FiM – Życie seksualne dzikich

Pedofilia, molestowanie, gwałty… Czy kiedyś doczekamy czasów, że Kościół polsko-watykański oczyści się z kryminalistów…?

Ksiądz Krzysztof i ksiądz Mariusz są zakonnikami. Należą do zgromadzenia o zasięgu światowym, mającego w Warszawie swoje władze prowincjalne nowicjat i seminarium duchowne oraz prowadzącego w naszym kraju kilkanaście parafii tudzież rozmaitych ośrodków pomocy bądź opieki.

– Ten zakon kształci swoich ludzi na zasadzie: ty będziesz katechetą i specem od młodzieży, ty będziesz proboszczem, a ty będziesz pracował w schronisku dla bezdomnych – mówi nam świecki pracownik jednego z ośrodków.

Zarówno ks. Krzysztof, jak i ks. Mariusz zostali wyspecjalizowani do pracy z młodzieżą i zajmują się tym, choć władzom zakonnym znani są ze swoich upodobań seksualnych do młodych chłopców…

###

Andrzej (imię zmienione) z ks. Krzysztofem po raz pierwszy zetknął się w 2003 r., gdy ten pracował na zakonnej parafii w K. – dużym mieście województwa wielkopolskiego.

– Ksiądz był bardzo miły dla każdego i od samego początku zdobył sympatię wielu osób, w tym ministrantów – wspomina Andrzej.

16-letni wówczas chłopak bardzo angażował się w życie parafii, współdziałał z ks. Krzysztofem i pomagał w organizowaniu pielgrzymek, wykonał stronę internetową grupy młodzieżowej prowadzonej przez niego do Częstochowy itp.

Duchowny odwzajemniał się fundowaniem Andrzejowi wycieczek, stawianiem (na razie) piwa i rozmaitymi innymi przyjaznymi gestami, w których początkowo nie sposób było doszukać się podtekstów seksualnych.

Wkrótce poziom nawiązanej zażyłości stał się tak wielki, że każdy nieprzyjaciel ministranta Andrzeja stawał się automatycznie wrogiem ks. Krzysztofa. Oto wobec wyraźnie okazywanej chłopcu niechęci przez ks. Grzegorza– proboszcza parafii w K. – ks. Krzysztof namówił swojego młodszego o 14 lat „kolegę” na założenie blogu internetowego, w którym wspólnie „rozsławiali proboszcza jako wielce złego człowieka” – przyznaje Andrzej.

W połowie listopada 2004 r. w jednej z parafii prowadzonych przez zakon w województwie mazowieckim zorganizowano 3-dniowy ministrancki turniej halowej piłki nożnej. Andrzej – wówczas uczeń III klasy liceum – pojechał na zawody jako członek reprezentacji ministrantów starszych swojej parafii.

– Osoby, które tam pojechały, musiały spać u miejscowych, ponieważ nie było możliwości zapewnienia noclegu dla wszystkich w jednym miejscu – relacjonuje Andrzej.

Jego zabrał ze sobą ksiądz Krzysztof…

Pierwszy wieczór minął spokojnie, bo pod tym samym dachem spała zaprzyjaźniona z zakonnikiem rodzina. Druga noc wyglądała już całkiem inaczej, bo – jak relacjonuje Andrzej – ks. Krzysztof „rzucił się” na niego, zaczął go tam „łaskotać i dziwnie się zachowywać”. 

Chłopak bronił się, napastnik dał spokój. Ponownie spróbował po miesiącu, kiedy to – odwiedziwszy Andrzeja w domu – obalił go na kanapę, usiadł nań okrakiem i zaczął całkiem dwuznacznie ocierać się, rezygnując z podniety dopiero wówczas, gdy ofiara zareagowała krzykiem.

„Młody, ja cię kocham!” – tłumaczył swoje zachowanie ks. Krzysztof.

Niezrażony tym Andrzej w dalszym ciągu prowadził stronę internetową grupy pielgrzymkowej i często odwiedzał ks. Krzysztofa, aby przedyskutować „bieżące kwestie organizacyjne”:

– Zazwyczaj spotkania te odbywały się za dosłownie zamkniętymi drzwiami. Na większości z nich pojawiał się alkohol.

Ksiądz co rusz usiłował się o niego ocierać i przytulać, siadać na kolanach, a któregoś razu młodzieńcowi cierpiącemu na ból kręgosłupa zaproponował masaż. Andrzej tak to dzisiaj wspomina:

– W trakcie masażu poradził mi: „Młody, rozepnij pasek i opuść trochę te spodnie, będzie mi wygodniej, a tobie lepiej”.

Gdy zażądał od siedzącego mu na plecach i wiercącego się wielebnego, żeby natychmiast stamtąd zlazł, usłyszał zdyszane: „No, młody, proszę, jeszcze trochę…, proszę…, aaa…”.

Andrzej nie mógł dłużej znieść homoseksualnych zapędów swojego – jak mniemał – przyjaciela i wkrótce zerwał wszelkie z nim kontakty.

Okazało się wówczas, że księdzu Krzysztofowi miłość całkiem rozum odebrała, bowiem zaczął rozpowiadać po parafii bardzo brzydkie rzeczy o byłym ministrancie. Gdy ten zwierzył się z kłopotów swoim bogobojnym rodzicom, wybitny kapłan i wychowawca młodzieży nagle zniknął z K. Odnaleźliśmy go w Warszawie, gdzie w dalszym ciągu sprawuje opiekę nad ministrantami…

###

Ksiądz Mariusz (fot. poniżej) ma znacznie więcej „za uszami”, bo skompromitował się na posadzie dyrektora zakonnego ośrodka, gdzie uczy się i mieszka kilkudziesięciu chłopców zaliczanych do tzw. trudnych dzieci.

– Od początku, czyli już od wyświęcenia, było wiadomo, że zostanie specem od młodzieży. Najpierw prowadził oazy, grupę powołaniową, aż wreszcie dali go na dyrektora ośrodka w (…). A ten co był tam wcześniej dyrektorem, poszedł na rektora seminarium duchownego do (…), bo miał doktorat – mówi „FiM” świecki pedagog, uczący w niepublicznej szkole podstawowej, funkcjonującej przy rzeczonym ośrodku.

Po niespełna dwóch latach ks. Mariusz został nagle odwołany z funkcji i w trybie ekspresowym wysłany przez zakon „na leczenie do Włoch”.

– Chodziło o to, że ksiądz dyrektor sypiał z niektórymi wychowankami w jednym łóżku i jedną ręką ich obmacywał, a drugą się onanizował… Było na niego wiele skarg, ale prowincjał nie reagował. Krążyły pogłoski, że sam z podobnych okazji korzysta… Dopiero gdy na jednej z zakonnych stron internetowych pojawiły się wpisy na ten temat, nawiasem mówiąc natychmiast usuwane przez administratora strony, ksiądz Mariusz został odwołany, a tego, co go na rektora dali, z powrotem przywrócili do kierowania ośrodkiem – ujawnia pedagog.

Ks. Mariusz wrócił niedawno z Włoch. Po krótkiej aklimatyzacji w diecezji włocławskiej został przed kilkoma dniami przeniesiony bliżej centrali, do parafii w mieście W., gdzie mieści się reprezentacyjna placówka zakonu.

– Objął obowiązki po księdzu Tomaszu (…), a zatem będzie katechetą, opiekunem ministrantów i być może opiekunem grupy sportowców, bo w tamtej parafii są przede wszystkim chłopcy grający w piłkę nożną lub koszykówkę – twierdzi nasz informator, uważnie śledzący rozwój zakonnej kariery ks. Mariusza.

###

A teraz – dla odprężenia – historia księdza Grzegorza (fot. powyżej) z archidiecezji wrocławskiej. Do połowy 2004 r. ten 39-letni wówczas kapłan zdawał się być dzieckiem szczęścia: godność kanonika, probostwo dużej parafii we Wrocławiu, funkcja dyrektora administracyjnego metropolitalnego seminarium duchownego… – no po prostu pewniak do sakry biskupiej.

Wieczorem 18 sierpnia owego pamiętnego dla ks. Grzegorza roku 2004 bankietował on wraz z kolegą po fachu w jednej z wrocławskich knajp. Po wyjściu z lokalu zaproponował seks przypadkowo spotkanej i lekko nietrzeźwej 51-letniej kobiecie. Ta nieco dworowała sobie z możliwości fizycznych mocno już pijanego ks. Grzegorza, co bardzo, ale to bardzo go ubodło. Tak bardzo, że po wylądowaniu w łóżku nie ustawał nawet wtedy, gdy już błagała o litość. W pewnym momencie kobiecie udało się uciec w negliżu z mieszkania kapłana, zabierając na pamiątkę jego dowód osobisty. Miała nieco zachwianą orientację, więc – klucząc po kurialnym kompleksie – wylądowała w ogrodzie zakonnic sąsiadujących z garsonierą ks. Grzegorza. Schowana w krzakach przeczekała tam do rana, a gdy po otwarciu bramy ogrodu odzyskała wreszcie wolność, popędziła niezwłocznie na policję, zgłaszając brutalny gwałt…

W tym czasie ks. Grzegorz doprowadził do porządku seksualne pobojowisko (ale, niestety, nie oddał zakonnicom do wyprania pościeli noszącej liczne ślady nocnych zmagań…) i niemiłosiernie skacowany poszedł do roboty.

Pod wieczór do drzwi kapłana zastukali funkcjonariusze. Zabezpieczyli ukryte w koszu z „brudami” dowody (pościel) i zabrali podejrzanego na komisariat, żeby przedstawić mu zarzuty. Zeznał tam, że nic a nic nie pamięta, bo… rano obudził się na przydomowym trawniku, a jego mieszkanie było otwarte.

Po przesłuchaniu ks. Grzegorz został zwolniony i przystąpił do pertraktacji ze zgwałconą kobietą. Ktoś zapyta: jakim cudem zdobył jej adres? To jest bardzo dobre pytanie, na które wrocławska policja nie udziela odpowiedzi…

Sprawę zatuszowało 20 tys. zł, które pokrzywdzona przyjęła w zamian za wycofanie się z zeznań obciążających duchownego. I już się wydawało, że ks. Grzegorzowi nawet jeden włosek z głowy nie spadnie, a tu po umorzeniu śledztwa policjanci popełnili straszny błąd, odsyłając zabezpieczone dowody rzeczowe na adres… kurii.

– Ksiądz arcybiskup Marian Gołębiewski dostał tę paczkę na biurko i o mało nie oszalał na widok skrwawionego i zaplamionego innymi śladami prześcieradła – śmieje się nasz informator z otoczenia metropolity wrocławskiego.

W listopadzie 2004 r. ks. Grzegorz został zdegradowany przez arcybiskupa do podrzędnej roli wiejskiego proboszcza w O. Człowiek zachował jednak stare układy w kurii i załatwił sobie niedawno przeniesienie do innej, bardziej dochodowej placówki. Pech chciał, że wybuchła przy okazji owej zamiany okropna awantura, bo wierni nie chcieli puścić „starego” proboszcza i nawet w telewizji buntowali się przeciwko zamianie księży.

Kuria przytomnie wzięła na wstrzymanie z obawy, że ktoś sobie przypomni skandal sprzed 3 lat. Ks. Grzegorz pozostał więc na razie w rezerwie kadrowej, ale drzwi do dalszej kariery arcybiskup pozostawił mu już otwarte…

[2007] FaktyiMity.pl 33(389)/2007

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: