FiM – Ręka prawie boska

Bojano, niewielka wieś nieopodal Wejherowa, znów znajduje się w centrum ludzkiego zainteresowania. A to za sprawą rąk tamtejszego proboszcza.

5 grudnia 2009 r., sobota, późne popołudnie, plebania kościoła św. Jadwigi w Bojanie (dekanat Kielno). Aleksandra, 15-letnia uczennica gimnazjum, przychodzi na umówione wcześniej spotkanie do swojego proboszcza, 47-letniego księdza kanonika Mirosława B. Formalnie po to, aby kontynuować spowiedź, do której (w ramach przygotowań do bierzmowania) przystąpiła dzień wcześniej („Szatan, nie Kogut” – „FiM” 4/2010). Właśnie wtedy – jak twierdzi dziewczyna – razem z glejtem potwierdzającym spełnienie katolickiego obowiązku dostała numer księżowskiej komórki. Żeby było łatwiej się umówić.

Przypomnijmy, co zaszło w uświęconych ścianach:
Ola tak opisuje wizytę na plebanii: Przyszła na plebanię o umówionej godzinie. Chwilę rozmawiali o bierzmowaniu. A że rozmowa się nie kleiła, ksiądz zaproponował koniak. Na przełamanie lodów – jak tłumaczył. Odmówiła. Zaserwował wódkę. Czystą. „Ty tego nie wypijesz” – prowokował. Wypiła. „O, ty szalona, bez popitki!” – usłyszała chwilę później 15-latka. Po tym jednym głębszym i dwóch drinkach ksiądz zaczął dopytywać m.in. o to, czy uprawiała już seks. Zapewniał, że jak tylko będzie chciała pogadać, może do niego przychodzić w każdą sobotę. W końcu przyciągnął ją do siebie, posadził na kolanach. – Zaczął mnie obmacywać, obejmował, próbował całować. Wyrywałam się, ale nie puszczał. Prawie krzyczałam, że nie chcę i żeby mi tego nie robił. Dopiero wówczas dał spokój i zdołałam się uwolnić.

– Do domu wróciła pijana. Byłem w szoku, kiedy ją zobaczyłem – opowiada ojciec Oli – Edmund M. W jeszcze większe zdumienie wprawiło go opowiadanie córki o zajściu na plebanii. Natychmiast zadzwonił do proboszcza. Z awanturą. Ten poszedł w zaparte.

W przeświadczeniu, że latorośl nie kłamie, zdezorientowanego rodzica ostatecznie utwierdził SMS, jaki w nocy przyszedł na telefon córki: „Naskarżyłaś na mnie”– pisał zawiedziony ksiądz.

– Gdybym ja był podejrzany o taki numer, to już dawno siedziałbym w areszcie do sprawy. Nie byłoby zmiłuj się! Ksiądz chodzi zadowolony! – ojciec dziewczyny nie kryje oburzenia. – My jesteśmy wierzący, dlatego mieliśmy do proboszcza zaufanie. Przecież gdyby rzeczywiście było tak, jak mówi, że córka przyszła do niego już pijana, mógł zapakować ją w samochód i odwieźć do domu albo po prostu po nas zadzwonić. Ale nie zrobił tego – dodaje.

Ks. Mirek: To nieprawda. Tania prowokacja. Dziewczyna sama prosiła o spotkanie i przyszła na plebanię już pijana. On chciał jej tylko pomóc i dlatego całą sprawą czuje się niezwykle dotknięty. Oczywiście, ani do rozpijania, ani tym bardziej do macania się nie przyznaje.

Beata M., matka Oli, pojechała na policję za namową jednej z nauczycielek córki. – Zastanawialiśmy się, co zrobić. To jest mała społeczność. Nie wiedzieliśmy, jak to dalej będzie wyglądać, kiedy wyjdzie na jaw, jaki ksiądz jest. Ale nauczycielka powiedziała, że jeśli my tego nie zgłosimy, ona to zrobi – tłumaczy kobieta. Kilka dni późnej sprawę przejęła prokuratura. Od samego początku śledztwa ks. Mirosław B. (w zamian za 10 tys. zł poręczenia majątkowego i z dozorem policyjnym na karku) przebywał (i przebywa do dziś) na wolności. Naczelny duszpasterz diecezji, abp Sławoj Leszek Głódź, wysłał swojego kanonika na miesięczny urlop. „Do wyjaśnienia zarzutów” – ogłosiła kuria, sądząc zapewne, że 30 dni wystarczy, aby sprawie ukręcić łeb. Ale nie wystarczyło (chociaż do dziś nie jest ona wyjaśniona, proboszcz wrócił do roboty w parafii. Odprawia msze, udziela komunii, spowiada. Innymi słowy – ma się dobrze).
A wiadomość o niecierpliwych rękach ks. Mirka obiegła wieś lotem błyskawicy. I wywołała prawdziwą burzę.

Z relacji rodziców Oli:
* Kilka razy odwiedzają ich umyślni z listem specjalnie na tę okoliczność napisanym przez proboszcza. W jego imieniu proszą o spotkanie. Tłumaczą, że sam nie może przyjść, bo ma… areszt domowy;
* Państwo M. nie idą na żadne z proponowanych spotkań. Ulegają dopiero wdziękowi ks. prałata Franciszka Rompy, dziekana z Kielna. Stawiają się na jego plebanii, bo są przekonani, że duszpasterz sąsiedniej parafii chce im wobec zaistniałej sytuacji dziecko wybierzmować. Swoją naiwność uświadamiają sobie w chwili, gdy zza pleców dziekana wyłania się ks. Mirosław. Wspólnie nakłaniają rodziców dziewczyny do wycofania zeznań. Na próżno;
* Proboszcz nawiedza rodzinę Oli z kolędą. Zachowuje się przy tym tak, jakby nic się nie stało. Nie przeprasza, ale i nie namawia już do wycofania zeznań. Zostawia dziewczynie święty obrazek;
* Coraz więcej inwektyw pod adresem nie tylko samej Oli, ale także jej rodziny pada ze strony sojuszników księdza. Państwo M. po jednym z artykułów prasowych żądają przeprosin za „zniewagę i niedopuszczalną ocenę moralności”. Jeśli zajdzie taka konieczność, zamierzają walczyć o swoje dobre imię nawet przed sądem.

Z relacji mieszkańców wioski:
– Po tej całej historii kościół jakoś opustoszał. Przychodzili ci, co stoją murem za księdzem. Debatowali, modlili się w jego intencji. Ale większość to na msze do Kielna albo do Koleczkowa jeździ. Wielu ludzi wie, co on robi, ale boją się głośno mówić – przekonuje jedna z parafianek ks. B. Ale są w Bojanie i tacy, którzy nie czekają na wyrok niezawisłego sądu. Wydali go sami. Oni uważają, że Aleksandra (wymieniają w tym miejscu całą litanię wad i przywar nastolatki) sama księdza sprowokowała. Jako argument flagowy świadczący o niewinności duszpasterza podnoszą jego zasługi dla lokalnej społeczności, a więc między innymi fakt, że wystawił kościół cudnej urody zaledwie w trzy lata. Że za ich własne, wydzierane skrupulatnie co miesiąc pieniądze – to im nie przeszkadza. – Ważne, że nie przepił, jak niektórzy potrafią – słyszę w jednym z lokalnych sklepów. Inni pamiętają księdzu proboszczowi, że zorganizował wyjazd do Rzymu, dzięki czemu wierni z Bojana mogli na własne oczy zobaczyć grób Jana Pawła II, a nawet pomachać Benedyktowi XVI, kiedy na chwilę wychynął z okna.

Z wpisów na lokalnych forach internetowych:
* Gdyby nagradzano za ładne budynki i dobrą organizację, Hitler dostałby Pokojową Nagrodę Nobla („antylizus”);
* Jestem mieszkańcem Bojana i ciśnie mi się tylko jedno hasło: „Hej, pedofile! Do dzieła! Macie nasze przyzwolenie”. W razie czego zawsze możecie powiedzieć, że dzieciątko było mało inteligentne albo widzieliście je z puszką piwa i że pochodzi z wielodzietnej rodziny. Zawsze też możecie wspomnieć o problemach jego rodziców i to powinno wystarczyć jako usprawiedliwienie waszego czynu. Żenada! Stawiać na szali z jednej strony – wybudowanie kościoła i jego zaplecza za nasze pieniądze, z drugiej zaś strony – seksualne i inne ekscesy autorstwa naszego proboszcza, o których od lat się słyszy i widzi w Bojanie („gość”).
* Czy winny, czy niewinny, i tak pewnie wyjdzie ksiądz z tego obronną ręką – tak będzie na 90 proc. A jeśli już go sąd skaże, to poplecznicy będą zdania, że to sąd jest w błędzie („rozsądek”).

Biegła psycholog orzekła, że dziewczyna jest wiarygodna, a jej relacja odpowiada faktycznemu przebiegowi wydarzeń na plebanii. 20 kwietnia br. Prokuratura Rejonowa w Wejherowie przesłała do tamtejszego sądu akt oskarżenia przeciwko księdzu Mirosławowi B. Jak informuje prokurator Dariusz Witek-Pogorzelski, materiał dowodowy (m.in. zeznania świadków, billingi rozmów i SMS-y z telefonu nastolatki) w sposób jednoznaczny uprawdopodabnia wersję przedstawioną przez nastolatkę. A zarzucane księdzu czyny to:

* doprowadzenie przemocą, groźbą lub podstępem do poddania się innej czynności seksualnej albo wykonania takiej czynności, za co grozi od 6 miesięcy do lat 8 pozbawienia wolności (art. 197 par. 2 kk);
* rozpijanie małoletniego poprzez dostarczenie mu napoju alkoholowego i nakłanianie do spożycia, za co może zainkasować do 2 lat pozbawienia wolności (art. 208 kk).

Ola od czasu pamiętnego popołudnia na plebanii z ks. Mirkiem się nie widziała. Do bierzmowania nie przystąpiła, do kościoła w Bojanie nie chodzi, a w szkole religii uczy wikary. – Nie sądzę, aby całkiem się otrząsnęła po tym wydarzeniu. Jest obecnie pod stałą opieką psychologa. Jak się o tym nie mówi, to ona jakoś funkcjonuje, dlatego my nie wracamy do tego tematu – mówi mama Oli.

A ona sama? – Tylko ja i ksiądz wiemy, co się stało. A sąd osądzi, kto mówi prawdę. Chcę, żeby stało się to jak najszybciej – mówi.

Ksiądz Filip Krauze, dyrektor Centrum Informacyjnego Archidiecezji Gdańskiej, twierdzi, że nie ma w tej sprawie nic do powiedzenia. Ksiądz Mirosław nie chciał rozmawiać z naszym dziennikarzem. O najbliższą przyszłość proboszcza z Bojana zapytaliśmy więc dziekana dekanatu Kielno: – Prokuratorzy pracowali, teraz będzie pracował sąd. I wszystko w porządeczku – wyjaśnił ks. prałat Rompa reprezentujący abpa Głódzia.

[2010] FaktyiMity.pl Nr 18(530)/2010

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: