Niegodny w oczach Boga

Nie wytrzymałem. Wsiadłem do auta i pojechałem spojrzeć księdzu Sławkowi w oczy. 200 kilometrów w jedną stronę. Gdy stanąłem w drzwiach kościoła, kończyła się akurat msza. Ksiądz unosił kielich. Ludzie klęczeli

Roman Daszczyński: Cały czas w napięciu przyglądasz się temu, co Watykan robi w sprawie skandali pedofilskich w Kościele w Irlandii, Austrii, Niemczech, w Holandii, USA. Dlaczego aż tak obchodzi cię coś, co dzieje się z dala od Polski?

Jarek, 43 lata, ofiara księdza pedofila: W dzieciństwie sam padłem ofiarą księdza pedofila, w Kartuzach, na Pomorzu. Moim zdaniem w Polsce było i pewnie nadal jest pod tym względem tak jak w Irlandii czy Niemczech. Kościoły wszędzie przyjmują postawę obronną, biskupi mówią, że to oszczercza kampania mediów. Ale w Polsce ofiary są mniej odważne, media mniej zdecydowane, inna atmosfera życia publicznego. Czy policję i prokuraturę stać na niezależność i wytrwałość w odkrywaniu prawdy?

Stać?

– Myślę, że bardziej teraz niż dziesięć lat temu. O czasach PRL-u to w ogóle szkoda gadać. W 1988 roku mój ojciec poszedł z moją sprawą do prokuratora. Usłyszał zapewnienia, że zajmą się tym i sprawca nie ujdzie sprawiedliwości. Nikt potem nie odezwał się do nas, sprawę zamieciono pod dywan.

Opowiedz swoją historię.

– Był stan wojenny. Do Kartuz przyszedł nowy wikary ksiądz Sławek. Po trzydziestce, mnóstwo energii i pomysłów. Rozkręcił ruch oazowy. Z gitarą i ewangelią wędrowaliśmy do Częstochowy albo nad jezioro. Nigdy chyba w kartuskim kościele nie było tylu ministrantów. Miałem 14 lat. Mój ojciec był zapracowany, a ksiądz zawsze miał dla mnie czas. Nawet mnie nie zdziwiło, gdy w konfesjonale zapytał: „Onanizowałeś się?”. Ja: „A co to znaczy?”. A on: „Nie udawaj, że nie wiesz, taki mały przecież nie jesteś”.

Po prostu pytał o grzech przeciw czystości.

– Jemu przecież nie chodziło o to. Jakiś czas potem poprosił mnie o pomoc w stemplowaniu świętych obrazków. Byliśmy w pokoju na plebanii. W pewnej chwili poczułem miły zapach kadzidełka, ksiądz stanął za moimi plecami. Był w granatowym szlafroku i czarnych slipach. W dłoni trzymał wahadełko. Zapytał: „Widziałeś kiedyś coś takiego? Chodź sprawdzimy, co z twoim zdrowiem”.

Pomyślałeś, że to nie jest normalne?

– Nie, absolutnie. Miałem do niego zaufanie jak do własnego ojca.

Co działo się dalej?

– Posadził mnie na tapczanie i zaczął jeździć nade mną tym wahadełkiem. Potem wyjął z szuflady lekarskie słuchawki, badał jak bije moje serce. W końcu objął mnie i położył rękę na moim kroczu. Byłem jak sparaliżowany. Głaskał mnie tam i zaczął w końcu robić mi to, o co wcześniej pytał w konfesjonale.

Nie próbowałeś uciekać?

– Naprawdę byłem jak sparaliżowany, z niczym innym nie umiem tego porównać. Zresztą drzwi były zamknięte na zamek, a mnie zależało na zaufaniu i przyjaźni księdza Sławka.

Na tym się skończyło?

– Oczywiście był ciąg dalszy. Nie umiałem powiedzieć „nie”. Pomagałem przy kolędowaniu, łatwo znalazł sposób, by zatrzymać mnie na noc. Moi rodzice są bardzo religijni, każdy kapłan to dla nich święta persona. Ksiądz Sławek zadzwonił i powiedział: „Jestem taki zmęczony po kolędzie, nie mam sił, by Marka odwieźć do domu, a nie chcę, by sam szedł przez pół miasta, jest tak ciemno i zimno. Mógłby przenocować u mnie, tak będzie najwygodniej”. Rodzicom nawet do głowy nie przyszło, że może dziać się coś złego. „Ależ oczywiście, księże Sławku”. Jeszcze im pobłogosławił: „Z Bogiem i dobranoc”. Jak miałem rodzicom powiedzieć prawdę?

Dużo tego było?

– Nocleg, jeden. Potem w ciągu dwóch lat byłem u niego w pokoju za dnia, po lekcjach. Kilkanaście razy. Ustawiał wszystko tak, by na plebanii nie było proboszcza. Dawał kartonik zachodnich słodyczy. Mieli ich w piwnicy niesamowite ilości, jak dziś w dużym sklepie. Wszystko z darów. W biedzie i szarości Peerelu to było jak skarb. Chłopców, którzy dostawali od księdza Sławka słodycze, było co najmniej kilkunastu. Z niektórymi mijałem się w drzwiach plebanii.

Musiałeś się spowiadać.

– Oczywiście chodziłem do konfesjonału, a tam był ksiądz Sławek. Sam wiedział najlepiej. Dawał rozgrzeszenie. Gdy w konfesjonale spotkałem innego księdza, milczałem. Służyłem do mszy świętej, przyjmowałem eucharystię. Na prawdziwą spowiedź zdobyłem się po latach, przed ślubem. Pojechałem do odległego kościoła, gdzie nikt mnie nie znał. Ksiądz zaczął krzyczeć, że wszystkie moje komunie były świętokradzkie. Wiedział, że byłem dzieckiem, ale nie okazał żadnego współczucia, zrozumienia. Dostałem rozgrzeszenie i nie poczułem ulgi. Wyszedłem z konfesjonału na czworaka, jak obity pies. Krzyki księdza, mój płacz, pewnie ludzie w kościele zastanawiali się, czy nie jestem mordercą.

Wcześniej powiedziałeś rodzicom i twój ojciec poszedł do prokuratury.

– Nie powiedziałem. Dowiedzieli się od lekarki, która opiekowała się, kiedy w wieku 18 lat z rozpaczy nałykałem się tabletek nasennych. Napisała też w mojej sprawie list do kurii. Biskup Marian Przykucki przysłał odpowiedź. Warto zacytować: „Szanowna Pani Doktor. Uprzejmie dziękuję za list oraz za przekazane w nim smutne informacje. Boleję nad opisanymi faktami. Sprawa jest mi znana. Ksiądz został skierowany po rekolekcjach na inną placówkę z zagrożeniem, że w razie powtarzania się przestępstw będzie pozbawiony możliwości wykonywania obowiązków kapłańskich. Polecam Panią Doktor i Jej trudną pracę opiece Bożej i na pomyślność Nowego Roku serdecznie błogosławię”.

Rzeczywiście ksiądz Sławek zniknął z Kartuz?

– Tak, ale dopiero wtedy, gdy ktoś wymalował mury kościoła św. Kazimierza hasłami o księdzu pedale. Zresztą nie miałem z tymi napisami nic wspólnego. Przenieśli go gdzieś do Wejherowa, potem w inne miejsca. Straciłem go z oczu. W roku 2001 wbiło mnie w fotel, gdy oglądałem w telewizyjnej „Jedynce” reportaż o 14-letnim ministrancie, który powiesił się w parafii gdzieś za Toruniem. Główny temat: oddać organy zmarłego do transplantacji czy nie. Patrzę, a tu ksiądz Sławek jako proboszcz przemawia z ekranu. Zatroskany, współczujący. Mówił, że dzieciak był wspaniały, dobry. Żeby nie patrzeć na niego przez pryzmat samobójstwa, bo to tajemnica znana tylko Bogu. I że namówił rodziców, by zgodzili się na transplantację. Pomyślałem, że ta śmierć mogła nie być przypadkowa. Zresztą nie tylko ja tak pomyślałem.

Kto jeszcze?

– Ten program oglądał także architekt z Kartuz, nieżyjący już pan Zbigniew Zawistowski. Nie wiem, skąd wiedział, co robił ksiądz Sławek z ministrantami. Dość, że też napisał do kurii. Powiedział mi: „Żałuję, że nie zareagowałem wcześniej. Wybacz. Jestem ciężko chory, chcę odejść z czystym sumieniem”.

Po pierwszym naszym spotkaniu sprawdziłem, czy mówisz prawdę. Ówcześni ministranci z Kartuz potwierdzają. Byłem też w aktualnej parafii księdza Sławka i w prokuraturze, która badała sprawę samobójstwa 14-latka. Nie ma żadnych poszlak, a tym bardziej dowodów…

– Nic? Zupełnie?

Nic. Jedynie przekonanie, że proboszcz jest dziwny. Z jednego domu wypędzał złe duchy. Pewnej matce nie spodobało się, że odwozi jej synka samochodem z katechezy. Że na pożegnanie głaszcze go po policzku, daje słodycze i obiecuje ważną rolę w jasełkach. Inny mieszkaniec natknął się w lesie na auto z proboszczem i ministrantem. Ksiądz zaczął się tłumaczyć: „My przyrodę podziwiamy”…

– Sam widzisz, że on nie powinien pracować z młodzieżą…

O każdym da się złośliwie poplotkować. Może ksiądz Sławek rzeczywiście zmienił swoje życie? W rozmowie ze mną zapewniał, że nic złego nie robił i żałuje, jeśli masz poczucie krzywdy.

– Wszystkiego się wyparł?

Nie. Mówił raczej, że być może z powodu nadwrażliwości widziałeś i zapamiętałeś więcej, niż było. Dał przykład. Na lekcji religii miałeś ze łzami w oczach powiedzieć: „Chyba mam chorobę weneryczną, bo w nocy coś mi poleciało z sisiaka”. Po zajęciach powiedział, żebyś mu tego „sisiaka” pokazał.

– Wiesz, ja tego nie pamiętam. To tylko potwierdza, że zachowania księdza Sławka nie były normalne.

Mówi, że ma sporą wiedzę medyczną. Był przekonany, że to nic innego jak zwykła nocna polucja i nie trzeba tym zawracać głowy lekarzowi.

– Nie usprawiedliwiaj go. Przecież to nie są normalne zachowania. Uważam, że po Kartuzach on wciąż to robił. Ta śmierć ministranta wciąż mnie niepokoi. Nic na to nie poradzę. Przeraża mnie, że biskup po prostu przeniósł księdza w inne miejsca, nie dbając o to, że wpuszcza wilka do owczarni. To samo zresztą robiono na Zachodzie.

Jesteś po czterdziestce. Tamte sytuacje z dzieciństwa wciąż tak mocno w tobie żyją?

– Tak, choć mam żonę, dzieci. To wraca w postaci depresji. Po tamtym programie w telewizji długo się wahałem, co zrobić. Po dwóch latach wsiadłem do auta i pojechałem spojrzeć księdzu Sławkowi w oczy. 200 kilometrów w jedną stronę. Gdy stanąłem w drzwiach kościoła, kończyła się akurat msza święta. Ksiądz unosił kielich. Ludzie klęczeli. Musiał mnie widzieć w tych otwartych drzwiach, ale na pewno nie mógł poznać. Chciałem wejść i narobić mu obciachu, nie dałem rady. To było ponad moje siły. Pojechałem prosto do domu. Mam za sobą dwie długotrwałe psychoterapie.

Zerwałeś z Kościołem?

– Nie. Wciąż chodzę w niedziele i święta, ale nie jestem w stanie klęknąć w konfesjonale. Nie przyjmuję więc sakramentów. Czuję się gorszym katolikiem, niegodnym w oczach Boga. Wiem, że nie tylko ja jestem taki poobijany. Rozmawiam czasem z innym byłym ministrantem księdza Sławka. Niedawno byłem z żoną w aquaparku, poszliśmy do sauny, patrzę, a tam znajomy z Kartuz. Siedzi sam, pręży się, jakby chciał, by podziwiać jego ciało. Żona mówi do mnie: „Czubek czy co?”. On też miał do czynienia z księdzem Sławkiem. Potem poszedł do seminarium, zrezygnował na piątym roku albo z niego zrezygnowali. Współczuję mu, myślę, że nie umie się pozbierać w życiu z tym, co go spotkało.

Dlaczego sam, gdy już dojrzałeś, nie zgłosiłeś tej sprawy prokuraturze?

– Gdy naprawdę do tego dojrzałem, było już zbyt późno. Przedawnienie. Chodziło mi po głowie, żeby wytoczyć Kościołowi proces o zadośćuczynienie. Pomyślałem: zażądam 200 tys. złotych i niech mają nauczkę. Rozmawiałem z adwokatem. Powiedział, że chyba na głowę upadłem. Po pierwsze, nie wytrzymam psychicznie, gdy sprawa zostanie nagłośniona przez media. Po drugie, nawet jeśli wytrzymam i dostanę pieniądze, to na pewno nie 200 tys. Może 60, z czego niemałą część weźmie adwokat.

Pieniądze nie są tu chyba najważniejsze. W Niemczech ofiary tego typu przestępstw też nie mogą liczyć na wielkie odszkodowania, które w Ameryce są normą. W Austrii grupa osób wykorzystanych seksualnie przez kapłanów złożyła zbiorowy akt oskarżenia i zażądała po 80 tys. euro na głowę. Może przyszedł czas, by ofiary księży pedofilów również w Polsce skrzyknęły się i wspólnie powalczyły o sprawiedliwość, tak jak na Zachodzie.

– Nie, jeszcze jest za wcześnie. Nie mam wątpliwości. Wyobrażasz sobie, jakie życie miałby mieszkaniec małego miasta albo wsi, który zdecydowałby się mówić? Już widzę te komitety obrońców obwinianych księży dobrodziejów. Tę agresję pod adresem domagających się sprawiedliwości. W ostatnią środę późnym wieczorem oglądałem program w „Dwójce”. Jakiś ksiądz i polityk PiS zaapelowali ze złośliwymi uśmieszkami na twarzach: „Skoro są w Polsce skrzywdzeni przez księży, to niech się zgłaszają do prokuratur, zobaczymy, ilu ich jest”. Zatkało mnie. Ci ludzie nic nie rozumieją. Ten ból wciąż w nas żyje, w skali kraju to są pewnie tysiące osób. Nie przesadzam. Kilkadziesiąt, kilkaset przypadków rocznie przez ostatnie pół wieku. Jak na 38-milionowy kraj nie są to przesadzone szacunki. Ale z tym bólem trudno się zmierzyć w świetle kamer, musimy chronić swoje rodziny, bliskich. Żona kiedyś mi powiedziała: „Po co tam łaziłeś, przecież wiedziałeś czego chce”. Bardzo mnie tym zraniła. Nawet ona nie rozumie, a obcy mieliby zrozumieć?

* imiona bohaterów zostały zmienione

[2010.04.07] Wyborcza.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: