FiM – Ksiądz ukradł mi duszę (3)

Ostatnia – trzecia część opowieści 28-letniej dziś Marty, która jako 12-latka była molestowana i gwałcona przez księdza. Przypomnijmy: dziewczynka jest na oazie w klasztorze w okolicach Krosna. Tam budzi zainteresowanie opiekuna oazowiczów – ks. Bronisława. Starszy mężczyzna zaprasza dziecko do swojego apartamentu, gdzie wspólnie oglądają pornograficzną kreskówkę.

Relacja Marty tydzień temu kończy się tak:
„A teraz zabawimy się w szkołę. Lubisz bawić się w szkołę? Opowiedz panu nauczycielowi, co widziałaś na filmie” – śmiał się dobrodusznie. Gdy odmówiłam, udał, że się gniewa i sam zaczął opowiadać w ten sposób, że zaczynał zdanie, a jak musiałam je kończyć. I tak wspólnie streściliśmy całą kreskówkę. Prawie do końca, bo gdy doszło do scen z dziećmi, zapytał znienacka: „A ty bawiłaś się kiedyś w doktora? Tylko powiedz prawdę, bo kłamstwo jest dla Pana Boga obrzydliwe. To śmiertelny grzech, za który idzie się do piekła”.
Dosłownie zdrętwiałam, nawet zaczęłam płakać, bo bardzo się wstydziłam. Rzeczywiście, jak miałam z pięć lat, to bawiłam się z rówieśnikami w „pokazywanie”. Podobno wszyscy przez to w dzieciństwie przechodzą. Gdy w końcu potwierdziłam, kazał mi wszystko ze szczegółami opowiedzieć, „bo Pan Jezus chce znać całą prawdę”. Dosłownie wydusił ze mnie imiona dzieci, z którymi się bawiłam, jak to wszystko przebiegało, co ja robiłam, co każdy z moich rówieśników. Nie wiem, była już chyba jedenasta albo później, a ja odpowiadałam na coraz to nowe pytania. Nie będę tu ich przytaczać, ale były obleśne, a dla dziecka wręcz obrzydliwe.
Bardzo się wstydziłam. Coraz bardziej kręciło mi się w głowie. Nie wiedziałam, co mam zrobić z oczami. Myślałam, że to najgorsze chwile w moim życiu. Myliłam się. Wszystko, co najgorsze, było dopiero przede mną.
###
– Ten sok z granatów, którym cię poczęstował, był z alkoholem?
– Z alkoholem, albo z jakimś narkotykiem, bo byłam całkowicie bezwolna. Gdyby mi wtedy kazał skoczyć z tego drugiego piętra, „bo tego chce Chrystus”, tobym skoczyła.
– A co ci kazał?
– Rozpiąć sobie rozporek. Najpierw polecił mi zdjąć majteczki i z taką małpią ciekawością oglądał moje najbardziej intymne miejsca. Wkładał w nie palce. Miałam zawroty głowy i odruch wymiotny, no i pamiętam, że bardzo się wstydziłam. To znaczy na początku, bo później już niewiele pamiętam. Było mi coraz bardziej wszystko jedno. Nawet wtedy, gdy kazał mi wziąć do ręki swój członek. „Popatrz, jakie to piękne, boskie stworzenie” – mówił i wielką dłonią zbliżył moją głowę do swojego przyrodzenia. Dalej mam już tylko wspomnienia jakby z poklatkowanego filmu. Wiem, że kazał mi siebie onanizować i chciał, żebym sama sobie też to robiła. Pokazywał mi, jak. Później sam się masturbował. A potem…
Obudziłam się następnego dnia w swoim oazowym łóżku, nie do końca będąc pewna, czy to wszystko nie było jakimś snem. Przez pół dnia bardzo bolała mnie głowa. Siostra Marta dała mi pastylkę i powiedziała coś bardzo ciekawego. Do dziś słyszę te słowa: „Dziś nie chodź do spowiedzi. A w ogóle to pamiętaj, że nie ze wszystkiego trzeba się zwierzać księdzu i ludziom, bo Pan Bóg i tak wszystko wie i rozumie. On i tak wszystko widzi, więc czasem nie warto zawracać mu głowy głupstwami. Jutro albo pojutrze wyspowiadasz się księdzu Bronisławowi…”.
– Jak zachowywał się tego dnia ksiądz Bronisław?
– W ogóle mnie nie zauważał. Bardzo mi to dokuczało i bolało. Prowadził do czasu obiadu takie zabawy w odgrywanie i odgadywanie scenek biblijnych i ani razu nie wybrał mnie do żadnej z ról. Szukałam oczami jego wzroku, a on nawet na mnie nie spojrzał. Czułam się podle. Rosło we mnie poczucie jakiejś irracjonalnej winy. Bo ON się na mnie gniewał. Czyli ja GO w jakiś sposób
zawiodłam. Coś JEMU zrobiłam nie tak. Ale to była tylko gra.
– Gra?
– Wiesz, kim jestem z zawodu?
– Wiem. Psychologiem.
– Owszem, poszłam na studia psychologiczne tylko po to, by to wszystko zrozumieć, aby zrozumieć tamtą siebie. Żeby dać sobie z tym wszystkim radę.
– Zrozumiałaś?
– Tak. To proste. Klasyczny, pisywany przez psychologię tak zwany syndrom sztokholmski. Polega on na tym, że ofiara zakochuje się w swoim oprawcy. A nawet solidaryzuje się z nim i pomaga mu w osiągnięciu celu.
– Niesamowite! Zakochałaś się w tym zboczeńcu?
– O ile dwunastolatka zdolna jest do takich namiętności. W każdym razie bardzo, ale to bardzo tego dnia mi go brakowało. Brakowało jako ojca, którego nigdy nie kochałam, i jako mentora, co zna odpowiedź na każde pytanie. Ale też pewnie jako tego, który wprowadza mnie w tajemniczy, zakazany, zupełnie nieznany świat. A on mną wzgardził. Po tym wszystkim, co się stało. Nie mogłam sobie dać z tym rady i po południu już tylko płakałam. Ale wszystko zmieniło się, gdy znów przyszła siostra Marta. „Chcesz dziś wieczorem odwiedzić księdza Bronisława?” – zapytała.
Bardzo chciałam. Nie mogłam doczekać się wieczora. Do skrzydła budynku, w którym mieszkał „mój” ksiądz, miałam tym razem pójść sama. Miałam też pamiętać dziwne polecenie zakonnicy, by absolutnie się nie myć. Już piętnaście minut przed godziną 19 byłam na podwórku prowadzącym do celu. „Gdzie się wybierasz”? – zapytała jakaś starsza siostra zakonna, gdy zaraz po kolacji powiedziałam, że dziś nie pójdę na nabożeństwo. „Biedne dziecko” – usłyszałam jej szept, gdy powiedziałam, dokąd idę.
Cała drżąca z podniecenia zapukałam do drzwi i dosłownie natychmiast usłyszałam „proszę”. „O, to nasza piękna Martusia” – przywitał mnie ksiądz Bronisław, mówiąc to zdanie do kogoś trzeciego. Potrzeba było kilku sekund, żebym zrozumiała, że w pokoju jest ktoś jeszcze. Zdziwienie i ukłucie zazdrości towarzyszyło konstatacji, że to siostra Marta. I nie tylko ona. Z drugiego pokoju wyszedł zupełnie nieznany mi chłopiec. Jestem całkowicie pewna, że nigdy go wcześniej nie widziałam i że nie był on uczestnikiem naszej oazy. Mam fotograficzną pamięć, więc o pomyłce nie może być mowy. „To jest Marcin, zaraz poznacie się lepiej i na pewno polubicie” – powiedział ksiądz Bronisław. Obecność jakiegoś Marcina była dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Nie mniejszym niż widok siostry Marty, tym bardziej że teraz wcale nie przypominała zakonnicy. Ani trochę. Była ubrana w zwykłą, ale bardzo ładną sukienkę i miała – nie wierzyłam własnym oczom – usta umalowane bardzo czerwoną szminką.
Wszystko, co stało się później, było jednym wielkim snem. Najpierw na wideo oglądaliśmy film pornograficzny, ale już nie kreskówkę. Opowiadał o tym, jak tata z mamą, brat z siostrą… a potem siostra, czyli córka z tatą i tak dalej…
Nie będę wdawać się w szczegóły, ale cały ten film odgrywaliśmy później wspólnie przez kilka godzin. We wszystkich możliwych konfiguracjach. Byłam pierwszy raz w życiu naprawdę pijana, bo na powitanie wypiłam całą szklankę szampana, a później jeszcze jedną i jeszcze jedną.
– Czułaś wstręt, obrzydzenie?
– Obrzydzenie? Wręcz przeciwnie. Joanno, to mi się wówczas bardzo podobało! Coraz bardziej. Nawet straszny ból był jakimś nieziemskim przeżyciem. Ból, bo ja, dwunastoletnia dziewczynka, straciłam tego dnia dziewictwo. Także psychiczne. Poznałam, co to jest seks oralny i analny, co to jest orgia z trójką osób, z których dwie mogłyby być moimi rodzicami. Ten chłopiec,
Marcin, był jakiś kompletnie nieobecny. Jak automat. Dziś bym powiedziała, że jak lalka z sex shopu. Otrzymywał polecenia i je wykonywał. Jakby poddano go lobotomii.
Następnego dnia wszystko się powtórzyło. I jeszcze następnego. To trwało nadal po powrocie do Krakowa. Jeszcze przez 2 lata. Czasem tylko raz w miesiącu, czasem dwa razy w tygodniu. Zrobili ze mnie małą dziwkę. Wkrótce Marcina zastąpił inny chłopiec, potem znów kolejny.
Za każdy wspólny wieczór dostawałam drobne pieniądze albo prezent. Czasem ksiądz Bronisław przyprowadzał jakiegoś kolegę księdza. Niekiedy siostrę Martę zastępowała inna kobieta. Od czasu do czasu to, co robiliśmy, było nagrywane kamerą. Oczywiście wszystko było objęte „świętą, dozgonną tajemnicą miłości” i było „miłe Panu Bogu, który stworzył całego człowieka”.
– Twoja matka niczego nie podejrzewała?
– Po powrocie z M. (koło Krosna) powiedziałam o wszystkim, to znaczy w wersji bardzo delikatnej, starszej o trzy lata siostrze. A ona mamie.
–I?
– I dostałam otwartą ręką w twarz: „Ty mała dziwko. Przestań zmyślać. Oddam cię do domu dziecka, zobaczysz”. Mama już wtedy bardzo dużo piła. Trzy lata później zmarła na raka. Wówczas rzeczywiście o mało nie trafiłam do domu dziecka.
– Jak się z tego wszystkiego wyrwałaś?
– Dzięki… innemu księdzu. Coś tam bąknęłam mu podczas spowiedzi. On zaczął dopytywać, drążyć, no i zanim się obejrzałam, po miesiącu wspólnych rozmów na spacerach i wycieczkach, które organizował, wiedział już prawie wszystko. Niedokładnie wiem, co zrobił, dokąd poszedł i z kim rozmawiał, ale księdza Bronisława dosłownie wywiało z Krakowa. A może tylko zmienił parafię – nie wiem.
– A ta zakonnica… Twoja imienniczka?
– Teraz tak jak wtedy jest zakonnicą w Krakowie.
– Ci mali chłopcy…
– Nigdy ich później nie spotkałam. Ksiądz Andrzej wysłał mnie do Francji, do katolickiej szkoły tuż pod Paryżem. Dostałam stypendium, zdałam maturę, poszłam na studia, które ukończyłam już w Polsce. Wyszłam za mąż.
– Mąż wie?
– Mój mąż ma na imię Andrzej. To ten ksiądz.
– Żartujesz. To brzmi jak dość kiepski… jak bardzo kiepski romans.
– Ale to nie jest kiepski romans. To jest miłość, choć Andrzej jest sporo ode mnie starszy. Gdy wróciłam do kraju, zrzucił dla mnie sutannę. I to zanim powiedział, że chce, bym za niego wyszła. Zanim poprosił mnie o rękę. Później mówił, że nie chciał stawiać mnie w trudnej sytuacji i że przez ostatnie lata czuł się jak antyczny Pigmalion – coraz bardziej zakochany
w rzeźbionym przez siebie posągu.
– Dziś pracujesz jako psycholog kliniczny. Pomagasz między innymi takim jak ty Martom, takim jak tamten chłopiec Marcinom. Powiedz, ilu z nich może się udać tak jak tobie? Ilu uda
się wyjść na prostą?

– Niewielu. Po pierwsze: trzeba spotkać jakiegoś takiego Andrzeja. Po drugie: dojść do takiego momentu w życiu, że chce się wszystko zmienić. Po trzecie: mieć na to siłę. Po czwarte, może najważniejsze: starać się zapomnieć.
– Zapomniałaś?
– Nie.
– Załóżmy, że czyta nas w tej chwili jakaś inna Marta, jakaś Basia czy Ania… Możesz jej jakoś pomóc?
– Oczywiście. Niech się zgłosi do mnie za pośrednictwem waszej redakcji. Natychmiast się z nią skontaktuję. Nie mogę tak całkiem się ujawnić. Jeszcze nie dziś i nie jutro. Musicie zrozumieć, mieszkam teraz na Wybrzeżu i nie chcę, żeby mój synek albo moi znajomi o tamtym wszystkim się dowiedzieli. Mam nadzieję, że kiedyś pomyślę o tym jak o historii, która nigdy się nie wydarzyła. Jak o koszmarnym śnie.
– I jeszcze jedno, ostatnie pytanie: zatwierdziłaś, ba… sama wymyśliłaś tytuł tego wywiadu, dość – powiedzmy – pretensjonalny. Dlaczego?
– Od lat nie byłam w kościele. Nie modlę się, nie proszę Boga o nic. Na widok sutanny lub habitu jestem zdolna do najgorszych rzeczy. Czasem zastanawiam się, czy jeszcze w cokolwiek wierzę. Chyba nie. Tak naprawdę to jestem w środku pusta. Ostatni raz w życiu porządnie spłakałam się wtedy, gdy… czułam się wzgardzona przez tego zboczeńca. Od tamtej pory nie mam łez. A więc nie mam duszy. On mi ją ukradł.

Powrót do części pierwszej

[2010] FaktyiMity.pl. Nr 19(531)/2010

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: