FiM – Alfabet mafii (3)

Ze względu na żałobę narodową daliśmy pedofilom oraz molestantom w sutannach trochę odsapnąć, ale przecież wszystko ma swój kres…

Zamiast wybrzydzać na PRL, szefowie polskiego Kościoła powinni wznosić modły, bo za komuny „Kościołowi odebrano większość placówek dydaktycznych i wychowawczych”, przez co „nie miał możliwości współpracy z młodzieżą bez kontroli zewnętrznej” – twierdzi jezuita o. Jacek Prusak, łudząc się nadzieją, że jeśli kiedyś zupa się wyleje (gdyby czytał „FiM”, wiedziałby, że już dawno wykipiała), to liczba pedofilów wśród jego kolegów po fachu będzie nieporównywalnie mniejsza niż ujawniono w USA, Irlandii czy ostatnio w Niemczech. Tymczasem my (m.in. dzięki ludziom, którzy odpowiedzieli na apel o zgłaszanie przypadków molestowania) zbliżymy się wkrótce do setki certyfikowanych księży pedofilów, a wśród złoczyńców nie brakuje również biskupów tuszujących afery…

Po aresztowaniu w maju 2003 r. księdza Jerzego U., ówczesnego proboszcza parafii w Słowinie (diecezja koszalińsko-kołobrzeska), kuria biskupia zakomunikowała ustami ks. Krzysztofa Zadarki, dyrektora Wydziału Duszpasterskiego: „Jesteśmy czyści, bo nigdy dotąd nie wpłynęła żadna skarga na księdza”. Szefowie ks. U. powoływali się przy tym na fakt, że krótko przed jego zamknięciem w parafii odbyła się wizytacja duszpasterska ordynariusza Mariana Gołębiewskiego (dzisiaj arcybiskup metropolita wrocławski), podczas której „można było przecież powiadomić biskupa”. Tymczasem okazuje się, że hierarchowie kościelni doskonale o wszystkim wiedzieli…
Zanim wielebny pedofil trafił do aresztu, bardzo długo sprawował funkcję proboszcza atrakcyjnej parafii w Dźwirzynie (awansował po upływie zaledwie siedmiu lat od uzyskania święceń), skąd w niejasnych okolicznościach przerzucono go nagle do Białogórzyna, później Zarańska, aż wreszcie wylądował w pechowym dla siebie Słowinie. Jak doszło do ewakuacji z kurortu na wieś? Okazało się, że ks. U. gustował w młodych chłopcach spotykanych na plażach lub spowiadających się w konfesjonałach nadmorskich kościołów. Łowił ich na „stałe stypendium”, finansował wycieczki, oferował kilkudniowy darmowy wikt i opierunek na plebanii w Dźwirzynie, gdzie od niektórych dzieci kupował seks.
Oto fragment relacji złożonej „FiM” i podpisanej przez Jana B. ze Śląska: „Po otrzymaniu wiadomości o molestowaniu naszego dziecka natychmiast pojechaliśmy z żoną do Szczecina (państwo B. pomyłkowo sądzili, że ks. Jerzy U. jest podwładnym ordynariusza diecezji szczecińsko-kamieńskiej – dop. AT), domagając się rozmowy z tamtejszym biskupem (…). Obiecano nam spotkanie z biskupem pomocniczym za… 3 dni! Kiedy ostro nalegaliśmy, po dwóch godzinach zjawił się bp Stanisław Stefanek. Zbulwersowani przedstawiliśmy mu całe zajście po-między naszym synem a księdzem U.”.
Biskup Stefanek (obecnie ordynariusz łomżyński) sporządził w obecności zdesperowanych rodziców krótką notatkę, nakazał im zachować milczenie (!), a opis zdarzenia przesłać do właściwego terytorialnie ordynariusza (wówczas bp. Ignacego Jeża). Państwo B., jako ludzie głęboko wierzący, dokładnie podporządkowali się zaleceniom. Wysłali do kurii w Koszalinie obszerny elaborat, deklarując w nim m.in. gotowość złożenia zeznań pod przysięgą. Ponawiali je później telefonicznie, ale nie doczekali się żadnej odpowiedzi, zaś pedofil dalej grasował, zmieniając jedynie parafie.
Warto w tym miejscu podkreślić, że bp Stefanek był też jedną z kluczowych postaci bardzo głośnej przed dwoma laty sprawy molestowania seksualnego wychowanków Ogniska im. św. Brata Alberta w Szczecinie przez dyrektora placówki ks. Andrzeja D. Sprawca ujawnienia afery (dominikanin o. Marcin Mogielski) został ostro napiętnowany przez biskupów, zaś głównego „bohatera” skierowano do pracy w domu księży emerytów. A co miał z tym wspólnego biskup? Okazuje się, że jako tzw. wikariusz generalny, któremu podlegały archidiecezjalne szkolnictwo i placówki wychowawcze, już w 1995 r. dowiedział się o zarzutach wobec ks. Andrzeja, a nawet spotkał się z oskarżającymi go chłopcami, ale… nie uwierzył im i nie podjął żadnych kroków w kierunku zweryfikowania oskarżeń. „Ani mi tego nie sugerowano, ani nie miałem takiego zlecenia od księdza arcybiskupa Mariana Przykuckiego” – tłumaczył na łamach „Gazety Wyborczej”, mówiąc o „czarnej niewdzięczności młodzieży ze środowisk patologicznych”.

* Ks. J. był przez wiele lat proboszczem pewnej parafii w diec. sandomierskiej. „Przeżywa z nami ważne wydarzenia naszych dzieci: chrzty, bierzmowanie, Pierwszą Komunię św. Trudno się temu dziwić, miłość przyciąga jak magnes” – opowiadała o wielebnym na łamach tygodnika katolickiego „Niedziela” przełożona zakonnic prowadzących dom dziecka. No, po prostu dusza człowiek! Aż tu nagle ówczesny ordynariusz bp Andrzej Dzięga (obecnie metropolita szczecińsko-kamieński) wyekspediował ks. J. na probostwo w zabitej dechami wsi z kategorycznym zakazem pracy w szkole. Powód?
– Oficjalnie z „powodów zdrowotnych”, choć u podstaw decyzji biskupa leżały prawdopodobnie skargi, że proboszcz dopuszczał się molestowania seksualnego dzieci. Kuria nie przeprowadzała śledztwa w obawie przed skandalem, ale na wszelki wypadek przerzuciła księdza J. do innej parafii – wyjaśnia emerytowany duchowny ks. D.P.

Przejdźmy teraz do najnowszych przypadków:
* Prawomocnym wyrokiem Sądu Okręgowego w Zamościu ks. Piotr G. wikariusz parafii w K. (diecezja zamojsko-lubaczowska) został skazany w marcu 2010 r. na 3 tys. zł grzywny i 5,5 tys. zł nawiązki za posiadanie nielegalnego oprogramowania komputerowego ujawnionego w trakcie przeszukania plebanii. Czegóż tam policja szukała?
– Śladów pedofilskich zamiłowań ks. G. Mieliśmy podstawy do przypuszczeń, że nawiązuje kontakty z małoletnimi poniżej lat 15 i umawia się z nimi na randki – twierdzi policjant z Hrubieszowa.
Dowodów dostarczył śledczym parafianin, który przedstawił się jako dziecko i rozmawiał z wikarym o seksie za pośrednictwem komunikatora internetowego. Gdy wielebny przeszedł już do fazy umawiania się z „chłopcem” na randkę celem „obejrzenia ptaszka” w zamian za pieniądze (konkretną kwotę mieli wynegocjować podczas spotkania), mężczyzna zaniósł wszystkie kwity do prokuratury. Ksiądz Piotr poszedł w zaparte. Ponieważ w inkryminowanych rozmowach zachowywał najdalej idącą ostrożność i nigdy nie wyjaśnił, do czego konkretnie ma zmierzać owo „oglądanie ptaszka”, sąd umorzył postępowanie w zakresie zarzutów o pedofilię, skazując duchownego jedynie za piractwo komputerowe. Ordynariusz bp Wacław Depo „skazał” ks. Piotra na pozostanie w parafii;

* Ks. Piotr S. z diecezji łowickiej ma upodobanie do młodych chłopców, których poznaje na specjalistycznych czatach internetowych, obłaskawia i obwąchuje, czy aby nie są policyjnymi prowokatorami, a później zaprasza na plebanię lub do prywatnej garsoniery przy ul. H. Sawickiej (pod znanym nam numerem) w Sochaczewie na fiku-miku. Co do jednego ze swoich gości bardzo się pomylił, bo ten nie dość, że nagrał całą imprezę u ks. Piotra na dyktafon, to jeszcze skopiował co pikantniejsze pliki z jego komputera i pokazał wszystkie materiały dziennikarzowi „FiM” – m.in. kilkadziesiąt obrazków niewątpliwie chłopięcych genitaliów, ociekające seksem e-maile oraz rozmowę, w której wielebny tak oto opowiada o jednym ze swoich poprzednich partnerów:

„Wiesz, spotykałem się do niedawna z M. Mimo niecałych 15 lat w łóżku był znakomity. Wolałem jednak nie ryzykować po tych wszystkich aferach, więc dałem mu na otarcie łez trochę pieniędzy i rozstaliśmy się. Teraz jest taka nagonka, że jak mi małolat nie pokaże legitymacji i nie zobaczę, że ma skończone 15 lat, to go nie kupuję”.

* „Ksiądz zawsze miał dla mnie czas. Nawet mnie nie zdziwiło, gdy w konfesjonale zapytał: »Onanizowałeś się?«. Ja: »A co to znaczy?«. A on: »Nie udawaj, że nie wiesz, taki mały przecież nie jesteś«. Jakiś czas potem poprosił mnie o pomoc w stemplowaniu świętych obrazków. Byliśmy w pokoju na plebanii. W pewnej chwili poczułem miły zapach kadzidełka, ksiądz stanął za moimi plecami. Był w granatowym szlafroku i czarnych slipach. W dłoni trzymał wahadełko. Zapytał: »Widziałeś kiedyś coś takiego? Chodź, sprawdzimy, co z twoim zdrowiem«. Posadził mnie na tapczanie i zaczął jeździć nade mną tym wahadełkiem. Potem wyjął z szuflady lekarskie słuchawki, badał jak bije moje serce. W końcu objął mnie i położył rękę na moim kroczu. Byłem jak sparaliżowany. Głaskał mnie tam i zaczął w końcu robić mi to, o co wcześniej pytał w konfesjonale” – wspomina na łamach „Gazety Wyborczej” mężczyzna, który przed ponad 40 laty padł ofiarą niewymienionego w reportażu nawet z imienia wikariusza parafii w Kartuzach (diec. pelplińska). Aż usiedliśmy z wrażenia, że umknął naszej uwadze tak piękny okaz pedofila. Sprawdzamy w podręcznej kartotece podejrzanych (rejestrujemy w niej każdy przypadek potwierdzony wiarygodnym oświadczeniem ofiary): jest! Dokładnie ten sam ks. Andrzej S. , który po odbyciu rekolekcji i obietnicy poprawy wylądował na posadzie proboszcza w diecezji toruńskiej oraz zajmuje do dzisiaj bardzo wpływowe stanowisko w obejmującym tę parafię dekanacie. Nic a nic się nie zmienił.
– Bardzo lubi chłopców. Gdy rodzice jednego z ministrantów poskarżyli się księdzu dziekanowi B. L. na dwuznaczne zachowanie proboszcza, a dziekan poinformował biskupa Andrzeja Suskiego, ks. Andrzej miał odejść z parafii. ale ostatecznie sprawę zamieciono pod dywan – sprawozdaje sympatyzujący z „FiM” toruński duchowny.
A kogóż to jeszcze mamy obecnie na tapecie? Są duże szanse (wystarczy przełamanie przez pokrzywdzonych chłopców obaw przed środowiskową obstrukcją), żeby wkrótce zawlec do prokuratury: ks. Bolesława z archidiecezji krakowskiej i ks. Henryka z diecezji włocławskiej – lubieżników znanych w wąskim kręgu wtajemniczonych z obmacywania ministrantów – oraz ks. Dariusza z diecezji łowickiej, który, pracując jeszcze jako wikariusz parafii w K., deprawował ucznia miejscowej szkoły. Sprawiedliwość, niestety, nie dosięgnie już zmarłych:

* ks. Jana K. z diecezji płockiej – za dokonywane przed laty gwałty na kilkunastoletnich chłopcach (m.in. znani naszej redakcji bracia R.) pod mostem w Węgrzynowie;
* prałata Henryka Ł., byłego proboszcza z N. (diec. sandomierska), mającego w tym mieście nawet ulicę swojego imienia, którą muszą się dzisiaj przechadzać ofiary jego pedofilskich zapędów

[2010] FaktyiMity.pl Nr 17(259)/2010

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: