Meta u księdza

Ksiądz pijanica z Białegostoku pochlastał nożem współbiesiadników. Pisali i gadali o tym inni. My też wspominamy­ ze względu na znajomość miejsca rzezi.

Fakty w skrócie: 3 stycznia 2000 r. wieczorem ktoś z plebanii kościoła-twierdzy św. Kazimierza w Białymstoku wezwał policję drogową do wypadku. Zdumieni gliniarze na miejscu zastali już karetkę pogotowia oraz pana doktora, który powiadomił ich, że w środku jakiś na wpół nagi furiat lata z nożem, a podłoga spływa krwią. Jak się okazało, to ksiądz Stanisław W., lat 43, który chlał gorzałę w towarzystwie starszawego małżeństwa. Na miejscu znaleziono dwie puste flaszki (0,5 i 0,75 l), po spożyciu których klecha przysnął. Jak opowiedziała lokalnej prasie poszkodowana, nagle wielebny obudził się, zaczął wrzeszczeć coś o prześladowaniu, a następnie nożem zaatakował małżeństwo. Z niewiadomych powodów cała trójka przebywała w stanie niemal kompletnego negliżu. Mężczyznę z trudem uratowano w szpitalu, kobitka ma pochlastane kosą ręce, wielebny, którego wsadzono na 48 godzin do pierdla, lekkie zadrapania tu i ówdzie. Po tym terminie sąd zapuszkował go na miesiąc.

Sytuacja banalna jak życie w Pomrocznej. My natomiast mamy powody, żeby bez zbędnej obłudy cieszyć się, że akcja nożownika, znanego z zamiłowania do gorzały i szefom, i wiernym, odbyła się akurat w tym budynku na białostockich Dziesięcinach. Przed tą bowiem plebanią, w maju 1997 r., zawiesiliśmy na pomniku wielkie majty w grochy z napisem „NIE dla pornografii” („Ksiądz kradnie majtki Urbana”, „NIE” nr 21/97). Nie podobało nam się mianowicie, że pomnik przed kościołem ma kształt gołej dupy, gdy tymczasem parafialne trójki ścigają biednych kioskarzy za sprzedawanie „Catsa”. Wówczas białostockie klerykalne towarzystwo dostało pierdolca. Solidaruchy powiadomiły prokuraturę na okoliczność zbezczeszczenia świętego miejsca przed kościołem i plebanią, naruszenia przez Urbana i jego sukinsynów WC (wartości chrześcijańskich). „Tygodnik Solidarność” grzmiał, że nad miastem cichych, spokojnych i bogobojnych ludzi pojawił się „cień odwiecznej negacji”. Od ministerki Suchockiej domagano się wniosku o uchylenie immunitetu poselskiego Gadzinowskiemu, który przyznał się na łamach do majtkowej roboty. Nadgorliwa i spolegliwa wobec czarnych miejscowa prokuratura wysmażyła akt oskarżenia przeciwko dwóm pracownicom „NIE”, które na polecenie szefa pomagały wciągać majty na pomnik. Suchocka odmówiła złożenia wniosku w sprawie Gadzinowskiego, motywując to w ten sposób, że Urbanowi zależy na skandalu i rozgłosie, a ona mu tej satysfakcji nie da. Właśnie w Białymstoku rozpoczął się proces karny przeciwko dwóm naszym koleżankom.

W sprawie szlachtowania nożem współpijusów przez księdza W. Białystok też dosłownie oszalał. Tyle że abarotno. Prokuratura Rejonowa natychmiast odebrała śledztwo policji i zajęła się tym osobiście, jakby chodziło przynajmniej o zamordowanie senatora. Policjanci uczestniczący w akcji zostali wezwani na przesłuchanie, gdzie zobowiązano ich do zachowania całkowitej tajemnicy. Księdza najpierw zawieziono do kliniki Akademii Medycznej, gdzie obejrzano zadrapania pod kątem niebezpieczeństwa dla życia wielebnego. Rzecznik prokuratury na pytania pismaków odpowiadał jednym zdaniem: Było takie zdarzenie, prokuratura prowadzi postępowanie.

My mówimy tak: nad cichym, spokojnym i bogobojnym Białymstokiem pojawił się odwieczny cień bandytyzmu. Miał miejsce w poświęconej przez pana biskupa luksusowej rezydencji, zwanej dla jaj plebanią, gdzie znany zwierzchności balangowicz, już wcześniej odsunięty za to od pełnienia niektórych posług, dostał szału i pokiereszował nożem koleżeństwo. Z nieznanych bliżej powodów różni białostoccy oficjele zastanawiają się publicznie, czy aby katabas nie bronił się scyzorykiem przed atakiem ze strony małżeństwa. Co nasuwa podejrzenia, że w tym kierunku mogą iść działania, aby tylko sprawie ukręcić łeb. Dlatego dalszych losów wielebnego będziemy pilnować jak własnej sakiewki. W demokratycznej i wolnej ojczyźnie nie może być tak, że gościu, który nieomal wyprawia na tamten świat dwoje ludzi, zostaje odesłany ­ na przykład ­ do klasztoru w celu wytrzeźwienia.

Ciekawi nas również stosunek do czynów swojego kolegi księdza, który tak ochoczo, w maju 1997 r., zrywał majtki Urbana z pomnika przed swoją plebanią. A następnie nawoływał przypadkowych wiernych do lania dziewczyn z „NIE” i naszego fotoreportera, co też skutecznie czynili, a prokuratura oczywiście to umorzyła. Czy oni na tej plebanii św. Kazimierza wszyscy noszą w sobie syndrom fizycznej przemocy, czy to tylko zbieg okoliczności?

Mamy nadzieję, że tygodnik Gelberga opisze całe zdarzenie, a od ministerki Suchockiej będzie domagał się nadzoru nad sprawą. Chodzi wszak o to, by furiat z nożem więcej nie zagrażał bogobojnym parafianom i parafiankom w świętym mieście.

[2000] NIE.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: