FiM – Ksiądz ukradł mi duszę

Marta ma 28 lat. Mieszka w Krakowie. Zatelefonowała do redakcji, odpowiadając na ogłoszony przez Jonasza apel, aby zgłaszały się do „FiM” osoby, które były molestowane przez księży. Wspomnienia Marty są tak dramatyczne, tak głęboko bolesne i do tego stopnia szokujące, że poprosiliśmy, aby osobiście spotkała się z naszą dziennikarką. Zgodziła się.

– Dlaczego zdecydowałaś się na telefon do redakcji „Faktów i Mitów”?
– To był impuls, moment… Przyznam, że wasz tygodnik czytam tylko od czasu do czasu, więc nawet nie wiedziałam o akcji. Powiedziała mi o niej przyjaciółka, wasza fanka, która wie o mnie… O tym wszystkim wie. Z godzinę patrzyłam na telefon. Brałam do ręki słuchawkę i odkładałam. Tymczasem wracały wspomnienia. Tak jakby to było wczoraj. A to minęło już 16 lat. Już i tylko… Wtedy to wszystko się zaczęło.
– Miałaś 12 lat…
– Miałam dwanaście lat, a księża byli dla mnie najwyższym autorytetem. Daleko większym niż mama i tata. W takim duchu zostałam zresztą wychowana. Żebyś ty wiedziała, jak ja żałowałam, że nie jestem chłopcem i nie będę mogła być księdzem. W końcu wymyśliłam, że zostaną zakonnicą. Ojcu to się bardzo podobało. Nawet pochwalił mnie przed dalszą rodziną podczas imienin mamy.
Od czasu gdy skończyłam 10 lat, w kościele bywałam codziennie. Nie prawie codziennie, tylko dosłownie dzień w dzień. Albo kilka razy w ciągu dnia. Śpiewałam w chórku, dekorowałam ołtarz, pomagałam w sprzątaniu zakrystii i plebanii. Im więcej powierzano mi zadań, tym czułam się bardziej wyróżniona i ważna. Uczyłam się dobrze, ale w szkole już wtedy zaczęto traktować mnie jak jakąś dziwaczkę. Nawet nauczyciel powiedział kiedyś coś uszczypliwego. Ale ja w ogóle na to nie zważałam, żałując, że to oni wszyscy pójdą do piekła, i ciesząc się, że ja nie pójdę. Że ja będę w niebie.
– Nie przypuszczałaś, że piekło Tobie pierwszej przypadnie w udziale? Nic jeszcze nie zapowiadało katastrofy?
– Nic. Do czasu aż skończyłam 12 lat. Wówczas rodzice pozwolili mi pojechać na pierwszą w moim życiu oazę. Na cały tydzień do niewielkiej miejscowości koło Krosna. Jest tam wielki klasztor, przynajmniej wtedy wydawał mi się wielki i tajemniczy. Opiekunem grupy krakowskiej był młody i bardzo miły wikary z mojej parafii oraz dużo starszy ksiądz, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Musiał być kimś ważnym, bo nasz wikary, ksiądz Wojciech, dosłownie płaszczył się przed nim. Ksiądz Bronisław K. był podobno znaczącą osobą w samej kurii. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co to znaczy. Wszyscy, a było nas na oazie – mówię o grupie z Krakowa – około 20 osób, patrzyliśmy na niego jak na Boga. Albo i z jeszcze większym podziwem i strachem, bo był blisko. Już pierwszego wieczora bardzo podpadłam księdzu Bronisławowi, kiedy biegłam korytarzem klasztornej oficyny, w której mieszkaliśmy. „Podejdź tu, smarkulo. Tu nie wolno biegać. Tu się stąpa. Im ciszej, tym lepiej, by nie przeszkadzać Bogu” – powiedział i dał mi lekkiego klapsa na pożegnanie. Popłakałam się.
– Popłakałaś? Przecież to nic strasznego.
– Dla dwunastolatki to był prawie koniec świata. Przecież ja się bałam nawet oczy na niego podnieść, a co dopiero być przez tego księdza skarcona. I chociaż nikt tego zajścia nie widział, nie mogłam się uspokoić i zasnąć. Przecież „przeszkodziłam Bogu”. Dopiero rano ksiądz Wojciech wytłumaczył mi, że to głupstwo, bo prałat Bronisław tylko żartował i bardzo lubi dzieci. Jeszcze tego samego wieczora miałam się przekonać, co to tak naprawdę oznacza. Nim to się jednak stało, dzień upłynął nam na śpiewaniu piosenek oraz rozgrywkach pomiędzy grupami w dwa ognie. Wszyscy czekali na wieczorne ognisko. Zapłonęło o godzinie 18 i znów zobaczyłam księdza Bronisława. A on zobaczył mnie. Widziałam, że na mnie patrzy. Niby rozmawiał z innymi dziećmi, ale zerkał na mnie.
– Coś przeczuwałaś?
– Tylko kłopoty, bo co może czuć w takim momencie dwunastolatka? W pewnym momencie, po jakiejś godzinie, kiedy zajęta byłam rozmową z koleżanką, odwróciłam się nagle i znów dosłownie wpadłam na księdza. „O, nasza mała chuliganka” – powiedział i pogłaskał mnie po głowie. „Chyba musimy poważnie porozmawiać” – dodał i jakoś
tak dobrodusznie pogroził mi palcem, że przestałam się bać. Nawet się roześmiałam. To było takie miłe i ciepłe i chciałam, by mnie jeszcze raz pogłaskał. Po całym dniu stresu nareszcie przestałam się bać. Kościół jest wspaniały, Bóg jest wspaniały! – śpiewało mi w duszy.
– Z wcześniejszej naszej rozmowy wiem, że 3 godziny później Twoja wizja Kościoła, dziecięca wizja Boga, runęła.
– Może jeszcze nie do końca, ale to już była tylko równia pochyła. Gdy wróciliśmy z ogniska, zjedliśmy kolację i odmówiliśmy wieczorną modlitwę, kazano nam iść spać. Ledwie pogaszono światła w salce, w której stały nasze łóżka – moje i pięciu innych koleżanek – pojawiła się zakonnica. Ta sama, która grała przy ognisku na gitarze. „Martusiu, ksiądz Bronisław chce z tobą porozmawiać” – powiedziała i czekała, aż się ubiorę. Musiałam się ubrać, bo jak powiedziała: „Musimy przejść przez podwórko, a jest zimno”. Założyłam szarą harcerską sukienkę, w której
byłam na ognisku, skarpetki w paski i botki. Dziesięć minut później stanęłam pod drzwiami pokoju księdza Bronisława. „Zapukaj i bądź grzeczna” – pouczyła mnie siostra Marta (miała na imię tak samo jak ja) i jeszcze zapytała, czy wrócę sama. To znaczy, czy trafię… Powiedziałam, że oczywiście. Drzwi, przed którymi stałam, były ogromne. Takie, jakie się widzi w pałacu prezydenckim. Klamka była umieszczona ponad moją głową. Siostra Marta odeszła prawie bez szmeru. Zapukałam. Najpierw odpowiedzią była cisza. Dopiero po jakimś czasie, który wydawał mi
się wiecznością, usłyszałam odgłos kroków. A raczej szuranie kapci. Drzwi uchyliły się tylko odrobinę, a mroczny przedpokój przecięła smuga światła. „A, to ty, dziewczynko” – powiedziała twarz, która w tym oświetleniu wydała mi się nadnaturalnie wielka. „Wejdź”.
Pamiętam tamtą chwilę jakby to było dosłownie wczoraj. Widzę kolory, czuję tamte zapachy. Kilka lat później słyszałam w telewizji słowa „Przekroczcie próg nadziei”. Ja tego dnia, tego wieczora przekroczyłam próg rozpaczy.
– Co było za tym progiem?
– Wielki, ale miły pokój. Jakiś taki pluszowy. To znaczy dużo miękkich dywanów, obić ścian, pięknych mebli. Poczułam się jak w kościele. Przyćmione światło i rozjarzony ekran komputera. Tak. Wówczas po raz pierwszy w życiu zobaczyłam komputer na własne oczy. Stał na dużym biurku w kącie, ale zwrócony był w moją stronę. Na monitorze wyświetlały się jakieś spiralne, falujące linie. Dziś wiem, że to wygaszacz, ale wtedy patrzyłam na to zafascynowana.
„Obserwuję cię nie tylko od wczoraj. Patrzę na ciebie od dawna. I boję się, że możesz nie spodobać się Panu Bogu. A przecież ty kochasz Pana Boga, prawda?” – usłyszałam i zdrętwiałam z przerażenia. Co ja takiego znowu złego zrobiłam, że mogę się nie podobać Bogu? To nie mieściło się w głowie dwunastoletniego dziecka.
„Czy żałujesz za swoje grzechy?” – ksiądz Bronisław przybliżył swoją twarz do mojej.
„Tak. Bardzo” – ledwie stać mnie było na szept.
„Sam żal nie wystarczy, musi być kara” – usłyszałam. Moja rączka znalazła się nagle w jego wielkiej dłoni. Pociągnął mnie na wielki, skórzany fotel i… I zwyczajnie przełożył przez kolano. Tak jak ojciec córkę. „Dostaniesz dziesięć klapsów. Licz. Jak się pomylisz, zaczniemy od początku. Rozumiesz?”.
Niczego nie rozumiałam. Byłam przerażona i oszołomiona. Jednak jakoś całkowicie bezwolna. Zaczęłam płakać. A on rozpoczął karanie najpierw podnosząc krawędź mojej sukienki. I nagle zdumienie. Klapsy wcale nie bolały. Choć zamach ręki, który widziałam kątem oka, był wielki, to do mojej wypiętej pupy docierało tylko muśnięcie. Z tym że dłoń księdza nie odrywała się natychmiast po uderzeniu, ale przez sekundę, może dwie, pozostawała przyklejona do skóry. To znaczy do tkaniny majteczek. A ja liczyłam: raz, dwa… pięć…
– A potem?
– A potem? Zrobił sobie ze mnie zabawkę. Ten ksiądz ukradł mi duszę.

Część druga

[2010] FaktyiMity.pl Nr. 17(529)/2010

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: