FiM – Ksiądz bez twarzy

Ustrzeliliśmy kolejnego zboczeńca w sutannie. Grasującym w Internecie pedofilem szukającym „młodego chłopaka do wspólnej zabawy” okazał się ksiądz, bardzo wysoko usytuowany w hierarchii zgromadzenia zakonnego palotynów.

Palotyni, czyli Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego, to jeden z najbardziej znanych i – z racji posiadania drukarni oraz dwóch potężnych wydawnictw (Pallotinum, Apostolicum) – najbogatszych w Polsce zakonów męskich.

„W sposób szczególny pragniemy budować i pogłębiać u wszystkich wiernych świadomość ich apostolskiego powołania, zachęcając do aktywnego uczestnictwa w apostolstwie oraz pomagając, aby mogli dobrze przygotować się do współpracy z innymi (…). Miłość i apostolstwo kształtują styl naszego życia i naszej pracy, jak również strukturę i zarząd” – prezentują się palotyni na swojej oficjalnej stronie internetowej.

A prywatnie to oni prezentują się ciut inaczej: „Szukam młodego chłopaka do wspólnej zabawy. Szukam kogoś, kto lubi dominować, a nawet ostrzejsze klimaty. Ja jestem uległy, nawet bardzo. Uwielbiam obciągać i lizać wszędzie, od stóp w górę. Nie chcę analu” – reklamował się w listach 45-letni ksiądz Wojciech Pietrzak z Bielska-Białej, gdy próbował uwieść niespełna 16-letniego dzieciaka.

Dodajmy, że ów kapłan zajmuje w hierarchii zakonnej bardzo wysoką pozycję. Udało nam się dotrzeć do niektórych dokumentów spoczywających w archiwach palotynów i wyczytaliśmy w nich m.in., że ks. Wojciech przez trzy kolejne kadencje (lata 1993–2002) był w zakonie Pierwszym Radcą (pierwszy zastępca prowincjała, ks. Lesława Gwarka, a od 1999 r. – ks. Tomasza Skibińskiego).

Ma też w życiorysie ciekawy – w świetle naszej dzisiejszej o nim wiedzy – okres (1989–1992), kiedy to z nominacji arcybiskupa lubelskiego sprawował funkcję kapelana tamtejszych harcerzy, skupionych w przykościółkowym Związku Harcerstwa Rzeczpospolitej (tym „słusznym” – w odróżnieniu od świeckiego Związku Harcerstwa Polskiego).

Ks. Wojciech mieszka obecnie w Domu Misyjnym Księży Pallotynów przy parafii św. Andrzeja Boboli w Bielsku, skąd raz w tygodniu dojeżdża do Ołtarzewa na wykłady katechetyki (czy aby tylko katechetyki?) w Wyższym Seminarium Duchownym. A gdy nie ma zajęć dydaktycznych, nachodzi go straszna chcica na seks z młodymi chłopcami: „Marzę o tym, żeby mnie zdominował młody chłopiec. Chodzi mi o układ Pan–niewolnik, gdzie Ty byłbyś oczywiście Panem. Chcę, abyś Ty się trochę na mnie wyżył (w granicach rozsądku). Ja nie będę stawiał oporu! Oczywiście jeżeli chcesz, to mogę stawiać lekki opór, ale tylko dla fasonu. Lubię jak partner na mnie siedzi, jak przy rozłożeniu na łopatki. Miło by było gdybyś pomógł mi w masowaniu mojego penisa” – tłumaczył nastolatkowi. Dla lepszego zrozumienia dosyć nietypowych oczekiwań zakonnik przesyłał mu też adresy stron internetowych, aby chłopak obejrzał sobie (fot. powyżej) przed spotkaniem, co będzie musiał robić, żeby zapracować na honorarium: „Co do sumy kieszonkowego, to na pewno będę grzeczny” – nęcił. Później kalkulował: „Ile czasu byś był ze mną za dwie stówki?”. Gdy chłopak połknął haczyk, palotyn zaczął się targować: „A może stówka Ci wystarczy?”

Na miejsce planowanej randki ks. Wojciech wybrał Katowice: „Mieszkam w Bielsku, ale spotkania by były w Katowicach. (…) Najchętniej nocką”.

Dlaczego akurat tam?
„W dużym mieście będziemy anonimowi i nie ma tylu zawistnych oczu”, a co gorsza „niektóre hotele żądają dokumentów. Gdy osoba towarzysząca jest niepełnoletnia, mogą robić kłopoty” – wyjaśnił chłopcu.

W listach, którymi go zasypywał, święto(je)bliwy opisał też, o co dokładnie chodzi z tym lizaniem: „Lubię też lizać rowek i całe krocze. Lubię jak partner zaciska mi nogami głowę tak, abym był bliżej jego klejnotów i mógł dokładniej jeszcze lizać mu w kroku. Odpisz, proszę! Wiem, że jesteś w szkole, ale ja się nie mogę doczekać”.

Dodajmy, że cytowane treści należą do niewielu w miarę cenzuralnych fragmentów listów ks. Wojciecha Pietrzaka. Wysyłał je pocztą elektroniczną do poznanego za pośrednictwem Internetu chłopca, licząc, że nie zostanie rozszyfrowany. I strasznie się pomylił…

– Lubię wiedzieć, co w trawie piszczy, więc tak ustawiłem domowy komputer, żeby zachować dyskretną kontrolę nad zainteresowaniami dziecka. Wziąłem go na poważną rozmowę, gdy zorientowałem się, że coraz częściej odwiedza portale dla sadomasochistów. Wtedy Krzysio do wszystkiego się przyznał… – zaczął swą opowieść ojciec chłopca Marek K. (imię chłopca i jego ojca zostało zmienione), kiedy odwiedził naszą redakcję.

Okazało się, że całą historię zainicjował „kawał” jednego z kolegów Krzysia, który od pewnego czasu bawił się (i tylko bawił – jak zapewnił Marka K.) w korespondowanie – w wyżej opisanym duchu – z mężczyzną o imieniu Jacek, używającym adresu e-mailowego jk45@gazeta.pl oraz numeru 73562 na komunikatorze internetowym gadu- gadu.

– Dał temu Jackowi adres mojego syna, no i bydlak zaczął mojego Krzyśka nagabywać. Mam też dowody i jeśli będzie trzeba, mogę wam je udostępnić, że próbował z jeszcze jednym kolegą syna. Przysłał mu dokładnie taką samą ofertę z zaproszeniem do „wspólnej zabawy” w zamian za kieszonkowe. Spasował, gdy dowiedział się, że ten dzieciak nie skończył jeszcze 15 lat. W takiej sytuacji Jacek automatycznie wpadłby w objęcia prokuratora. Został mu zatem tylko mój syn. Gdy zaciekawiony chłopak odpowiedział, Jacek tak się napalił, że już nie dawał mu spokoju. W tym momencie ja wkroczyłem do akcji. Postanowiłem drania namierzyć.

Marek K., podszywając się pod Krzysia, zaczął odpisywać na listy Jacka: – Bardzo nalegał na randkę. „Liczę na utratę kalorii i nie mogę się tego gubienia z Tobą doczekać” – napisał do mnie ten bydlak. Ze świadomością, że kieruje te słowa do dziecka! Wreszcie zgodziłem się na całonocną imprezę. Umówiliśmy spotkanie na trasie między Bielskiem a Katowicami. Popełnił błąd, uprzedzając mnie, jak wygląda. Martwił się w jednym z listów, czy 45-letni grubas wielki na metr osiemdziesiąt, ale „miękki do siedzenia” spodoba się szesnastolatkowi (cyt. z listu: „A jak Ci się nie spodobam? Jak nie będę w Twoim guście? Za stary lub za gruby? Napisz mi, jakie kryteria muszę spełnić, abym mógł z nadzieją iść na to spotkanie” – dop. red.). Uprzedził też, że przyjedzie wiśniowym peugeotem 406 kombi na poznańskich numerach PO 2…55 (fot. str. 7). Strasznie mnie korciło, żeby od razu, tam na miejscu, skopać mu dupę. Ale wytrzymałem. Facet był bardzo „elektryczny”. Z samochodu nie wysiadł, a gdy nie doczekał się kochanka, to tak kluczył, wracając do Bielska, że już myślałem że go zgubię. A jak wreszcie podjechał pod parafię palotynów i wszedł… na plebanię, aż mi się słabo zrobiło – ujawnił nam pan Marek.

Dalej poszukaliśmy sami i wkrótce ustaliliśmy, że „Jacek” to w rzeczywistości ks. Wojciech Pietrzak. Ten magister teologii okazał się na tyle głupi, że w jednym z listów opisał swoją przygodę z 10 stycznia 2005 roku, kiedy to miał „wziąć na nockę” chłopca umówionego przy stacji benzynowej w miejscowości Brzeszcze koło Oświęcimia. Miał wówczas podwójnego pecha: małolat nie dotarł na spotkanie, a samochód „Jacka” zainteresował miejscową policję.

– Potwierdzam, że 10 stycznia 2005 roku funkcjonariusze Komisariatu Policji w Brzeszczach zatrzymali w pobliżu tamtejszej stacji benzynowej do rutynowej kontroli samochód osobowy marki Peugeot 406 na rejestracji poznańskiej, którym kierował Wojciech Pietrzak – odpowiedział na pytanie „FiM” nadkomisarz Zbigniew Wrona z Komendy Powiatowej Policji w Oświęcimiu.

W porozumieniu z Markiem K. w czwartek 3 lutego zatelefonowaliśmy do Domu Misyjnego Księży Pallotynów w Bielsku-Białej. Oto fragment rozmowy z ks. Wojciechem:
– Mówi ojciec Krzysia z (…). Tego, którego próbował ksiądz niedawno uwieść. Jestem zbyt zdenerwowany, aby w tej chwili słuchać wyjaśnień. Proszę więc o krótką odpowiedź: czy chce się ksiądz ze mną spotkać, czy też od razu mam iść na policję? – zablefował nasz dziennikarz.
– Jak pan mnie odnalazł? – zdziwił się zakonnik.
– To akurat nie ma w tej chwili znaczenia. Słucham, jaka jest decyzja księdza?
– Tak, tak, spotkajmy się. Koniecznie. Ale gdzie? Tylko nie w Bielsku, dobrze? Proszę podać swoje warunki.
– Jutro w Katowicach o godzinie czternastej!
– Oj, mogę nie zdążyć. Czy możliwa byłaby godzina piętnasta? I najłatwiej trafiłbym pod dworzec PKP…
– Zgoda! Proszę podać mi swój numer telefonu komórkowego. Jutro za pięć trzecia zadzwonię i powiem, w którym dokładnie miejscu stoję oraz jak wyglądam.
– Oczywiście, oczywiście. Tylko chwileczkę, niedawno zmieniłem numer i go nie pamiętam. O, już mam: 509 8… 235. I bardzo proszę, niech pan się uspokoi…
– Czekam w piątek przed dworcem. Żegnam!

Pojechaliśmy do Katowic. Ciekawiło nas, czy klecha okaże jakąś skruchę, może przysięgnie, że już nigdy, że to silniejsze od niego, że bezskutecznie walczy ze swoimi namiętnościami…
– A co mam zrobić, jeśli będzie usiłował dać mi jakieś pieniądze za milczenie bądź szkody moralne? – zapytał nasz człowiek, mający występować w rozmowie z ks. Wojciechem jako „ojciec Krzysia” (Marek K. stwierdził, że nie wytrzyma psychicznie takiego spotkania).
– Weź! Ofiarujemy je na dom dziecka – postanowiliśmy po naradzie.

O umówionej porze zatelefonowaliśmy:
– Rozmyśliłem się. Postanowiłem, że nie będę z panem rozmawiał – oznajmił zakonnik.

Nie nalegaliśmy. Skoro nie chce przyjść Mahomet go góry, kopnęliśmy się natychmiast do Bielska.
– Ksiądz Pietrzak wyjechał pół godziny temu i powinien niedługo wrócić – poinformowała nas recepcjonistka w Domu Misyjnym Księży Pallotynów.
– Prysnął, skubaniec. Domyślił się, że ojciec tak łatwo nie odpuści i może tu do niego przyjechać z awanturą – spekulował redakcyjny kierowca.

Po kilku kwadransach oczekiwania zauważyliśmy peugeota. Marek K. rozpoznał natychmiast siedzącego za kółkiem „Jacka”. Nadjeżdżał wolno, na wysokości bramy wjazdowej na dziedziniec zatrzymał się i uważnie zlustrował otoczenie. Gdy zauważył, że z zaparkowanego tuż obok samochodu wysiada „ojciec Krzysia” – ruszył z piskiem opon.

Ks. Wojciech uciekał ulicami miasta jak szalony. Gdy raz zdołaliśmy się z nim zrównać, próbował zasłaniać twarz. Ale czy on ją w ogóle ma…?

[2005] FaktyiMity.pl Nr 6 str. 6,7 Plik PDF.

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: