Wokół skandalu z pożyczkami księży salezjanów

Jak pomóc 130 osobom z Lubina, którym komornik może zabrać cały majątek, bo zaufali swoim duszpasterzom i zaciągnęli olbrzymie kredyty, a księża – wbrew obietnicom – pieniędzy nie oddali? Potrzeba natychmiast trzech milionów dolarów

Chętnych na taki datek nie ma. Bank umorzyć spłaty nie może. Salezjanie – zakon, do którego należą niefrasobliwi duszpasterze – wziąć pożyczek na siebie też nie ma jak, choć moralnie na pewno jest do tego zobowiązany.

Ale zakon zobowiązał się już, że zwróci kredyty, które ksiądz Ryszard M. osobiście zaciągnął w banku, posługując się fałszywymi dokumentami. A to kwota przeszło 130 milionów złotych z odsetkami rosnącymi codziennie. Teraz zakonnicy próbują udowodnić w sądzie, że pożyczki księdza Ryszarda to jego prywatna sprawa, a zobowiązanie do wzięcia na siebie ich zwrotu zostało na salezjanach wymuszone siłą i podstępem. Trwa proces przed wrocławskim sądem. Proces czeka jednak także 130 lubinian, którzy zaufali księdzu i na jego prośbę zaciągnęli olbrzymie kredyty. Jak mogli być tak naiwni?

Tatuś
Ksiądz Ryszard pochodzi z Lubina. Seminarium skończył w latach 80. Na dalsze studia teologiczne pojechał do Włoch. Ma tytuł „doktora świętej teologii”. Jest specjalistą z prawa kanonicznego. – We Włoszech zobaczył, że świat wygląda inaczej – opowiada jeden z jego byłych współpracowników. – Był zafascynowany wolnością. Chciał, żeby u nas było tak samo. Żeby w parafii coś się działo. Założył Fundację Pomocy Młodzieży im. św. Jana Bosco. W Lubinie powstał piękny, wielki kościół, w podziemiach sala teatralna, obok gimnazjum salezjańskie, do tego przepiękny ogród ze stawem, mostkiem i pięknie przystrzyżoną trawą. Młodzież wyjeżdżała na kursy językowe na Maltę, do Włoch, do Londynu. Fundował lubińskiej młodzieży studia teologiczne w Rzymie na uniwersytecie salezjańskim. Energiczny, rzutki, wszędzie go było pełno. – Pomógł wielu ludziom – opowiadają parafianie. Byli zakochani w księdzu Ryszardzie. Wołali na niego „Tatuś”. Pewnego dnia na letnich rekolekcjach młodzieżowej wspólnoty „Oratorium” obudzili go piosenką Arki Noego: „Nie boję się, gdy ciemno jest, ojciec za rękę prowadzi mnie”. Ufali mu bezgranicznie. – Kredyty zaczęły się już na początku lat 90. – wspomina jeden z naszych rozmówców. – Najpierw wszystko było w porządku. Ludzie brali pożyczki gotówkowe, pieniądze dawali księdzu, a ksiądz je spłacał. Później ksiądz Ryszard nawiązał jakiś układ z dyrektorem legnickiego oddziału Kredyt Banku. Rozpoczęło się kredytowe szaleństwo i pożyczanie pieniędzy z wykorzystaniem sfałszowanych dokumentów.

Kredyty dla elity
Pod zastaw nieistniejącej lokaty ksiądz Ryszard zaciągnął przeszło 530 milionów złotych kredytów lombardowych. Do września ubiegłego roku – kiedy cała sprawa się wydała, a ksiądz zniknął – oddał 400 milionów. Oprócz potrzeb parafii i Fundacji trafiały one do maklera giełdowego z Krakowa, który inwestował je na giełdzie. A wierni – ludzie najbardziej zaufani, zaangażowani w działalność różnych stowarzyszeń i wspólnot kościelnych – brali kredyty gotówkowe. Formalności nie musieli załatwiać żadnych. Wystarczyło przyjść do banku i powiedzieć, że od księdza. Oprócz Ryszarda M. na pożyczki zaczęli namawiać ludzi inni księża, Marek F. i Grzegorz S. – Wyglądało to tak: pracownicy banku przygotowywali dane o zarobkach minimalnych do uzyskania kredytu określonej wysokości – opowiada ksiądz Grzegorz S. Sam zgłosił się do prokuratury. – Zaświadczenia o zarobkach były podrabiane. W banku przygotowywano wszystkie dokumenty. Ludzie musieli się tylko zgłosić i podpisać umowę kredytu. Księża namawiali też wiernych do zakładania specjalnego konta „Elita”. Właściciel takiego rachunku musi zadeklarować, że przez trzy miesiące będzie wpłacał na konto co najmniej 10 tysięcy złotych. Po tym czasie bank udzielał kredytu właścicielowi konta. – Ksiądz Marek namówił na takie konto mnie i moją córkę – opowiada pani Irena. – Wpłacał 10 tysięcy złotych jednego dnia, następnego dostawałam karteczkę, na czyje konto muszę przelać pieniądze. Po trzech miesiącach wziął na mój rachunek 79 tysięcy złotych, a na rachunek córki 35 tysięcy. – Myślałam, że to dowód najwyższego zaufania księdza do mnie, że poprosił mnie o taką pożyczkę. Prosił tylko, żeby sprawę trzymać w tajemnicy. Inny ksiądz o to samo poprosił moją 75-letnią mamę. Dopiero po trzech miesiącach dowiedziałam się, że wzięła dla niego 100 tysięcy złotych kredytu. Sprawą dziwnych pożyczek zainteresowali się wrocławscy policjanci z Komendy Wojewódzkiej. Jednocześnie zmienił się dyrektor oddziału Kredyt Banku w Legnicy. Kontrola wewnętrzna wykazała nieprawidłowości. Dyrektor, który ułatwiał pożyczki księdzu Ryszardowi, został zwolniony z pracy i aresztowany. Ksiądz Ryszard zniknął we wrześniu 2001 roku. Odnalazł się w lutym. Sam zgłosił się do prokuratury. Do dziś siedzi w areszcie.

Komornik i prokurator
Do ludzi, którzy brali kredyty, zaczął zgłaszać się bank. Są rodziny winne Kredyt Bankowi po kilkaset tysięcy złotych. Łącznie cała grupa ma do oddania 12 milionów (razem z odsetkami), czyli trzy miliony dolarów. Zaczęli się spotykać. Nazywają siebie „Rodziną kredytową”. Chcą założyć stowarzyszenie. Zwracali się o pomoc finansową do wszystkich szczebli kościelnej hierarchii. Do biskupa, Episkopatu, nuncjusza apostolskiego. Wszyscy odsyłają ich do bezpośrednich przełożonych księdza Ryszarda i księdza Marka – do wrocławskiej Inspektorii Zakonu Salezjanów. – Pomagamy tym ludziom – mówi ksiądz Krzysztof Szymczak. – Znaleźliśmy prawnika, który udziela im porad. Ale ze strony banku nie ma żadnej woli porozumienia. A to w końcu pracownicy banku przyczynili się do dramatu tych ludzi. – Niestety, jakiekolwiek uchybienie banku i jego pracowników nie zwalniają od obowiązku spłaty kredytu – tłumaczy prawnik, którego salezjanie poprosili o pomoc dla swoich wiernych. Ale zakonnicy mogliby pomóc ludziom w jeden sposób – spłacić za nich kredyty. Na to bank na pewno by się zgodził. Oni jednak nie chcą albo – jak mówią – nie mogą tego zrobić. – Bank nie ma podstaw do zawieszenia spłaty kredytu albo jego umorzenia – tłumaczy Izabela Mościcka, dyrektorka biura prasowego Kredyt Banku. Umorzenie oznaczałoby wpisanie w straty niespłaconych kredytów i odsetek. A bez próby wyegzekwowania tych pieniędzy taka procedura jest niemożliwa. Wpisanie takiej sumy w straty oznacza w końcu obniżenie zysku, a w konsekwencji niższe podatki. Co gorsza ludzie, którzy zaufali księżom, będą jeszcze odpowiadać w prokuraturze. Spośród 38 podejrzanych w tej sprawie trzydziestka to lubińscy kredytobiorcy. – Traktujemy ich jako współsprawców przestępstwa – mówi jeden z wrocławskich prokuratorów. – I jesteśmy pewni, że sąd przyzna nam rację. W końcu niejednokrotnie przedstawiali w banku sfałszowane dokumenty o zarobkach. Brali kredyty ze świadomością, że nie będzie ich stać na spłatę. Nie ma znaczenia, że księża obiecywali spłacić za nich. Lubinianie najpewniej dostaną wyroki w zawieszeniu, ale sąd zobowiąże ich do naprawienia szkody, czyli zwrotu wyłudzonych kredytów. O taki zapis będzie przynajmniej wnioskować prokuratura.

Patron spraw beznadziejnych
Niektórzy z wiernych do dziś ufają „Tatusiowi”. Mówią, że jak wyjdzie z aresztu, to znajdzie pieniądze, żeby spłacić ich kredyty. Mówią, że on taki jest, że jak coś obieca, to słowa dotrzyma. Chodzili do prokuratury, prosili: „Puśćcie go, on odda pieniądze, to nasza ostatnia deska ratunku”. – Jak chce oddać, niech oddaje – odpowiadają chłodno w prokuraturze. – Areszt mu w tym nie przeszkadza. Jak będzie trzeba, nakażemy policji, żeby zawiozła go tam, gdzie są pieniądze wyłudzone z Kredyt Banku. Jak są zakopane w ogródku, to do ogródka, jak gdzieś zdeponowane, to i do banku zawieziemy. Wtedy będziemy rozmawiać, czy może wyjść. – W poniedziałek 28 października jest święto św. Judy Tadeusza, patrona spraw beznadziejnych. Bardzo liczymy, że on nam pomoże – mówi jeden z członków „Rodziny kredytowej”

[2002] Gazeta.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: