FiM – Troska ze szczególnym okrucieństwem

Ministrant zasztyletował księdza. Dojrzewał do tej zbrodni przez siedem upiornych lat, posługując pedofilowi przy odprawianiu mszy…

W świętym mieście Częstochowie wprowadzono absolutne embargo na informacje dotyczące okoliczności głośnego zabójstwa 47-letniego księdza Wojciecha T., proboszcza parafii Najświętszego Zbawiciela z pobliskiej Blachowni. Prokuratura zaserwowała opinii publicznej jedynie mdłą papkę o tym, że sprawca przyznał się do winy, uzasadniając „zaplanowaną zbrodnię” bliżej nieokreślonymi „względami osobistymi”, które, owszem, są badane, aczkolwiek o całkiem innych i bardzo niskich pobudkach może świadczyć fakt, że zabójca „zabrał z mieszkania ofiary 600 zł”.

– Wątek osobisty został przez podejrzanego wyraźnie zarysowany, jednak wymaga dokładnej weryfikacji z udziałem psychiatrów i psychologów. Z całą pewnością można natomiast stwierdzić, że również – jeśli nie przede wszystkim – rabunek był motywem zabójstwa – podkreśla Romuald Basiński, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Częstochowie.

– Teza o rabunkowym motywie podparta jest też faktem, że w listopadzie 2007 roku Dawid M. wraz z innym ministrantem, Marcinem W., ukradli księdzu Wojciechowi T. ponad osiemnaście tysięcy złotych. Proboszcz nie zgłosił tego policji, prawdopodobnie ze strachu,
że mogą przy okazji wyjść na jaw jego nieciekawe relacje z ministrantami, ale Dawid sam przyznał się teraz do kradzieży – mówi „Faktom i Mitom” inny, zastrzegający anonimowość prokurator.

Prok. Basiński dla tzw. dobra śledztwa odmawia ujawnienia jakichkolwiek szczegółów, co niektóre tabloidy skwapliwie wykorzystują do publikowania bredni opatrzonych tytułami typu „Ksiądz dbał o kata jak o syna” czy wyssanych z palca opisów, jak to troskliwy kapłan „wykrwawiał się na śmierć w ramionach ministranta, ale ten dźgał go dalej”. Zapewne co najmniej trzy ręczny ministrant…

###

Przypomnijmy, że proboszcza z Blachowni zabił, zadając mu ok. 30 ciosów nożem, Dawid M., zamieszkały w tej samej miejscowości ministrant, lektor, okresowo parafialny organista, kandydat na księdza – w 2009 r. miał skończyć renomowane Katolickie Liceum Ogólnokształcące im. Matki Bożej Jasnogórskiej w Częstochowie (por. „Zbrodnia i zdrada” – „FiM” 35/2008).

Zabił 20 sierpnia, na trzy dni przed swoimi osiemnastymi urodzinami. Ów zbieg dat ma dla niego tylko takie znaczenie, że – zgodnie z prawem – nie zostanie skazany na dożywocie, a co najwyżej na ćwierć wieku.

Dojrzewał do tej zbrodni przez siedem upiornych lat.
– Poznał księdza latem 2001 r. Krótko po tym, jak metropolita częstochowski arcybiskup Stanisław Nowak erygował w Blachowni-Błaszczykach nową parafię, ustanawiając Wojciecha T. jej pierwszym proboszczem.

Genowefa G., babcia Dawida, osoba bardzo religijna, zaprowadziła 11-letniego wówczas wnuczka do księdza, prosząc, żeby wziął sobie dzieciaka na ministranta. Po kilku miesiącach praktyki przy ołtarzu wielebny zaprowadził chłopca na strych kościoła i kazał mu rozebrać się do naga. Nie dotykał go, tylko chodził wokół i oglądał, po czym nagle kazał mu ubrać się z powrotem. Gdy zeszli na dół, ostrzegł Dawida, że jeżeli komukolwiek zdradzi ich tajemnicę i opowie o zdarzeniu na strychu, to z pewnością zostanie oddany do domu wariatów, o co ksiądz gorąco się postara – streszcza nam zeznania Dawida M. urzędnik sądu, który miał okazję przestudiować akta sprawy.

Oto co jeszcze zdążył z nich wynotować:
# Po 3 czy 4 następnych „oględzinach” Dawida dokonywanych każdorazowo na poddaszu świątyni (parafia nie ma klasycznej plebanii, proboszcz zamieszkiwał w wydzielonej części kościoła) ksiądz przyniósł sobie tam fotel, z którego obserwował, jak posłusznie spełniający wszystkie jego życzenia i rozebrany do naga chłopiec onanizuje się. Przez kilka seansów duchowny był tylko widzem, ale wkrótce on też zaczął wkładać sobie rękę w spodnie…;
# Wiosną 2002 r. dwunastoletni już ministrant został tradycyjnie zaprowadzony na piętro, ale – o dziwo – jego opiekun nie kazał mu się rozbierać. „Poczekaj, mam dla ciebie niespodziankę” – powiedział. Po kwadransie zszedł na dół, skąd przyprowadził dwójkę nieznanych Dawidowi dzieci. Chłopiec o imieniu Kamil był od niego wyraźnie młodszy, dziewczynka (ksiądz zwracał się do niej bezosobowo) wyglądała na równolatkę. „Z pewnością nie mieszkały w najbliższej okolicy ani też nie chodziły do naszego kościoła, bobym ich znał” – zeznał Dawid w prokuraturze;
# Podczas tego pierwszego spotkania w „trójkącie” ksiądz zachowywał się niemal identycznie, jak przy inicjacji Dawida. Kazał wszystkim rozebrać się do naga, po czym chodził wokół, oglądając ich ciała. „Nie wiem, czy tamte dzieci zabierał też na górę pojedynczo, w każdym razie mnie brał już później tylko razem z nimi” – wspomina Dawid;
# Po jakimś czasie poprzeczka zawisła nieco wyżej: „My z Kamilem musieliśmy się onanizować, a ta dziewczynka stała nago obok nas. Ksiądz nie rozbierał się, tylko wkładał sobie rękę w spodnie. Wyraźnie było widać, że robi to samo co my, tylko bez rozbierania”;
# Następnie dzieciaki zaliczyły egzamin z dotykania przez wielebnego ich narządów płciowych i gdy całkiem już oswoiły się z jego upodobaniami: „Kazał nam uprawiać seks z tą dziewczynką. Ona kładła się na podłodze na naszych ubraniach, a ksiądz tłumaczył i pokazywał, jak mamy to robić i jakie wydawać odgłosy.

To nie było wszystko, ale doprawdy nie sposób cytować dalszych, nazbyt już drastycznych szczegółów relacji Dawida, który twierdzi, że w orgiach seksualnych na poddaszu świątyni w Blachowni przestał uczestniczyć dopiero jesienią 2006 r. Rozpoczął wówczas naukę w liceum i nie miał czasu, żeby służyć do mszy w środku tygodnia. W niedziele zaś bywał w kościele zawsze w towarzystwie najbliższych, co skutecznie uniemożliwiało księdzu zatrzymanie ministranta na „zajęcia dodatkowe”…

– Ten sk…n nie odpuszczał wnuczkowi i nie dawał mu spokoju. Do samego końca przyjeżdżał tu pod dom samochodem i czekał, żeby go gdzieś ze sobą zabrać. No i czasem zabierał… – żali się nam Genowefa G., babcia Dawida.

###

Podejrzanemu wolno kłamać, bo takie jest jego zbójeckie prawo. Czy Dawid z niego korzysta?

– W tej sprawie muszą przede wszystkim wypowiedzieć się biegli z zakresu psychiatrii i seksuologii. Budzi wszakże pewien niepokój fakt, że obyczajowe tło kontaktów księdza z podejrzanym jest dosyć niemrawo – jak wynika z akt – weryfikowane. Widać to wyraźnie po sposobie prowadzenia przesłuchań, ich powierzchowności bądź wręcz ucieczki od zadawania dalszych pytań, gdy wyjaśnienia stają się nazbyt obsceniczne. Obawiam się, że w tym śledztwie nikt nie będzie szukał tła pedofilskiego ani też ofiar przestępstw seksualnych z prawdopodobnym, w świetle wyjaśnień podejrzanego Dawida M., udziałem zabitego księdza – zauważa nasz rozmówca.

– Może nie tyle kłamie, co ukrywa niektóre szczególnie wstydliwe dla niego fakty. Jego seksualny cicerone tak bardzo go od siebie uzależnił emocjonalnie, że chłopak nie umiał wyzwolić się z tego związku. Tymczasem, w miarę jak Dawid doroślał, jego partner kokietował i przygotowywał sobie do seksu kolejne dzieci. Dawida zżerały zazdrość i traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa – dodaje policjant ze specjalnej grupy operacyjno-śledczej, działającej przez kilka dni na terenie Blachowni.

A skąd wzięło się oficjalne twierdzenie prokuratury o zaplanowaniu zabójstwa?

„Od czerwca 2008 r. w ogóle przestałem chodzić do kościoła, ale gdy 12 sierpnia byłem na cmentarzu posprzątać grób dziadka, spotkałem przypadkowo księdza i on bardzo prosił, żebym wrócił do posługiwania mu przy mszach. Zgodziłem się. Coś we mnie pękło 18 sierpnia, kiedy to podczas odprawiania mszy ksiądz nawiązał do naszych wspólnych świństw. Patrzył mi prosto w oczy i mówił o mediach walczących z Kościołem wywlekaniem rzekomych przestępstw seksualnych popełnianych przez kapłanów. Postanowiłem dać mu nauczkę za całą naszą skrzywdzoną trójkę” – zeznał Dawid M.

Chłopak nie miał jednak pomysłu, jak to wykonać. We wtorek 19 sierpnia znowu był na cmentarzu, po czym wszedł do kościoła, żeby się pomodlić. Zobaczył w stojaku flagi
papieskie na solidnych drewnianych kijach. Doznał wówczas olśnienia: „Postanowiłem, że nazajutrz zaczaję się na księdza w jego mieszkaniu i jednym z tych kijów ogłuszę go,
a następnie przywiążę za ręce do podpory dachu, żeby powisiał tam trochę do czasu, aż go ktoś odnajdzie, i zrozumiał, co czuje człowiek, któremu bliźni zadaje cierpienie”.

###

Fatalnego 20 sierpnia Dawid przez pół dnia włóczył się bez celu po Częstochowie. Po powrocie do Blachowni zapakował do torby kominiarkę, zapasowe spodnie i taśmę klejącą. Coś go podkusiło, żeby zabrać też ze sobą kupiony kilka miesięcy wcześniej nóż…

Cierpliwie czekał w pobliżu kościoła, aż ks. Wojciech T. odprawi wieczorną mszę i skończą swoją próbę chórzyści. Zakradł się do środka świątyni. Ze stojaka wziął kij od papieskiej flagi i gdy proboszcz był zaabsorbowany zamykaniem garażu, Dawid wkradł się do jego mieszkania. Nie błądził, wszak bywał tam wielokrotnie. Schował się w sypialni. Gdy proboszcz wszedł, usiłował zaatakować go kijem. Nie trafił, zaczęli się szamotać. Ksiądz był silniejszy i wyrwał kij Dawidowi. Przeszedł do kontrataku. Chłopak wydobył z pochwy nóż i zaczął nim na oślep wymachiwać. Trafił raz, potem jeszcze kilka…

Wpadł w panikę. Miotał się po mieszkaniu, coś przewracał, coś wyrzucał z szuflad. Wybiegł głównym wyjściem na zewnątrz, zobaczył kogoś na cmentarzu. Wrócił do mieszkania ofiary. Chwycił klucze od zakrystii, żeby niepostrzeżenie wydostać się tamtędy z kościoła. Na biurku zobaczył plik banknotów. Schował je do kieszeni i znowu wrócił na dół. Ukrył się w zakrystii i po kilku minutach wyszedł przez okno na tyły kościoła. Uciekł do lasu. Tam wyrzucił zakrwawioną kurtkę i spodnie, a kilkaset metrów dalej nóż. Po powrocie do domu spalił pozostałe rzeczy. Pieniądze zatrzymał. Po trzech dniach przyszła po niego policja…

[2008] FaktyiMity.pl Nr 36(444)/2008

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: