Zły ksiądz

Nie miała baba kłopotu kupiła plebanię.

Trzy lata temu „Życie Podkarpackie” zamieściło ogłoszenie: Sprzedam dom parterowy z poddaszem użytkowym, z 3 garażami w centrum Przemyśla. Cena 220 tys. zł. W tym czasie Annie Kuźmie znudziło się życie w bloku. Córce też. Rodziny ustaliły: sprzedajemy mieszkania, dwa garaże, samochód, trochę pożyczymy w banku i kupujemy dom.

Na wskazanej ulicy znaleźli posterunek policji, kolegium ds. wykroczeń, biura poselskie i plebanię parafii Miłosierdzia Bożego. Przez myśl im nie przeszło, że do opchnięcia jest plebania. Proboszcz Michał Błaszkiewicz rozwiał wątpliwości:

– Sprzedaję, bo buduję kościół i plebanię na Osiedlu Rycerskim. Machnął pisemną zgodą właściciela, czyli kurii. Pokazał dwa pokoje i jedno pomieszczenie w piwnicy. Reszty pokazać nie chciał. – To sypialnia i nie wpuszczam tam kobiet, w pokojach są księża i się kąpią – tłumaczył.

Pokazał za to operat szacunkowy. Stoi tam, że plebania to murowana willa na fundamentach, warta zdecydowanie więcej, niż żąda ksiądz.
Dokument podpisał znany w Przemyślu biegły – Tadeusz Czech. Dogadali się tak: rodziny sprzedają wszystko, a ksiądz wyprowadzi się we wrześniu, najdalej październiku. W połowie lipca podpisano umowę przyrzeczenia sprzedaży. W paragrafie 2 stoi, że za plebanię i działkę zapłacą 190 tys. zł. Wpisano taką kwotę, ponieważ proboszcz zażyczył sobie 30 tys. zł do ręki – żeby się nie dowiedział arcybiskup. Pani Anna zażądała od księdza notarialnego pełnomocnictwa sprzedaży budynku podpisanego przez abepe Michalika. W przeciwnym wypadku do transakcji miało nie dojść. Umówili się pisemnie, że 95 tys. zł wypłacą plebanowi po podpisaniu aktu notarialnego. Resztę klecha miał dostać po swej wyprowadzce. Od czasu podpisania umowy ksiądz Błaszkiewicz nie dawał pani Annie spokoju. Na początek wziął kasę za sprzedanego Forda – ponad 26 tys. zł. Później dzwonił nocą i żądał np. 10 tys. zł na rano.

31 sierpnia Anna Kuźma sprzedała mieszkanie. Ksiądz pozwolił jej przywieźć na plebanię dobytek. Pani z mężem i tobołkiem poszła do znajomych. Zanim sprzedała mieszkanie, zdążyła się zorientować, że plebania nie jest warta tyle, ile żąda pleban. Rodzina ustaliła więc, że zapłaci tylko 190 tys. zł, a 30 tys. – co miał dostać ksiądz do łapy – zatrzymają na poczet remontu. To ich uspokoiło.

* * *

Obie panie i ksiądz poszli do notariusza Stanisława Radyka. To znana postać, bo czyta Biblię w katedrze.
– Proboszcz z notariuszem w naszej obecności naradzali się, jak załatwić sprzedaż chałupy, tak aby ksiądz łyknął 30 tys. zł do ręki bez wiedzy arcybiskupa. Notariusz podał sposoby – wspomina Anna Kuźma. Minął wrzesień.
Wielebny domagał się szmalu, choć nadal nie wyprowadził się z plebanii. Tłumaczył, że musi zostać do grudnia, bo w nowej nie skończyli prac. Dostał ultimatum: masz tydzień i podpiszesz akt notarialny albo zwracasz kasę. Tych 30 tys. zł i tak nie zobaczysz. Błaszkiewicz umówił się na następne spotkanie. Na plebanii rodzina zastała dwóch obcych facetów. Ksiądz przedstawił: członkowie Społecznego Komitetu Budowy Kościoła. Goście postawili sprawę jasno – przybyliśmy w sprawie tych 30 tys. zł, które pani jest księdzu winna! Rodzinę trafił szlag.

W końcu jakoś doszło do podpisania aktu notarialnego na kwotę 190 tys. zł. Po drodze były jeszcze groźby, telefony z pogróżkami typu: – Ty kurwo ja cię załatwię. Podczas podpisywania aktu obecny był jeden z członków Społecznego Komitetu Budowy Kościoła. Rodzina zażądała od notariusza, aby wpisał, że nabywca nie zna dokładnie stanu technicznego domu. Strony podpisały akt. Po chwili notariusz wyciągnął drugi. Stoi w nim jak byk: Michał Błaszkiewicz pożycza państwu 30 tys. zł. Na zwrot kasy mają rok. Baby podpisały, bo nie dostałyby pierwszego aktu. Ksiądz dostał trzy dni na wyprowadzkę.

* * *

Podczas remontu okazało się, że ściany domu to drewno, glina i trzcina, a nie solidne mury. Chałupa była w opłakanym stanie. Nie było ławy fundamentowej i piwnic, a to, co im ksiądz pokazał, było nową salką katechetyczną. Mąż pani Anny dostał zawału. Zadzwonił ksiądz i powiedział – odprawiłem mszę za zdrowie męża. W czerwcu 2000 r. Błaszkiewicz zadzwonił po raz kolejny. Zażądał zwrotu 30 tys. zł. Usłyszał, że nie dostanie. Remont plebanii kosztował ponad 80 tys. zł. Proboszcz ponowił żądanie listownie, zagroził komornikiem. Pani Anna poszła do kurii, ale abepe Michalik był w Watykanie. Kanclerz kurii ks. Józef Bar groził, że zaraz wyrzuci ją na pysk.

Wówczas też, całkiem przypadkowo, wyszedł na jaw największy szwindel księdza i kurii. Okazało się, że na ich działce kończy się węzeł ciepłowniczy MPC – wybudowany tu kilka lat wcześniej za zgodą i wiedzą kurii, i proboszcza Błaszkiewicza. Są na to stosowne umowy. Stoi w nich, że kuria dostanie za to spore odszkodowanie. Ile, tego ustalić nie sposób. Z kwitów wynika jasno – proboszcz przyjął działkę
po zakończeniu robót bez zastrzeżeń. Ale o węźle ani kuria, ani ksiądz Błaszkiewicz nie byli uprzejmi powiadomić wydziału ksiąg wieczystych. Dlatego w księgach nie ma śladu obecności takich rur, choć powinien być. Gdyby był, nikt przy zdrowych zmysłach plebanii by nie kupił, a już na pewno nie za taki szmal.

Rodzina wynajęła eksperta. Orzekł: była plebania to ruina grożąca katastrofą budowlaną, a działka jest niewiele warta przez ten węzeł. Polecieli z pyskiem do kurii. Michalik nie miał czasu. Ks. ekonom nazwał działanie Błaszkiewicza skandalem. Przestał pracować u Michalika. Kuria przemyska, mimo że formalnie była właścicielem terenu, odpisała pani Kuźmie, że nie jest stroną w sporze. Olał ich skargi nuncjusz apostolski oraz Sekretariat Stanu w Watykanie. Po rozmowie z arcybiskupem ks. Błaszkiewicz „wyjechał” do Sanoka. Rodzina pani Anny straciła wiarę i szuka sprawiedliwości.

Policja, prokuratura i sądy jakoś nie widzą w tym przekrętu. Zresztą i ich działania są w tej sprawie dosyć dziwne. Na przykład prokuratura odrzuciła wniosek o dołączenie do akt umowy księdza z MPC, w myśl której firma wypłaciła kurii odszkodowanie za rury. Choć mógłby to być dowód na zatajanie prawdy przy sprzedaży nieruchomości. Finałem tej awantury był drugi zawał męża pani Anny. Ksiądz upominał się o zwrot rzekomej pożyczki. „Długiem” zajęła się kancelaria komornicza pana Baczy z Przemyśla. Wystawiono dom na licytację. Nie doszło do niej, bo ks. Błaszkiewicz wycofał sprawę. Komornik wyrwał jednak od rodziny pani Anny ok. 5 tys. zł za oszacowanie wartości, którego nie zrobił. 30 tys. zł wyrwał też ks. Błaszkiewicz.

* * *

Nowa plebania Miłosierdzia Bożego jest piękna i luksusowa, stoi w atrakcyjnym miejscu z widokiem na miasto. Kościoła obok niej proboszcz Błaszkiewicz nie postawił, choć – jak zeznał policji – te 30 tys. zł miało iść na jego budowę. Sądy przerzucają sprawę od jednego do drugiego. Anna Kuźma zapowiada, że nie odpuści. No to dostaje mniej zamówień z sądu, w którym jest biegłym rewidentem. Cała sprawa stała się zbyt skomplikowana dla przedstawicieli Temidy, bo dotyczy przewałów księdza i kurii.

Jakoś dziwnie często podkarpacki wymiar sprawiedliwości ślepnie, głuchnie i milknie, gdy w sprawę umoczony jest czarny lub, nie daj Boże, fioletowy.

[2002] NIE.pl 35/2002

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: