Pożegnanie z Ojczyzną

Repatrianci z Kazachstanu, starsi ludzie, dopiero w Polsce dowiedzieli się, że są też księża biznesmeni.

To było święto: pierwszy taki dom w Polsce stworzony specjalnie dla starszych, schorowanych repatriantów z Kazachstanu, którzy nie mogli już liczyć na niczyje zaproszenie. Dziś jednak z 24 leciwych osób, które przed dwoma laty przyjechały do Syrkowic na zaproszenie Stowarzyszenia Rodzina Kolpinga, w Domu Repatrianta Ojczyzna została ledwie czternastka. Jedną, osiemdziesięcioletnią kobietę, Bóg powołał do siebie. Pozostali odeszli z własnej woli – rozpierzchli się po polskich znajomych, świeckich domach opieki. A 93-letnia babcia postanowiła nawet wrócić do Kazachstanu. Wszystko przez konflikt z księdzem prezesem.

Co się stało? W poszukiwaniu odpowiedzi do Syrkowic koło Białogardu przyjeżdżała już lokalna i wojewódzka władza, dyrektor z Urzędu ds. Repatriacji i Cudzoziemców, przychodzili policjanci. Ale nikomu nie udało się ugasić polskiego piekiełka, w którym podpiekają się nawzajem repatrianci i ksiądz dobrodziej. Ostatnio ich spór przeniósł się do prokuratury, która bada, czy nie doszło do przestępstwa. Na razie jedno jest pewne – poszło o pieniądze.

Józef Dermanowski, wątły, siwy 70-latek, jest jednym z tych, którzy uciekli z Ojczyzny. Wraz z żoną Albiną Lewicką zamieszkał w Białogardzie, w dwóch pokojach, które odstąpili mu polscy przyjaciele. Kiedy opowiada o „swojej krzywdzie”, głos więźnie mu w krtani, a ręce drżą. Nigdy nie przypuszczał, że po latach spędzonych na sowieckiej ziemi w ojczyźnie spotka go tyle upokorzeń.

Pokazuje skargę wysłaną do biskupa: ksiądz Bolesław Jewulski z Ojczyzny przywłaszczył cztery tysiące złotych, które on, repatriant Dermanowski, dostał na zagospodarowanie. – Kiedy upomniałem się o te pieniądze, usłyszałem, że jak mi się nie podoba, mogę się wynosić. A potem ksiądz oskarżył mnie, że kradłem cukier z kuchni, na bimber. A to przecież na syrop dla pszczół, nie na alkohol. Opiekowałem się pięcioma ulami, a miód ksiądz prezes do samego biskupa woził na spróbowanie – tłumaczy.

Ma łzy w oczach. Kiedy do Polski jechał, myślał, że piękniej będzie, zamożniej niż w Kazachstanie. Że rodacy z miłością i szacunkiem przyjmą ich, wygnańców. A tu…

Ale rozczarowany i rozgoryczony jest także ksiądz Bolesław Jewulski: zamiast wdzięczności słyszy zarzuty i cierpkie słowa. A przecież tak się starał.

Stowarzyszenie Rodzina Kolpinga z Połczyna Zdroju od 1994 roku zajmuje się działalnością gospodarczą i charytatywną. Chociaż liczy 36 członków, jego duszą i ciałem jest prezes, ks. Bolesław Jewulski, proboszcz parafii św. Józefa Oblubieńca w Połczynie Zdroju. Przed dziesięciu laty stowarzyszenie kupiło na raty 380-hektarowe pegeerowskie gospodarstwo w Syrkowicach, z którego dochód (uprawa ziemi, skup interwencyjny zboża) przeznaczony jest na cele statutowe, m.in. tanie lub darmowe obiady dla ubogich.

Na pomysł, w jaki sposób wykorzystać stojący w parku podniszczony dworek, ksiądz prezes wpadł w 2001 roku, podczas pielgrzymki Ojca Świętego do Kazachstanu. – Na spotkaniu w polskiej ambasadzie w Ałma Acie zapytałem, kogo w pierwszej kolejności trzeba by repatriować – opowiada ks. Jewulski. – Starych i chorych – padła odpowiedź – ich nikt nie chce.

W październiku 2002 roku kapłan wraz z członkinią zarządu i przy udziale ks. biskupa seniora Ignacego Jeża podpisali akt notarialny, w którym zobowiązali się do przyjęcia repatriantów, emerytów z Kazachstanu. W paragrafie 5. zapisano: „Ponieważ stowarzyszenie prowadzi remont pałacu ze środków własnych i datków sponsorów, oczekuje, że osoby zaproszone do Polski włożą swój finansowy wkład w to przedsięwzięcie, przekazując stowarzyszeniu pieniądze, jakie repatriant otrzymuje od państwa polskiego na start (wówczas nieco ponad 4 tys. złotych), zaś na swoje utrzymanie oddawać będą 75 procent emerytury”. W zamian starcy mieli zostać zakwaterowani w pokojach 2- i 3-osobowych z łazienką, otrzymywać trzy posiłki dziennie. Sprowadzone z Białorusi siostry zakonne za Bóg zapłać miały zadbać o ich wygodę.

Pismo wraz z aktem notarialnym trafiło do polskiego konsula w Kazachstanie – by wytypował osoby, które powrócą do ojczyzny. Jedną z nich była Adela Olszewska, lat 65, której rodzina w 1936 roku została deportowana z terenów dzisiejszej Ukrainy i wywieziona do Kazachstanu.

Bardzo chciała przyjechać do Polski, bo tu zimy łagodniejsze, a ona, schorowana, nie miała siły dźwigać codziennie sześciu wiader z opałem. A kiedy jeszcze zobaczyła folder ze zdjęciami „prywatnego pensjonatu księdza”, jak to zrozumiała, po prostu wpadła w zachwyt. Odliczała dni do wyjazdu. Papiery, które jej podsunięto, podpisała, choć po polsku rozumiała niewiele. U niej, w Kazachstanie, ksiądz był autorytetem; nie widziała potrzeby upewniania się, czy wszystko jest tak, jak na obrazku. – Ja dopiero w Polsce dowiedziała się, że u was są też księża biznesmeni – mówi zdziwiona.

Także Stanisław Orliński, rosyjskojęzyczny 75-latek, który całe życie przepracował jako robotnik rolny w sowchozie, zapisał się „do księdza” bez zastanowienia. – Zajszli my do konsula, dzień dobry ja powiedział, po polsku. Dobrze się tego nauczył, bo mnie gawarili, że inacze do Polszi nie wozmut. Powiezło! – opowiada.

Przyjazd repatriantów do Syrkowic był okazją do wielkiej fety. Telewizja, władze, kwiaty i łzy. Nim zdążyli ochłonąć, dostali do podpisania pełnomocnictwa, w których godzili się, by ksiądz lub siostry zakonne odbierali w ich imieniu emerytury, renty, przesyłki pieniężne, korespondencję. Ks. Jewulski wyjaśnia, że zrobił to dla dobra starszych ludzi, by nie musieli się zajmować formalnościami. Jednak niektórzy poczuli się ubezwłasnowolnieni. I, co tu mówić, oszukani.

– Ciekaw jestem, na co poszły te nasze pieniądze na zagospodarowanie – zżyma się Józef Dermanowski. – Za te 9 tysięcy, jakie mnie i żonie zabrał ksiądz, można wyszykować luksusy – uważa. Nie podobało mu się też, że oprócz opodatkowania emerytur ksiądz zabiera też po 70 procent z dodatku pielęgnacyjnego i kombatanckiego, który im w Polsce przyznano. Poskarżył się na to wszystko w liście do kołobrzeskiego szefa Sybiraków. Ale po kilku dniach ksiądz zebrał pensjonariuszy i zdenerwowany odczytał im list Dermanowskiego, który ponoć dostał pocztą zwrotną. – A potem nakrzyczał, że jak umrę, to jego noga przy moim grobie nie stanie – mówi Dermanowski.

Ksiądz jest oburzony postawą Dermanowskego i reszty repatriantów buntowników. W jego odczuciu powinni być mu wdzięczni. Dał im nowe łazienki i skromne, czyste pokoje. Z dobrego serca żywił ich przez dwa miesiące, nim przyznano im polskie emerytury. Zdaniem księdza pieniądze, które potrąca repatriantom z emerytur i dodatków, wszystkiego 6 tysięcy, i tak nie wystarczają, by utrzymać Ojczyznę. Na samo ogrzewanie trzeba wydać zimą 7 tysięcy złotych miesięcznie, a skąd reszta? Od księdza i stowarzyszenia.

Ale repatrianci też potrafią liczyć. Adela Olszewska, emerytowana księgowa, opowiada, że gości, którzy przyjeżdżali do nich w odwiedziny, ksiądz kazał odsyłać do ośrodka w Gąskach, gdzie za nocleg płacili po 14 euro od osoby, a jak ktoś był z Niemiec, to 24 euro. – W dodatku tej kobiecie, co do Kazachstanu wróciła, przez kilka miesięcy nie odsyła emerytury, choć obiecał – mówi szeptem Olszewska.

Rachunek księdzu wystawia też Stanisław Łoś. To jego żona zmarła, on sam wkrótce potem opuścił progi Ojczyzny ks. Jewulskiego. – Musiałem mu 600 dolarów za pochówek żony zapłacić – mówi. Jest pewien, że na pogrzeb duchowny wziął pieniądze z ubezpieczenia.

Do finansowych pretensji dochodzą inne: że ksiądz prezes rządził Ojczyzną żelazną ręką i nawet lekarza nie wolno im było wzywać bez jego zgody. Że zakazywał im kontaktów z miejscowymi – A przecież my wolni ludzie, nie więźniowie – mówią „buntownicy”. Stanisław Łoś nie potrafi też zapomnieć, że jak zaczęły się swary z księdzem, ten przy ludziach szyderczo go spytał, ile osób zamordował w Kazachstanie. Bo Łoś był kiedyś pracownikiem ministerstwa spraw wewnętrznych – ale nie ma rąk splamionych krwią.

Księdza Jewulskiego już złości, że wciąż się musi ludziom tłumaczyć ze swoich dobrych uczynków. Ubolewa, że nie miał wpływu na dobór osób, które do swojej Ojczyzny sprowadził. Zdradzi tylko, że zmarła Łosiowa nie Kazaszką była, a Rosjanką, a jednak przyjął ją do siebie, choć nie musiał. Powie też, że repatriantce, która wróciła do Kazachstanu, nie wysyłał pieniędzy, bo czekał, żeby mu przysłała notarialne upoważnienie i numer kazachskiego konta.

W ogóle ks. Jewulski bardzo się na niektórych repatriantach zawiódł. Tylko część to prawdziwi Polacy, szczerzy patrioci. Taki Stanisław Orliński – o, ten jest zadowolony.

– Żyć, nie umierać – uśmiecha się Orliński i dodaje: – Mnie tu dobrze. Lekarz mi w Polsce oko naprawił. Ci, co się zbuntowali, przeważnie pracowali przez całe życie w biurach. To inni ludzie. Ja sowchoznik prosty, nawet czytać i pisać po polsku nie umiem. U mnie zasada: cisze jedziesz, dalsze budziesz… Ksiądz dobry, nawet nam już przygotował miejsca na cmentarzu.

Ksiądz Bolesław Jewulski nie planuje kolejnych przesiedleń. Myśli raczej, żeby utworzyć w Syrkowicach dom opieki dla miejscowych Polaków. Oni też potrzebują pomocy.

[2005] NewsWeek.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: