Czy będzie kasacja wyroku w sprawie nastoletniego zabójcy księdza z Blachowni?

Sąd Najwyższy zdecyduje w czwartek 6 grudnia o dalszych losach Dawida M. skazanego w listopadzie 2011 r. na 25 lat więzienia za zabójstwo przed ponad czterema laty proboszcza w Blachowni-Błaszczykach. Zbrodnia ta wstrząsnęła regionem częstochowskim: księdza zabił uczeń liceum katolickiego, były ministrant, a w sprawie pojawiły się motywy molestowania nastolatka.

Rozprawę w Sądzie Najwyższym wyznaczono na godz. 11, sędzią sprawozdawcą jest Andrzej Siuchniński. Kasację od prawomocnego wyroku, który zapadł przed Sądem Apelacyjnym w Katowicach, złożył obrońca Dawida M. mec. Paweł Pojnar. Nie zdradza, jakich użył argumentów, by przekonać Sąd Najwyższy do pochylenia się nad prawomocnym wyrokiem, najsurowszym, jaki mógł zapaść w stosunku do młodocianego zabójcy. – To ważne, że sąd wyznaczył rozprawę, uznając tym samym ważkość naszych argumentów – skomentował adwokat.

Jak to było

20 sierpnia 2008 r., na trzy dni przed swoimi 18. urodzinami, Dawid M. zabrał z domu nóż myśliwski, przygotował też drzewce flagi, kominiarkę, rękawiczki i drugie ubranie. Poszedł do kościoła w Błaszczykach w trakcie popołudniowej, ostatniej tego dnia mszy. Ks. Wojciech Torchała był jedynym duchownym w tej parafii, uczył też religii w szkole w pobliskim Cisiu. Znał Dawida M., bo ten był u niego ministrantem, a potem pełnił funkcję lektora.

Nastolatek, wiedząc, że proboszcz zawsze wieczorem wychodzi z mieszkania na tyły kościoła, by zamknąć garaż, zaczaił się za drzwiami. Uderzył księdza kijem, jednak duchowny nie tylko nie upadł bez przytomności, ale zaczął się bronić. Prawdopodobnie rozpoznał napastnika i zerwał mu z głowy kominiarkę. Wówczas Dawid M. wyjął nóż i zadał 35 ciosów. Już pierwsze uderzenia w okolice klatki piersiowej i wątrobę były dla 47-letniej ofiary śmiertelne. Ostatni cios nastolatek zadał w plecy: bał się, że ksiądz doczołga się do sejfu, w którym mógł mieć broń (był zapalonym myśliwym). Gdy proboszcz nie dawał już znaków życia, nastolatek splądrował mieszkanie; wg późniejszych ustaleń prokuratury zabrał co najmniej 600 zł i uciekł do lasu. Tam się przebrał, wyrzucił zakrwawione rzeczy, nóż oraz taśmę klejąca, którą chciał skrępować napadniętego.

Do domu Dawid M. dotarł około godz. 22. W piecu spalił kominiarkę. Następnego dnia pojechał rano z mamą do Częstochowy po nowy garnitur i przybory szkolne (wakacje się już kończyły). Tego samego dnia po południu jeszcze raz pojechał do Częstochowy – z kolegami, na imprezę urodzinową. Za osiemnastkowe przyjęcie zapłacił prawdopodobnie pieniędzmi ukradzionymi swej ofierze.

Zwłoki duchownego odkryła jego dochodząca gospodyni, było to nazajutrz po południu. Dawid M. został zatrzymany kilkanaście godzin później.

Wątek molestowania

Dawid M. początkowo przyznał się do winy. Szybko jednak zmienił wyjaśnienia. Oświadczył, że chciał jedynie księdza nastraszyć. Prokuratorowi powiedział, że od 12. roku życia był molestowany przez księdza i uczestniczył w orgiach seksualnych na plebanii z udziałem dwojga innych nastolatków spoza Blachowni. Protokoły z tego przesłuchania wyciekły do antyklerykalnego tygodnika „Fakty i Mity” (jego szef Roman Kotliński jest posłem Ruchu Palikota).

Prokuratura – a w trakcie procesu także sąd – przesłuchały blisko 200 osób z otoczenia zabitego księdza. Nie znalazły dowodów na seksualny motyw zbrodni. Jako biegłego powołano m.in. znanego seksuologa Zbigniewa Lwa Starowicza, który nie stwierdził, aby u nastolatka występowały objawy charakterystyczne dla ofiar molestowania. Nie rozpoznano również u niego jakichkolwiek zaburzeń w sferze seksualnej.

Za to w trakcie śledztwa wyszło na jaw, że w listopadzie 2007 r. Dawid M. i jego rówieśnik Marcin W., też były ministrant, ukradli proboszczowi klucze do sejfu, z niego zaś 20 tys. zł. Marcin W. stał wówczas na czatach. Dawid bardzo szybko przepuścił pieniądze, m.in. na sprzęt elektroniczny i ubrania dla koleżanki. Ksiądz go podejrzewał, ale nie powiadomił policji.

Prokurator Tomasz Ozimek prowadzący to śledztwo mówił potem: – To była jedna z najtrudniejszych moich spraw. I to nie z powodu dowodzenia zabójstwa z niskich pobudek, ale z powodu konieczności ochrony czci ofiary, którą Dawid M. od razu ustawił jako sprawcę molestowania seksualnego.

Najpierw 15, potem 25 lat więzienia

Skazując w 2010 r. Dawida M. na 15 lat więzienia, Sąd Okręgowy w Częstochowie wziął pod uwagę niekaralność i dobrą opinię młodego człowieka. – Jest ponadprzeciętnie inteligentny, ma osobowość o cechach przywódczych. Lubi narzucać swoją wolę innym – podkreślał w uzasadnianiu sędzia Jacek Włodarczyk. Sam Dawid M. przyznał, że bycie ministrantem nie było dlań kwestią wiary, bo najważniejszy był aspekt materialny, m.in. możliwość zarabiania podczas kolędy.

W listopadzie 2011 r. po apelacji prokuratury i obrońcy Sąd Apelacyjny w Katowicach podwyższył wyrok do maksymalnego wymiaru przewidzianego dla młodocianych przestępców. Sędzia Małgorzata Niementowska podkreślała, że wcześniejsza niekaralność i dobra opinia nie mają tu znaczenia. – 25 lat więzienia to w tym przypadku kara sprawiedliwa i odpowiednia – zaznaczyła sędzia.

Sąd w Katowicach odrzucił wówczas wszystkie wnioski obrony, m.in. o przesłuchanie… zabójcy ks. Popiełuszki Marka Piotrowskiego – bo to właśnie on mógł zbierać materiały do tekstu w „Faktach i Mitach” o seksualnym podłożu zabójstwa księdza w Blachowni.

[2012] Gazeta.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: