FiM – Ksiądz ukradł mi duszę (2)

Tydzień temu opublikowaliśmy pierwszą część rozmowy z 28-letnią kobietą, która w wieku 12 lat była molestowana przez księży. Marta zgodziła się opowiedzieć swoją historię, odpowiadając na apel Jonasza, by do redakcji „FiM” zgłaszały się osoby wykorzystywane seksualnie przez duchownych.

Przypomnijmy. Jest rok 1994. Dwunastoletnia krakowianka Marta po raz pierwszy w życiu jedzie do klasztoru w pobliżu Krosna na trwającą tydzień oazę. Tam przyciąga uwagę księdza Bronisława K. Charyzmatyczny prałat, który jest najważniejszą osobą oazowego życia, interesuje się dziewczynką od chwili, gdy ją zobaczył. Już pierwszego dnia zaprasza dziecko do swojego pokoju, by… ukarać je za domniemane grzechy.

Pierwsza część opowieści Marty kończy się tak:
„Czy żałujesz za swoje grzechy?” – ksiądz Bronisław przybliżył swoją twarz do mojej.
„Tak. Bardzo” – ledwie stać mnie było na szept.
„Sam żal nie wystarczy, musi być kara” – usłyszałam. Moja rączka znalazła się nagle w jego wielkiej dłoni. Pociągnął mnie na wielki, skórzany fotel i… I zwyczajnie przełożył przez kolano. Tak jak ojciec córkę. „Dostaniesz dziesięć klapsów. Licz. Jak się pomylisz, zaczniemy od początku. Rozumiesz?”.
Niczego nie rozumiałam. Byłam przerażona i oszołomiona. Jednak jakoś całkowicie bezwolna. Zaczęłam płakać. A on rozpoczął karanie, najpierw podnosząc krawędź mojej sukienki. I nagle zdumienie. Klapsy wcale nie bolały. Choć zamach ręki, który widziałam kątem oka, był wielki, to do mojej wypiętej pupy docierało tylko muśnięcie. Z tym, że dłoń księdza nie odrywała się natychmiast po uderzeniu, ale przez sekundę, może dwie, pozostawała przyklejona do skóry. To znaczy do tkaniny majteczek. A ja liczyłam: raz, dwa… pięć…
###
Część druga.
– Bałaś się?
– Bałam? Byłam przerażona, ale delikatne klapsy, a raczej muśnięcia sprawiły, że zamiast paniki zaczęłam odczuwać wdzięczność.
– Wdzięczność?
– Tak to wówczas odczuwałam, bo przecież mnie nie ukarał. Dziś wiem, że to była dokładnie przemyślana strategia tego zboczeńca. Taki rodzaj jego gry wstępnej. Z jednej strony działania sprawiające mu perwersyjną przyjemność, z drugiej – postępowanie, które miało sprawić, że dziecko zacznie traktować go jak dobrego wujaszka, który co prawda karze, wypełniając boską wolę, ale czyni to delikatnie, z kapłańską miłością. Tak jakby to był rodzaj tajnej umowy pomiędzy mną a nim, w której w jakiś sposób zostaje oszukany Bóg, bo zamiast mocnych razów dostaję tylko namiastkę kary. Zaakceptowałam ten układ.
– Dlaczego zaakceptowałaś?
– Całe dzieciństwo wychowywana byłam w takim przeświadczeniu, że ksiądz jest bogiem. Że ma zawsze rację, nigdy się nie myli i jest przedłużeniem boskiej woli. Na dobrą sprawę uważałam wówczas, że Pan Bóg tak działa, jak tego chce ksiądz. Proboszcz czy wikary to była dla mnie materialna emanacja boskości. Daleko realniejsza od tej biblijnej.
– Po tej „karze” pozwolił ci wrócić do łóżka?
– Nie. Była godzina 21 z minutami, a ksiądz Bronisław zapytał, czy jestem zmęczona. I roześmiał się tym swoim dobrodusznym, zniewalającym śmiechem dobrego wujaszka.
Powiedziałam, że nie jestem. A on na to, że to dobrze, bo możemy sobie razem obejrzeć film na wideo.
Zapytał, czy lubię przyrodę. Odpowiedziałam, że bardzo i że mam z niej piątkę w szkole. Pogłaskał mnie po głowie i podszedł do wielkiej walizki, która stała w kącie pokoju. Wyjął z niej kasetę VHS. Jedną z kilku, które się tam znajdowały. Nie była to dla mnie jakaś nowość, bo w domu też mieliśmy wideo. „To jest film o przyrodzie, ale rysunkowy” – oznajmił tajemniczo. Włożył kasetę i zaczął się seans.
– Obawiam się, że nie był to film przyrodniczy.
– Owszem, przyrodniczy, tylko nawet nie wyobrażasz sobie jaki. To był dla mnie straszny szok. Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie widziałam. Ksiądz Bronisław puścił kreskówkę. Niby taki niewinny rysunkowy filmik, bajeczkę. Ale w tej bajeczce wszyscy ze wszystkimi współżyli seksualnie. Najpierw kwiatki, później motylki, różne zwierzątka: papugi, chomiki, psy, koty, jelenie, niedźwiedzie. Nawet słońce z księżycem. Dosłownie wszystko ze wszystkim i każdy z każdym. To nie była jakaś taka twarda pornografia. Raczej taki różowy filmik erotyczny. Nie było żadnych napisów, żadnego lektora czytającego tekst. Postacie z kreskówki też do siebie nie mówiły. Za to ksiądz Bronisław gadał cały czas. Usta mu się nie zamykały. Wszystko mi objaśniał i opowiadał. Nawet dotykał palcem ekranu jak tablicy. Tak jak nauczyciel na lekcji przyrody. Zaczął od tego, że przecież jestem już duża i powinnam wiedzieć o takich sprawach. „Chyba wiesz, jak się robi dzieci?” – zapytał. Coś tam oczywiście wiedziałam, ale powiedziałam, że nie wiem. To znaczy pokręciłam głową. Wszystko więc mi wytłumaczył na przykładzie dwóch chomików. Właśnie oglądaliśmy taką scenę z tymi zwierzątkami w roli głównej. Cofnął więc ten fragment i puścił jeszcze raz. „Widzisz, pan chomik ma takiego samego siuraska jak wszyscy chłopcy, jak twój tatuś. Ja też mam takiego samego. I chomik wkłada go… o zobacz…”.
– Jak to znosiłaś?
– Nie wiem, czy byłam bardziej zawstydzona, czy przerażona. Jednak muszę przyznać, że i zaciekawiona. Pierwszy raz coś takiego oglądałam w zbliżeniach. Niestety, w pewnym sensie czułam się trochę podniecona tym, co widzę.
– Niestety?
– Tak, bo tej świni właśnie o to chodziło. Siedziałam na kanapie hipnotycznie wpatrzona w ekran, a on przytulił moją głowę do swojej piersi. Siedział na bocznym oparciu kanapy – po lewej stronie – co sprawiało, że moja głowa była raczej na wysokości jego brzucha. Głaskał mnie po włosach i po klatce piersiowej. Mówię po klatce, bo wówczas nie miałam jeszcze nawet śladu piersi. „Podoba ci się to?” – zapytał. – Nie, tak… Nie mogłam się zdecydować i nie wiedziałam, czy chodzi mu o głaskanie, czy o oglądanie. Najgorszy był jednak, przynajmniej dla mnie, koniec filmu. Akcja od zwierzątek przeszła do ludzi. Dokładniej – do dzieci. Nie było tam jakichś scen pedofilskich, tylko czwórka dzieci, na oko sześcio-, siedmiolatków, bawiła się w doktora – w lesie, czy raczej parku, bo była tam ławka. Najpierw dwie dziewczynki i dwóch chłopców szepczą sobie coś nawzajem do ucha i… zaczyna się. Oglądają sobie nawzajem genitalia, dotykają się. Zbliżenia były na cały ekran. Jedna z dziewczynek… Nie, nie będę dalej tego opowiadać. Do dziś pamiętam każdy szczegół tego filmu. Nie wiem dlaczego, ale śnił mi się tysiąc
razy. Kiedy kreskówka się skończyła, nie miałam odwagi podnieść oczu. Tak się wstydziłam. Ksiądz Bronisław też milczał, tylko ciężko oddychał. Ukradkiem spojrzałam na jego twarz i przeraziłam się. On nie był czerwony. Był dokładnie purpurowy. Tak jakby krew za chwilę miała mu popłynąć z policzków.
Nagle wstał i bez słowa wyszedł. Chyba do łazienki. Nie było go z pięć
minut. Dziś wiem, co ten zboczek tam robił. Ja siedziałam i zupełnie nie wiedziałam, co mam ze sobą począć. Co odpowiedzieć, gdy mnie o coś zapyta, co powiedzieć rodzicom, gdy wrócę do domu. Wiem, że ciężko ci to zrozumieć, ale ja – dwunastoletnie dziecko i jednocześnie mała kobietka – byłam w ciężkim osłupieniu. Do tej pory, gdy w telewizji dorośli zbyt długo się całowali, to tata kazał mi zamykać oczy albo wyjść z pokoju. O oglądaniu filmów po godzinie 20 w ogóle nie było mowy. A tu coś takiego…
Gdy tak siedziałam i próbowałam zebrać myśli, wrócił. Znów uśmiechnięty i jeszcze bardziej miły. Podszedł do szafki w meblościance i wyjął dzbanek z jakimś napojem. Zawartość była czerwona jak krew. „To jest sok z granatów. Piłaś kiedyś?” – zapytał. Zaprzeczyłam, więc nalał mi szklankę. Sok był pyszny, miał jakiś taki cierpki smak i chyba zawierał – dziś jestem tego pewna – alkohol. „Smakuje ci?” – głaskał mnie po głowie.
„A teraz zabawimy się w szkołę. Lubisz bawić się w szkołę? Opowiedz panu nauczycielowi, co widziałaś na filmie” – śmiał się dobrodusznie. Gdy odmówiłam, udał, że się gniewa i sam zaczął opowiadać w ten sposób, że zaczynał zdanie, a jak musiałam je kończyć. I tak wspólnie streściliśmy całą kreskówkę. Prawie do końca, bo gdy doszło do scen z dziećmi, zapytał znienacka: „A ty bawiłaś się kiedyś w doktora? Tylko powiedz prawdę, bo kłamstwo jest dla Pana Boga obrzydliwe. To śmiertelny grzech, za który idzie się do piekła”.
Dosłownie zdrętwiałam, nawet zaczęłam płakać, bo bardzo się wstydziłam. Rzeczywiście, jak miałam z pięć lat, to bawiłam się z rówieśnikami w „pokazywanie”. Podobno wszyscy przez to w dzieciństwie przechodzą. Gdy w końcu potwierdziłam, kazał mi wszystko ze szczegółami opowiedzieć, „bo Pan Jezus chce znać całą prawdę”. Dosłownie wydusił ze mnie imiona dzieci, z którymi się bawiłam, jak to wszystko przebiegało, co ja robiłam, co każdy z moich rówieśników. Nie wiem, była już chyba jedenasta albo później, a ja odpowiadałam na coraz to nowe pytania. Nie będę tu ich przytaczać, ale były obleśne, a dla dziecka wręcz obrzydliwe.
Bardzo się wstydziłam. Coraz bardziej kręciło mi się w głowie. Nie wiedziałam, co mam zrobić z oczami. Myślałam, że to najgorsze chwile w moim życiu. Myliłam się. Wszystko, co najgorsze, było dopiero przede mną.

Część trzecia

[2010] FaktyiMity.pl. Nr 18(530)/2010

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: