framugi. Wyrzuciliśmy go bez butów. Cisnąłem je za nim w ciemność.

Przemek, były wychowawca: Za księdzem Andrzejem poszedłbym w ogień

– Mam poważne obawy przed rozmową z dziennikarzami – Przemek, który był wychowawcą w ognisku do połowy lat 90., długo zastanawiał się, czy z nami porozmawia. – Nie wierzę, że obiektywnie przedstawicie tę historię. Boję się, że przerodzi się to w brutalny atak na Kościół. A ja Kościołowi byłem i jestem oddany.

Przemek stara się być spokojny, choć widać kotłujące się w nim emocje.

– Było coś wzniosłego w tym, co robiliśmy. Ci chłopcy i młodzi mężczyźni nareszcie odnajdywali spokój, którego nigdy wcześniej nie zaznali. Przeważnie nie mieli rodzinnych domów, a jeśli już, były to domy patologiczne. W ognisku mieli dach nad głową, mogli się uczyć, ale kto wie, czy ważniejsze nie było to, że ktoś wreszcie interesuje się ich losem. Byłem pod wrażeniem dzieła księdza Andrzeja. Wtedy jeszcze poszedłbym za nim w ogień.

Przemek przyznaje, że świadomość, że w schronisku dzieje się coś niepokojącego, docierała do niego powoli.

– Henryk, jeden z chłopców, ukradł z ośrodka kamerę i zastawił ją w lombardzie. Wiedział, że postąpił źle. Wspólnie ze znajomą nakłoniliśmy go, aby ją odzyskał – opowiada. – Prosił, żebym poszedł razem z nim do księdza. Zaprowadziłem go pod drzwi. Niedługo tam był. Wyszedł szczęśliwy, że ksiądz mu wybaczył, obiecał, że już nigdy więcej tak nie postąpi. Następnego dnia dowiedziałem się, że po rozstaniu ze mną wrócił do księdza Andrzeja. Znajomej powiedział, że ksiądz chciał go wtedy wykorzystać. Wzruszyłem ramionami. Ot, koloryzuje. Widocznie ksiądz dyrektor był zbyt surowy podczas tej nocnej rozmowy i Henryk chciał go oczernić.

Krótko potem doszło do zdarzenia, nad którym Przemek musiał zastanowić się nieco dłużej – dotyczyło go osobiście.

– Pewnego wieczoru ksiądz zaproponował mi zakład o pizzę: nie wykąpiesz się w zimnej wodzie – wspomina Przemek. – Fraszka. Nagi stanąłem pod prysznicem. Zakład wygrany. Ksiądz jednak nie odchodził. Nieraz po jakimś meczu kąpałem się w towarzystwie innych mężczyzn. Zwyczajna, ludzka rzecz. W jego wzroku była jednak jakaś dziwna fascynacja moim ciałem. Poczułem się zawstydzony. Nawet wtedy nie przyjąłem do siebie, że Henryk nie kłamał. Musiało minąć kilkanaście miesięcy, ale przebudzenie było wstrząsające.

Ojciec Marcin: Byli przekonani, że to sprawa Kościoła

Ojciec Marcin Mogielski. Szczupły, niepozorny blondyn w okularach. O księdzu Andrzeju stara się mówić bez emocji, choć widać, jakie to dla niego trudne: – Miałem 18 lat, gdy w wakacje 1991 roku pomagałem księdzu Andrzejowi. Przejmowaliśmy od szczecińskiego kuratorium oświaty ośrodek Cichy Kącik. To z niego powstało Ognisko im. św. Brata Alberta. W roku 1995 byłem już w seminarium i sytuację w ognisku obserwowałem z dystansu. Nie czułem się na siłach, aby angażować się w rozgrywające się tam wydarzenia. A właśnie pod koniec tamtego roku do części wychowawców i osób związanych z ogniskiem zaczęło docierać, że ksiądz Andrzej może wykorzystywać wychowanków. Przełom nastąpił, gdy w ognisku pojawił się Aureliusz. Ten pełnoletni już chłopak obnosił się ze swoim homoseksualizmem, prowokował. Sugerował, że ksiądz dyrektor „kocha inaczej”. Wychowawcy obserwowali reakcje chłopców na jego zaczepki. Widzieli ich spłoszone spojrzenia, rumieńce na twarzy, przerwane w pół zdania odpowiedzi. Zaczęli składać w całość bagatelizowane dotychczas sygnały. Działali pełni lęku przed tym, co mogą odkryć.

To wtedy Przemek rozmawiał z Hubertem, który chory na nowotwór umierał w domu swojej siostry. Chłopak nie mieszkał w ognisku, ale często do niego przychodził. Opowiedział Przemkowi, że początkowo swój homoseksualizm traktował jako grzech. Opowiedział o tym księdzu Andrzejowi podczas odwiedzin w pokoju duchownego. Wtedy miało dojść do pierwszego z wielu zbliżeń pomiędzy nimi. Nie czuł żalu do kapłana.

W tym okresie Marek był już po rozmowach z Erykiem, Kazimierzem i Ryszardem, których zeznania później spisałem. Niektórzy z chłopców o swoich problemach z księdzem dyrektorem zdążyli opowiedzieć również innym wychowawcom i osobom związanym z ogniskiem.

Przez pewien czas wychowawcy nie rozmawiali między sobą o tym, co usłyszeli od wychowanków. Każdy z nich był przekonany, że tylko on jest powiernikiem tych tajemnic. O tym, że tak nie jest, dowiedzieli się podczas rady pedagogicznej jesienią 1995 roku. Ksiądz Andrzej zaatakował ich wtedy za plotkowanie. Jako głównego winowajcę wskazał Marka. Ksiądz Andrzej chciał spacyfikować nastroje. Efekt był odwrotny – wychowawcy zaczęli ze sobą rozmawiać. Pojedynczo problem ich przerastał, ale w grupie znaleźli siłę do działania.

Jestem przekonany, że to byli – i nadal są – ludzie głębokiej wiary. Dla nich było jasne, że za wszelką cenę muszą załatwić tę sprawę wewnątrz Kościoła, który dla nich stanowi dobro najwyższe. W tym czasie metropolitą szczecińsko-kamieńskim był arcybiskup Marian Przykucki. Było dla nich naturalne, że to do niego powinni się zwrócić. Ale w kurii uznano, że właściwszym rozmówcą będzie biskup Stanisław Stefanek, chociaż ksiądz Andrzej szczycił się znajomością z nim i chwalił, że ma jego pełne poparcie.

Biskup Stefanek pochyla się nad problemem

To był koniec 1995 roku. Na spotkanie z biskupem Stanisławem Stefankiem poszło pięć osób – trójka wychowawców i dwie osoby w latach 90. blisko współpracujące z ogniskiem. Im także chłopcy opowiadali o wykorzystywaniu przez księdza Andrzeja. Bp Stefanek był w Szczecinie biskupem pomocniczym i jednocześnie wikariuszem generalnym. Podlegały mu archidiecezjalne szkolnictwo i placówki wychowawcze.

– Nie jestem w stanie oddać tego, co czuliśmy – Marek gorzko uśmiecha się do wspomnień. – Oto sam biskup pochyla się nad problem, który tak straszliwie nam ciążył. Jeszcze nie zaczęliśmy rozmawiać, a ja już widziałem, jak zaczyna działać, aby doprowadzić wszystko do szczęśliwego dla chłopców zakończenia. Albo oczyszczenia księdza ze wszystkich podejrzeń, bo przecież taką możliwość też braliśmy pod uwagę.

– Przed rozmową biskup Stefanek zaprosił nas do swojej kaplicy na modlitwę – dodaje Przemek. – Każdy był skupiony, każdy niesamowicie przeżywał tę chwilę. To było widać na twarzach. Nawet ja, jeśli swoje postępowanie traktowałem wcześniej jako swoisty donos, wtedy straciłem wątpliwości – musiałem to zrobić dla dobra Kościoła. Bardzo mi zależało, żeby jak najszybciej doszło do przesłuchania umierającego na nowotwór Huberta.

Uczestnicy posłuchania u biskupa pamiętają życzliwość, z jaką wysłuchał relacji. Jeśli coś ich zastanawiało, to najwyżej to, że nie zadawał żadnych pytań ani nie notował. Dociekliwy stał się dopiero wtedy, gdy ustalał ich personalia i powiązania z ogniskiem.

– Mimo wszystko wyszliśmy od biskupa uspokojeni – kończy Marek.

Arcybiskup Przykucki: Nadam sprawie właściwy bieg

Mijały jednak dni, a wychowawcy nie widzieli żadnych oznak działania hierarchy. Co więcej – jak powiadają – ksiądz Jarosław, blisko współpracujący w ognisku z księdzem Andrzejem i typowany na jego następcę, dał im do zrozumienia, że on i ksiądz Andrzej doskonale znają przebieg rozmowy z biskupem.

Dla wychowawców było to całkowite zaskoczenie. Wierzyli, że na tamtym etapie sprawa pozostanie pomiędzy nimi a biskupem. Oczywiście do czasu, gdy nie dojdzie do przesłuchań chłopców.

Uznali, że ich relacje nie zostały właściwie zrozumiane przez biskupa. Zaczęli szukać księży, którzy przedstawiliby sprawę podejrzeń wobec księdza Andrzeja ówczesnemu metropolicie szczecińskiemu abp. Marianowi Przykuckiemu. Poszukiwania trwały kilka tygodni. Misji podjęli się dwaj duchowni, o których losie z racji przynależności do zakonu arcybiskup nie mógł decydować bezpośrednio. Byli to dominikanin ojciec Józef i jezuita ojciec Zdzisław.

– Ksiądz arcybiskup Przykucki wysłuchał nas z wielką powagą. Potwierdził, że sprawa jest mu znana, że zajmował się nią biskup Stefanek, a on boleje nad nią i pomoże w rozwiązaniu – wspomina ojciec Józef.

– Pamiętam, że arcybiskup zapewnił nas, że nada sprawie właściwy bieg – potwierdza ojciec Zdzisław.

Tuż po ich wizycie, na początku 1996 roku, ksiądz Andrzej został przeniesiony z ogniska do pracy parafialnej. Na krótko. W parafii były dyrektor ogniska spędził zaledwie kilka miesięcy.

– Arcybiskup Przykucki rzeczywiście rozwiązał sprawę obecności księdza Andrzeja w ognisku. Usunął go. A to, że powierzył mu zaraz potem misję tworzenia w Szczecinie szkół katolickich? Nie mnie, prostemu zakonnikowi, dociekać, czym kierował się arcybiskup – kończy ojciec Józef.

Biskup Stefanek: Miałem rozmawiać z niewdzięcznikami?

Po 13 latach od początku sprawy udaje się nam ustalić, że abp Przykucki polegał wyłącznie na opinii bp. Stefanka. W sprawach oświaty miał do niego absolutne zaufanie. To jemu zlecił zbadanie podejrzeń wobec ks. Andrzeja. Biskup przeprowadził rozmowę ze stronami sporu, po czym napisał tzw. notatkę końcową. Wniosek: to typowy konflikt środowiskowy. Sprawy nie ma.

Na prośbę ks. Andrzeja biskup Stefanek godzi się porozmawiać przez telefon z reporterem „Gazety”. Głos ma miły, przekonujący.

– Wiedziałem, że motyw tej agresji jest osobisty i wynika z czego innego niż troska o ochronę młodzieży – mówi bp Stefanek, obecnie metropolita łomżyński. – Chodziło o rozgrywkę środowiskową, tyle że zamiast noża albo pistoletu wykorzystano narzędzie, jakim jest potwarz. Kto mógł przypuszczać, że wrogowie księdza Andrzeja będą tacy zawzięci?

– Jest ksiądz biskup pewien, że wykorzystywania seksualnego chłopaków nie było?

– Jestem tego pewien. Mamy tu do czynienia z czarną niewdzięcznością, która dotknęła człowieka niewinnego, ale tak się zdarza wśród młodzieży ze środowisk patologicznych, gdzie poczucie krzywdy jest olbrzymie.

– Rozmawiał ksiądz biskup z którąś z domniemanych ofiar?

– Nie rozmawiałem. Zresztą ani mi tego nie sugerowano, ani nie miałem takiego zlecenia od księdza arcybiskupa.

Podkreśla, że w Szczecinie był biskupem pomocniczym i jednocześnie wikariuszem generalnym – podlegało mu archidiecezjalne szkolnictwo i placówki wychowawcze. Ks. Andrzeja zna jeszcze z seminarium, którym kierował pod koniec lat 80. Wspomina go jako rozmodlonego i przebojowego, obdarzonego umiejętnością ratowania dzieci z marginesu społecznego.

– On nie bał się chłopaczków, którzy spali gdzieś po kanałach ciepłowniczych. Nikt inny nie chciał się tym zająć, a on tak. Biskup patrzy na młodych kapłanów i ich dynamikę – podkreśla bp Stefanek. – A ksiądz Andrzej był niezłomny.

Pytamy, czy młody kapłan istotnie był pupilem biskupa. O ks. Andrzeju mówiono przecież, że ma świetne „wejścia” w kurii. I że przed nim wielka kariera.

– Ale nikt się nie zastanawia, skąd się biorą takie opinie – komentuje bp Stefanek. – Księża, którzy mają w sobie taki jasny płomień wiary i talent do robienia rzeczy niezwykłych, zawsze są mile widziani. Powiem wprost. Ks. Andrzej mi po prostu zaimponował swoim poświęceniem dla tych biednych chłopaków, poświęceniem na granicy szaleństwa.

Biskup Stefanek: Nie prokuratura, lecz mądrość Kościoła

Biskup Stefanek inaczej niż wychowawcy z ogniska pamięta ich spotkanie w 1995 roku. Nie sądzi, aby wspólnie modlili się w kaplicy.

– Coś musiało im się pomylić. Biskup nie ma w zwyczaju na nikogo napadać ze święconą wodą ani zmuszać do mówienia prawdy przy ołtarzu – zaznacza. – Taka rozmowa z punktu widzenia kurii nie miałaby nawet mocy prawnej. A w ogóle to wrażenia ze spotkania miałem dziwne. Argumentów żadnych, same domysły, sugestie, nadinterpretacje. Ktoś miał być wyjątkowym świadkiem, ale rozmyło się, jak zacząłem wypytywać. Według mnie to wyglądało na odgrywanie jakichś ról, które wyrecytowano, których się wyuczono. Próbowałem im wytłumaczyć, jak bardzo krzywdzą siebie i księdza Andrzeja, bo przecież kłamstwo motywowane chęcią zemsty musi przynieść złe owoce. Przy wszystkich moich wątpliwościach traktowałem ich jak swoich, to przecież nie byli żadni najeźdźcy z kosmosu.

– Czy biskup dopuszcza możliwość, że przed 13 laty popełnił jednak błąd? Może lepiej było wychowawcom powiedzieć wprost: nie wierzę w winę kapłana, a jeśli jesteście pewni swego, idźcie do prokuratury i niech ona wyjaśnia? No i może przyszła biskupowi do głowy myśl, że nie wszystko uwzględnił i gdzieś tam na pomoc czekało wykorzystywane dziecko?

Chwila zastanowienia.

– To nie był błąd – mówi z przekonaniem biskup. – Dziś się może tak wydawać, bo wiemy o konsekwencjach oskarżeń o pedofilię w Kościele amerykańskim. Ale mamy też świadomość, jak wiele skłamano przeciw kapłanom. Rozmawiałem kiedyś z dziennikarzem, a on do mnie: „Bo wy najchętniej zamiatacie takie sprawy pod dywan”. Odpowiedziałem: „Niech pan przyjdzie do mnie do spowiedzi, razem zobaczymy, że to nie jest zamiatanie spraw pod dywan, tylko topienie człowieka w miłosierdziu Chrystusa”. Bo ja nie wierzę, że prokuratura czy policja jest w stanie dojść pełni prawdy. To my, ludzie Kościoła, szanujemy dobre imię człowieka. I jakoś nam się to udaje – od wieków.

Ojciec Marcin: Dać świadectwo czy uciszyć sumienie?

Ojciec Marcin Mogielski: – To, że ani abp Przykucki, ani bp Stefanek nie podjęli sprawy, było wstrząsem dla ludzi, którzy zaalarmowali ich o podejrzeniach wobec księdza Andrzeja. Oni nie poszli przecież z wyrokiem na swojego dyrektora, nie czuli się do tego w żaden sposób upoważnieni. Jedynym motywem, który podnosili, była chęć przedstawienia problemu. Uważali, że to biskupi znajdą i rozpatrzą dowody, które potwierdzą albo oddalą podejrzenia wobec księdza Andrzeja. Nie oczekiwali na nic więcej. To wtedy był właściwy moment – z chłopcami obwiniającymi księdza był bezpośredni kontakt. Jedni nadal byli w ognisku, po innych jeszcze nie zaginął ślad. Jeśli potwierdziłyby się ich zeznania, można było im wtedy udzielić natychmiastowej pomocy.

Bo nie wiem, co było gorsze – pozostawienie sprawy bez rozstrzygnięcia czy obojętność dla potencjalnych ofiar. Wysoką cenę płacą też ludzie, którzy byli na posłuchaniu u biskupa. Zaczęli spotykać się z zarzutami, że działają na szkodę Kościoła. A przecież ujawnili kiełkujący problem biskupom. Właśnie po to, aby do żadnej szkody – poza tą, którą podejrzewali – nie doszło. Mało tego, przy całej swojej rezerwie do księdza Andrzeja nigdy nie podważyli jego zasług dla rozwoju szkół katolickich. Czy z powodu jego talentów organizatorskich mieli jednak zapomnieć o tym, co opowiadali im skrzywdzeni chłopcy?

W tym czasie wielokrotnie spotykałem się z poparciem ze strony innych księży. Byli też tacy, którzy zapewniali mnie, że wiedzą o innych wykorzystywanych przez księdza Andrzeja dzieciach. Wiem, że niektórzy z nich byli nawet z tym u abp. Zygmunta Kamińskiego, który w 1999 roku przejął po abp. Przykuckim diecezję szczecińsko-kamieńską. Po spotkaniach z nim zrywali jednak ze mną kontakt. Milkli. Nikogo za to nie mogę i nie chcę potępiać. Strach to ludzka rzecz. Od decyzji metropolity zależy przecież los każdego księdza w archidiecezji.

W roku 2003 – w osiem lat po rozpoczęciu tej historii – wychowawcy jeszcze raz odważyli się przypomnieć o sprawie ks. Andrzeja. W czerwcu tamtego roku spisałem zeznania ofiar i wychowawców. Wszystkie trafiły do mojego prowincjała ojca Macieja Zięby, który zgodził się przedstawić je arcybiskupowi Zygmuntowi Kamińskiemu.

Ojciec Zięba: Miałem być listonoszem

– Wahałem się, czy moje spotkanie z arcybiskupem szczecińskim Kamińskim będzie właściwe – przyznaje ojciec Maciej Zięba, w 2003 roku prowincjał zakonu dominikanów, dziś dyrektor Europejskiego Centrum „Solidarności” w Gdańsku. – Przecież mogło to zostać odczytane jako mieszanie się w sprawy jego diecezji.

Jednak młody dominikanin o. Marcin Mogielski, który zabiegał o pomoc, budził zaufanie. Przeważyły argumenty, że sprawę należy doprowadzić do końca w imię prawdy.

Prowincjał widział siebie jedynie w roli listonosza.

– Umówiłem się z arcybiskupem i ze spisanymi zeznaniami pojechałem do Szczecina – wspomina ojciec Zięba.

Myślał, że skończy się tylko na przekazaniu teczki z papierami – nie miał przecież zamiaru sugerować, co powinno stać się dalej, bo „biskup wie przecież, jak postępować”.

Misja nie przebiegała jednak tak łatwo, jak wyobrażał to sobie o. Zięba. Podczas spotkania usłyszał: – Czy ojciec w pełni zdaje sobie sprawę, w co się zaangażował?

– Jak to w co? Trzeba ratować chłopców – odpowiedział zakonnik.

I wtedy, jak mówi, usłyszał, że niezupełnie o to chodzi. Arcybiskup Kamiński powiedział, że według niego o. Zięba nieświadomie przykłada rękę do „pedalskiej zemsty na porządnym księdzu”. Że osoba, która skłoniła go do przywiezienia zeznań, to homoseksualista usunięty za tego typu praktyki ze szczecińskiego seminarium. Dominikanie chcą ufać komuś takiemu? Jeśli tak – to sprawa zakonu. Archidiecezja szczecińska ma swoje sprawy i dobrze sobie z nimi radzi.

Do Warszawy ojciec Zięba wrócił zdruzgotany. Nie krył żalu do o. Mogielskiego. Na szwank zostało narażone przecież dobre imię całego zakonu.

Prowincjał wezwał do siebie winowajcę: – Czemuś mi nie powiedział, że ta sprawa ma drugie dno? Że kiedyś wyrzucono cię ze szczecińskiego seminarium za homoseksualizm?

Rozgniewany prowincjał zobaczył zdumienie na twarzy Mogielskiego. Zadał kolejne pytanie: – Chcesz powiedzieć, że arcybiskup kłamie?

Dziś ojciec Zięba wie, że metropolita musiał się pomylić, choć do uniknięcia błędu wystarczyłby jeden telefon do osoby, która w tamtym czasie kierowała szczecińskim seminarium.

– Doskonale pamiętam, o kogo chodzi – mówi koszaliński bp Paweł Cieślik, rektor seminarium w Szczecinie za czasów, gdy uczył się tam ojciec Marcin. – Był świetnym studentem, jednym z trzech najlepszych na roku. I cała trójka zgłosiła razem zamiar odejścia do zakonów, dwaj do dominikanów, jeden do franciszkanów. Żal wielki, w przyszłości widziałem ich bardzo wysoko w diecezji szczecińskiej. Długo nie mogłem się z tym pogodzić. Nawet byłem w tej sprawie u mojego przełożonego arcybiskupa Przykuckiego. Miałem nadzieję, że znajdzie jakiś sposób, żeby ich zatrzymać. Niestety, nie znaleźliśmy żadnych argumentów.

Biskup Cieślik jest zdziwiony zarzutami obyczajowymi, które wysuwał arcybiskup Kamiński. – O tego typu sprawach, gdyby istniały, wiedziałbym jako rektor w pierwszej kolejności – podkreśla. – Nie, takich zastrzeżeń wobec Mogielskiego nie było. Mogę mu jedynie zarzucić, że był niekiedy zbyt radykalny w głoszonych przez siebie poglądach. Ot, gorąca głowa.

Biskup doskonale pamięta również ks. Andrzeja.

– Też z naszego seminarium, ale kilka lat wcześniej. Wspaniały alumn, rozmodlony. Doszły do mnie przygnębiające słuchy na jego temat. Jeśli zarzuty są prawdziwe, to jest to tragiczne.

Ksiądz Andrzej: Nigdy w życiu

Koniec lutego 2008.

– Przyjechał pan zobaczyć skopanego przez życie faceta? To właśnie ja – ksiądz Andrzej wita reportera „Gazety”. – Tylko jeszcze brakuje, żeby mnie teraz dziennikarze wychłostali, i będzie komplet.

Wysoki, uprzejmy 46-latek. Mieszka teraz w domu dla księży emerytów na obrzeżach Szczecina. Zaprasza do swojego mieszkania na piętrze. Dwa pokoje z łazienką i aneksem kuchennym.

– Proszę, pasztet z dzika, sam ostatnio ustrzeliłem – zachęca.

Na ścianie wisi portret weselny rodziców. Osobno w eksponowanym miejscu portret matki. Wiele zdjęć z przyjaciółmi. Duchowny z dumą patrzy na te fotografie: – Jak widać, na szczęście nie wszyscy zbzikowali. Kiedyś im pomogłem, dziś oni mnie wspierają.

Ks. Andrzej sprawia wrażenie otwartego. Mówi ze swadą, przekonująco, czasem używa dosadnych sformułowań.

– Gdy usłyszałem, że dzwoni dziennikarz, byłem bliski zawału serca – wyznaje. – Ale jaki jest sens ukrywać się? Mogę przynajmniej poprosić o obiektywizm.

– Czy ksiądz molestował seksualnie swoich podopiecznych?

Odpowiada natychmiast, gwałtownie: – W życiu czegoś takiego nie zrobiłem. W podległych mi placówkach mówili o mnie zamordysta, dyktator, ale ja byłem po prostu twardym szefem. Ludzi, którym zaszedłem za skórę, nie brakuje. Gdybym rzeczywiście był pedofilem, już dawno zgłosiłby się tłum pokrzywdzonych. A tu nic, tylko ta grupka nawiedzonych kłamców od Marka Mogielskiego.

Ksiądz proponuje, by zastanowić się, dlaczego „Mogielski z towarzystwem” nie zgłosili się do prokuratora. – Mówiłem mu: zrób to, jeśli jesteś pewny swego. Spojrzał tylko na mnie z cynicznym uśmiechem.

Kapłan wylicza też drobniejsze fałsze i przekłamania, których jego zdaniem dopuścili się w zeznaniach byli podopieczni. – Rzeczywiście, jeden chłopak zrobił teatr, że chce się powiesić, ale nawet do żadnego drzewa nie dobiegł, stał z pętlą w ręku i czekał na nas. Inny mówi, że go w piżamie przyjąłem? Bzdura, wszyscy moi znajomi wiedzą, że sypiam nago.

Obrońcy księdza Andrzeja: On jest w porządku

Wokół księdza Andrzeja zgromadziła się kilkunastoosobowa grupa obrońców – niemal wszyscy związani z placówkami katolickimi zakładanymi przez duchownego.

Do obrońców zaliczyć można też Bazylego Barana, przewodniczącego Rady Miasta Szczecina. Baran to nie tylko znany działacz samorządowy, ale i doktor psychologii z dużym doświadczeniem zawodowym. W latach 90. z ramienia kuratorium miał kontakty z Ogniskiem im. św. Brata Alberta. Jego zdaniem nie było żadnych sygnałów, że wychowankowie są wykorzystywani seksualnie.

– Żeby rozwiać wątpliwości, pytałem doktora Barana: było coś? – podkreśla abp Kamiński. – Na to on: księże arcybiskupie, moim zdaniem absolutnie nic.

Byli wychowawcy mówią to samo. Grzegorz Sas studiował z Markiem Mogielskim na Akademii Rolniczej i jako koledzy obaj uczestniczyli w organizowaniu ogniska.

– Byłem z ks. Andrzejem na wielu obozach, wycieczkach, zjeździliśmy razem pół Europy – zapewnia Sas. – Przewinęły się setki chłopaków. Gdyby coś było nie tak, musiałbym to zauważyć. Gdy się zastanawiam nad powodami tych ataków na ks. Andrzeja, to myślę, że sprawą powinien zająć się psycholog albo psychiatra.

Według Sasa Marek Mogielski jest inteligentny, despotyczny, a przy tym sfrustrowany. Owinął sobie wokół palca kilka osób i tak zostało.

– Gdy patrzę na ludzi, którzy pracowali przy organizowaniu ogniska, to widzę, że tylko Marek nie odniósł życiowego sukcesu. Ja mam dobrze prosperującą firmę, inny kolega prowadzi renomowaną szkołę językową. A Marek? Pracuje w jakiejś firemce. Sukcesy ks. Andrzeja nie działały na niego dobrze. Raz pojechałem do niego i mówię: „Daj spokój księdzu. On jest w porządku, dzięki znajomym lekarzom uratował mi ojca chorego na raka”. Marek odpowiada: „Widzisz, on właśnie tak działa, uzależnia od siebie otoczenie i ludzie nie chcą dostrzegać całej prawdy”. Po czym zaczyna cytować jak z Pisma Świętego: „I choćbym szedł ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty, Chryste, mnie prowadzisz”. Słowo daję, nawiedzony jakiś.

Gdy Grzegorz Sas myśli o niesprawiedliwości, jaka według niego dotknęła ks. Andrzeja, to „aż go wściekłość ogarnia”.

– Gdybym nie wierzył w Boga, pojechałbym do jednego i drugiego Mogielskiego i ich po prostu zastrzelił – mówi.

Tadeusz Bajorek, również były wychowawca w ognisku, pamięta, że Marek Mogielski był podejrzliwy, czołgał się, by podsłuchiwać, co mówią chłopcy palący papierosy. Podkreśla też, że żaden z podopiecznych nie zgłaszał mu przypadków molestowania seksualnego. Raz tylko Bajorek zobaczył, jak na kanapie w korytarzu pieści się dwóch wychowanków. Zgłosił to ks. Andrzejowi. Tematu nie poruszono na forum ogniska, kary też nie było, tylko kanapa została wyniesiona z korytarza.

Ksiądz Andrzej: Cięższe dajcie mi brzemię

Jeszcze pod koniec zimy 2007 roku ks. Andrzej był niemal wszechwładnym zarządcą katolickich placówek wychowawczo-oświatowych całej archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej. Jego zasługi są imponujące. Założył pięć szkół, remontował budynki, kościół i kaplice, zbudował organy. Dzięki jego aktywności co roku na ferie i kolonie wyjeżdża 2 tysiące dzieci.

– Wszystko dzięki sponsorom i wiernym. Bo od kurii nigdy nie wziąłem ani grosza – podkreśla. – Nie byłoby tego, gdyby w 1995 roku, gdy wybuchła sprawa tych bredni pod moim adresem, biskup Stefanek dał wiarę moim wrogom. Wielu myślało, że to mi zaszkodzi. Musieli być bardzo rozczarowani, że nic nie wskórali.

Rzeczywiście, w kilka miesięcy po wizycie wychowawców u biskupa Stanisława Stefanka ksiądz Andrzej zaczął awansować. Zwieńczeniem jego kariery było objęcie stanowiska przewodniczącego Rady Szkół Katolickich przy Konferencji Episkopatu Polski. Był też członkiem władz Europejskiego Stowarzyszenia Szkół Katolickich w Brukseli.

– Moi nieprzyjaciele nie odpuścili i w końcu wszystko zostało mi zabrane – mówi z żalem. – Szkoły, ogniska wychowawcze. Nawet dobre imię mi odebrano.

Obecne ma być podporą dla archidiecezjalnych seniorów. Zadanie numer dwa: wskrzesić archidiecezjalne wydawnictwo, które podupadło. Nie ukrywa, że jest rozczarowany – zadania są zbyt małe jak na jego zdolności organizacyjne. Ot, wysłano go na boczny tor przy zachowaniu pozorów, że jest inaczej.

– 13 lat temu moi oszczercy zostali odprawieni z kwitkiem i myślałem, że dobrze się stało – mówi. – Teraz wiem, że wpadłem po uszy w bagno. Trzeba było to wtedy wyjaśnić, wyświetlić raz na zawsze. Zapłaciłem cenę, jakiej się nie spodziewałem. Przez te wszystkie lata żyję w cieniu pomówień i oskarżeń. Świeccy i księża plotkują. Jak się uwolnić od tej atmosfery? Mam zrobić dziecko jakiejś kobiecie? Wtedy byłoby inne wytłumaczenie: no taaak, pedofil biseksualista.

Ksiądz Andrzej: Wrogom spojrzę śmiało w oczy

Arcybiskup Zygmunt Kamiński odsunął księdza Andrzeja od funkcji związanych z kształceniem dzieci i młodzieży w kwietniu 2007 roku. Dlaczego nie wcześniej, skoro oskarżenia o pedofilię ordynariuszowi archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej znane były co najmniej od czterech lat, gdy odwiedził go prowincjał dominikanów o. Maciej Zięba?

Zdaniem ks. Andrzeja do odsunięcia w ogóle by nie doszło, gdyby nie naciski ze strony Jarosława Gowina, polityka PO.

– Przyjechał do Szczecina w marcu lub kwietniu zeszłego roku – opowiada ksiądz Andrzej. – Spotkał się z arcybiskupem jako zatroskany o dobro Kościoła katolik. Powiedział, że lepiej byłoby, gdybym został odsunięty, bo sprawę mogą rozdmuchać dziennikarze.

Chwila była dla metropolity trudna. Właśnie wybuchła sprawa domniemanej współpracy z SB arcybiskupa Stanisława Wielgusa i molestowania kleryków w seminarium w Płocku, gdzie abp Kamiński był wcześniej biskupem. Poza tym abp Kamiński rozpoczynał starania w Watykanie, by mimo przekroczenia wieku emerytalnego przedłużyć swoje rządy w archidiecezji.

Od księdza arcybiskupa Gowin jechał do szczecińskich dominikanów, odwoził go diecezjalny szofer. Miał usłyszeć, jak senator dzwoni do kogoś: „Chyba go nastraszyłem, myślę, że sprawa będzie załatwiona”.

Arcybiskup Kamiński i Jarosław Gowin nie chcieli komentować okoliczności spotkania.

Faktem jest, że wkrótce po wizycie polityka ksiądz Andrzej trafił do domu seniora. Natychmiast rozpoczął w Watykanie starania o stwierdzenie nieważności decyzji arcybiskupa odsuwającej go od szkolnictwa. I watykańska Kongregacja Doktryny Wiary pod koniec maja 2007 roku poleciła sprawdzić, czy zarzuty wobec księdza Andrzeja miały podstawy, czy nie. Sprawę bada obecnie archidiecezjalny trybunał w Szczecinie – powinna się skończyć najpóźniej w czerwcu br.

– Nie udzielamy żadnych informacji na temat toczących się u nas postępowań, wszystko objęte jest klauzulą tajności – zastrzega ks. dr Ryszard Ziomek, oficjał Sądu Metropolitalnego Archidiecezji Szczecińsko-Kamieńskiej.

Rozprawy przed takim sądem różnią się od zwykłego, świeckiego wymiaru sprawiedliwości. Świadkowie zeznają, przysięgając na krzyż i Biblię. Z tego obowiązku zwolniona jest tylko jedna osoba, oskarżony.

Ks. Andrzej wierzy w korzystny wyrok. Będzie mógł wtedy śmiało spojrzeć w oczy innym kapłanom. Odwiedzi swoich wrogów i powie im: „Widzicie? Byłem i jestem niewinny, myliliście się. Jeśli naprawdę jesteście ludźmi Kościoła, musicie uszanować ten wyrok”.

Zastanawiał się, czy oskarżycielom nie wytoczyć procesu o zniesławienie.

– Takie rozwiązanie podpowiada mi potężna złość, jaką w sobie noszę – przyznaje. – Ale czy wtedy zdam egzamin jako człowiek wiary? Chrystus mówił przecież, że trzeba miłować swoich nieprzyjaciół. I to jest genialna idea, która nie mogła wyjść od człowieka. To dar od Boga, można go szczerze przyjąć, jeśli uświadomimy sobie, że każdy nosi w sobie jakąś cząstkę dobra.

Biskup Kamiński: Współczuję księdzu Andrzejowi

„Ekscelencjo, wiemy, że materiały sprawy (…) zostały dostarczone do Ekscelencji. Jednakże nie mając żadnego sygnału rozstrzygnięcia wymienionej sprawy, jesteśmy zmuszeni zwrócić się do Ekscelencji w oficjalny sposób. (…)

Kodeks Prawa Kanonicznego wyraźnie wskazuje, iż »duchowny trwający w grzechu zewnętrznym przeciwko szóstemu przykazaniu Dekalogu, wywołującym zgorszenie, winien być ukarany suspensą, do której, gdy mimo upomnienia trwa w przestępstwie, można stopniowo dodawać inne kary, aż do wydalenia ze stanu duchownego «. (…)

Naszą intencją nie było prowadzenie żadnego postępowania dowodowego, lecz jedynie zebranie materiału dokumentującego »prawdopodobieństwo « (…) zajścia czynu przestępczego (…).

Jeżeli sprawa ta nie zostanie rozstrzygnięta w granicach kompetencji władzy kościelnej, będziemy zmuszeni podjąć kroki procesowe w granicach kompetencji władzy państwowej. Szczecin, 10 listopada 2003 r.”.

Pod tym listem skierowanym do arcybiskupa Kamińskiego podpisały się te same osoby, które w 1995 roku były u biskupa Stefanka. Zdecydowały się na ten krok, gdy pół roku po przekazaniu zeznań przez ojca Ziębę kuria wciąż nie podjęła żadnych działań. Nie wiadomo, czy był to rezultat przesłania dokumentu – faktem pozostaje, że miesiąc później doszło do przesłuchań przed sądem biskupim pierwszych świadków. Do dziś nie zostały przesłuchane jednak wszystkie osoby zainteresowane wyjaśnieniem podejrzeń wobec księdza Andrzeja. Dlaczego?

Arcybiskup Kamiński odmawia nam spotkania. Ostatecznie daje się namówić na krótką rozmowę telefoniczną.

– Nie znam sprawy – mówi. – To jest badane obecnie przez Trybunał, a ja nie mam dostępu do akt. Zresztą całość postępowania objęta jest tajemnicą.

Po chwili przyznaje, że według niego cała historia wyrządziła wiele krzywdy. Komu? Na pewno jednej osobie. Według metropolity pokrzywdzonym jest ksiądz Andrzej.

– Ten człowiek wiele wycierpiał przez lata, został potwornie oczerniony. Lepiej by już dla niego było, żeby na samym początku trafił do więzienia. A tak musi żyć od kilkunastu lat jako winny-niewinny.

Równocześnie hierarcha uważa, że instytucje kościelne działały z dużym wyczuciem i nie potraktowały sprawy powierzchownie.

– To niesłychanie delikatne problemy. Sam w latach 70. padłem ofiarą podłej potwarzy – mówi nieoczekiwanie. – Było to jeszcze w Lublinie, gdzie jeden z kapłanów rozpuścił plotkę, że w łóżku biskupa Kamińskiego widuje kobietę. Oczywiście, że widywał. Była to moja rodzona siostra, chora, z zagrożoną ciążą. Jako brat roztoczyłem nad nią opiekę. Najgorsze, że ksiądz, który mnie oczerniał, doskonale był zorientowany w sytuacji. Podałem mu potem rękę, ale to nie było łatwe.

Skąd w szczecińskim ordynariuszu przekonanie, że ks. Andrzej padł ofiarą potwarzy?

– Takie są ustalenia osób, którym ufam – podkreśla arcybiskup.

Czy sam badał wiarygodność osób zarzucających księdzu pedofilię?

– Nie, biskup nie jest od tego – mówi metropolita. – I nie jest tak, że odsunąłem ks. Andrzeja od funkcji związanych z nauczaniem i wychowaniem młodzieży. Powierzyłem mu po prostu inne niezwykle ważne zadania. Proszę nie wypytywać mnie o więcej szczegółów.

Już po rozmowie z arcybiskupem pokazano nam dokument z 29 maja 2007 r., który do archidiecezji nadesłała Watykańska Kongregacja Doktryny Wiary. Nakazuje on zbadać, czy odsunięcie księdza Andrzeja od pracy z młodzieżą było uzasadnione.

– To już ostatnia szansa na potwierdzenie mojej niewinności – mówi ksiądz Andrzej.

Ksiądz Filipowski: On nie przyzna, że idzie złą drogą

Spowiednikiem wychowanków Ogniska im. św. Brata Alberta niemal od początku jest ks. Piotr Filipowski. W powszechnej opinii ludzi z ogniska człowiek uczciwy.

– Chłopcy chodzili do niego do spowiedzi nawet chętniej niż do ks. Andrzeja – stwierdza Grzegorz Sas.

– Ksiądz Filipowski to bardzo zacny człowiek. Mądry, spokojny – dodaje Tadeusz Bajorek, inny z obrońców ks. Andrzeja. – Chyba ostatni w Szczecinie duchowny, który chodzi na piechotę. Wszyscy inni mają samochody.

Obaj księża – Andrzej i Piotr – poznali się jeszcze w latach 80. To dlatego, gdy jeden organizował ognisko, ściągnął drugiego. Ksiądz Filipowski zajmuje skromnie urządzony pokój na piętrze. Za oknem wysoki, gęsty las.

Siedzimy przy stole w jego pokoju.

– Co ksiądz sądzi o zarzutach pod adresem księdza Andrzeja?

Kapłan przez chwilę pociera dłońmi czoło.

– To wszystko sofistyka, która blednie wobec świadectwa ofiar – odpowiada wreszcie.

– Czyli ksiądz nie ma wątpliwości, że ks. Andrzej wykorzystywał wychowanków?

– Nie mam wątpliwości. Znam relacje dwóch chłopców. Są porażające. Podkreślam, że nie uzyskałem ich podczas spowiedzi.

Ksiądz Piotr mówi, że kapłan, który zagubi się w seksie, jest jak nałogowy hazardzista lub alkoholik. Nie przyzna się przed sobą, że idzie drogą samozniszczenia, przy okazji niszcząc innych.

– Będzie szukał nowych podniet i nowych usprawiedliwień. Nie wyrwie się z tej matni o własnych siłach. Zagrożony zdemaskowaniem przyczai się, ale wróci do życia, którego zakosztował – mówi w zamyśleniu. – Spowiedź święta mu nie pomoże. Za każdym razem w konfesjonale będzie szczerze żałował, ze łzami będzie przyrzekał poprawę. Dostanie rozgrzeszenie. I wkrótce wróci z tymi samymi grzechami, bo rządzi namiętność, a on sam jest tylko jej sługą. I tak w kółko. Chyba że pójdzie na terapię dla uzależnionych.

Ksiądz Filipowski twierdzi, że sprawa księdza Andrzeja uświadomiła mu, że sam też ma kłopoty, jakich w większym lub mniejszym stopniu doświadcza wielu żyjących w celibacie.

– Poddałem się grupowej terapii seksualnej i emocjonalnej. Chodzę tam z osobami świeckimi cierpiącymi na uzależnienia różnych typów – mówi nagle. – Nie wstydzę się wystąpić w koloratce. Oni wiedzą, kim jestem. W grupie jesteśmy naprawdę silni. Gdy ktoś upadnie, pozostali biorą go pod ręce i idziemy dalej.

Byli wychowankowie: Te rany do dziś są niezaleczone

Dotarliśmy do chłopców, którzy złożyli zeznania obciążające księdza Andrzeja.

Kazimierz ma dziś 27 lat. Żyje bez rodziny. Mieszka w domach, których wykończeniem zajmuje się zatrudniająca go firma budowlana. Ojca nigdy nie poznał, matki od lat nie widział. Niczego nie ma zamiaru odwoływać. Przecież ksiądz Andrzej zrobił to, co zrobił, podczas wyprawy do Wrocławia.

Ksiądz Andrzej pana w ogóle nie kojarzy.

– Naprawdę nie pamięta chłopca, któremu wszedł do łóżka?

Kazimierz mówi, że od tego czasu nikomu nie ufa. Nie wierzy, że ktoś może coś zrobić bezinteresownie – nawet ksiądz. Do kościoła na msze św. chodzi ostatnio regularnie, ale u komunii nie był od 13 lat.

Szczepan nie chce potępiać księdza Andrzeja. Modli się za niego.

– Proszę uwierzyć, on jest winny, ale to nie znaczy, że ja chcę rozdrapywać stare rany. Wierzę, że Kościół nawet po tylu latach poradzi sobie z tą sprawą.

Ryszard próbuje ułożyć sobie normalne życie. – Każde przypominanie księdza Andrzeja cofa mnie z tej drogi – mówi.

Eryk wyjechał z Polski. Mówi, że połowa jego duszy umarła, a pustka po niej boli w rozdzierający sposób.

Ojciec Marcin: Prawda musi boleć

Szczęść Boże. Nazywam się Marcin Mogielski. Jestem dominikaninem. To ja w czerwcu 2003 roku spisałem świadectwa ofiar.

Ci, którym zawadzam, woleliby, aby motywy mojego działania były inne niż miłość bliźniego i wierność Ewangelii. Wygodniej byłoby im, gdybym był w zmowie z moim bratem Markiem, byłym wychowawcą ogniska. Sugerują, że fakt, że brat stracił tam pracę, stanowi powód do niekończącej się zemsty rodzinnej na wspaniałym kapłanie.

Tłumaczę sobie, że dążenie do odkrycia trudnej prawdy musi kosztować. Dlatego wyznam coś, co będzie stanowić odpowiednio wysoką cenę, którą zapłacę za swoje działania.

Ten, kto nigdy nie został zbrukany, może mieć tylko mętne o tym pojęcie. Ja zbrukany zostałem. Miałem 18 lat, gdy w wakacje 1991 roku pomagałem księdzu Andrzejowi organizować Ognisko św. Brata Alberta. Byłem szczęśliwy, że ja, przyszły kleryk, mogę brać udział w tak wspaniałym przedsięwzięciu. Udzielił mi się zapał księdza Andrzeja i wiara w sukces. Dni upływały na wytężonej pracy. Jeździłem po materiały i pozwolenia z pracownikiem kuratorium, który dorabiał sobie w ognisku. To był przyjaciel księdza Andrzeja. Znali się z czasów seminarium. Ale ten człowiek został z niego usunięty. Nie wiem dlaczego.

Te wspólne wyjazdy zbliżyły mnie z tamtym człowiekiem. Ośmielony zwierzyłem mu się z kłopotów, które akurat przeżywałem. Dojeżdżaliśmy właśnie do lasu otaczającego ognisko. Zatrzymał samochód. Słuchał uważnie, wpatrując się w moje oczy. Coś we mnie pękło. Rozpłakałem się. Przytulił mnie. Dobry, opiekuńczy gest. Poczułem się bezpiecznie. Nagle nachylił się i rozpiął mi rozporek. To straszliwe uczucie, gdy człowiek chce zareagować, a nie jest w stanie. Byłem jak skamieniały. Musiał zauważyć mój szok. Zaczął gorączkowo przepraszać, zapewniać, że nie wie, co się z nim stało. Błagał, żebym nikomu nie mówił, że nigdy więcej już tego nie zrobi. Uwierzyłem, bo czułem ogromny wstyd i upokorzenie. Odrazę do samego siebie, do swojego ciała, tak jakbym to ja zrobił coś złego. Uwierzyłem temu człowiekowi i popełniłem błąd. W ciągu następnych miesięcy wykorzystał moje wahanie jeszcze dwa razy. Byłem za słaby, by poradzić sobie ze swoją seksualnością i wyrwać się. Wreszcie opowiedziałem o wszystkim pracownikom kuratorium. Sprawca mojej krzywdy stracił pracę. Walczył jeszcze przed sądem, ale ostatecznie odebrano mu prawo do pracy z dziećmi.

To z powodu tamtych przeżyć nie byłem potem w stanie włączyć się od początku w pomoc chłopcom. Nie byłem gotów psychicznie, aby stanąć przed nimi i wysłuchać opowieści o koszmarach, których i ja doświadczyłem.

Gdy wreszcie zacząłem działać w imieniu skrzywdzonych przez ks. Andrzeja, szybko stałem się celem ataku. Przeciw mnie użyto wiedzy, że byłem wykorzystany seksualnie. Użyto też kłamstw, że zostałem wyrzucony z seminarium za homoseksualizm i że ktoś świadczy, jakobym był dewiantem, a zatem nie mogę być wiarygodny. Bolało, że moją wiarygodność podważano wśród moich współbraci w zakonie.

Jestem duszpasterzem akademickim w Warszawie. Nie wiem, jak na moje wyznanie zareagują ludzie, którym niosę Słowo Boże. Wybaczcie. Musiałem to wszystko powiedzieć, bo uważam, że w tak dramatycznych sytuacjach żaden porządny człowiek nie może milczeć i udawać, że nic się nie stało. I nie ma tu nic do rzeczy wyznawana wiara, pozycja, zasługi dla Kościoła, dla społeczeństwa. Wystarczy ludzki odruch – pochyl się nad cierpieniem.

[2008] Wyborcza.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: