FiM – Homofratrzy

Czystka u bonifratrów. Wylatują gaduły, które nie potrafią utrzymać języka za zębami. I w ogóle niczego tam nie potrafią utrzymać.


Praca w szpitalach, domach opieki, a zwłaszcza ziołolecznictwo to „znak firmowy” bonifratrów, czyli katolickich duchownych z Zakonu Szpitalnego św. Jana Bożego. „Do naszego Zakonu przyjmujemy młodzieńców w wieku od 18 lat, którzy pragną uświęcić siebie, służąc Bogu w drugim człowieku, a szczególnie w chorym, cierpiącym i ubogim” – czytamy w informatorze ichniego Duszpasterstwa Powołań.

18-letni Zbigniew (fot. str. 1, z lewej) z Opola dokładnie o tym marzył, gdy z doświadczeniem ministranta i świetną opinią proboszcza wstępował w 2004 r. do tzw. postulatu, czyli pierwszej klasy zakonnej „szkoły przetrwania” w Prudniku. Tam miał się przekonać, czy wybrał właściwie, zaś przełożeni (Kuria Prowincjalna oo. Bonifratrów we Wrocławiu) – czy chłopak im się nadaje. Dwa razy „tak” dawało promocję do klasy następnej: dwuletniego nowicjatu, którego pomyślne zaliczenie czyniło kandydata bonifratrem pełną gębą.

Zbyszek nie dotrwał do końca nowicjatu. Zaczęli mieć na niego oko, gdy kategorycznie przeciwstawił się próbom molestowania seksualnego przez chutliwych współbraci. Przepadł z kretesem na egzaminie z dyskrecji w sprawie panującej w klasztorze rozwiązłości seksualnej niektórych zakonników…

– Już pierwsze tygodnie w Prudniku były dla mnie szokujące – rozpoczyna swą opowieść Zbyszek. – Seks okazał się głównym tematem wykładów prowadzonych przez mistrza postulatu, ojca Kazimierza Wąsika, naszego przełożonego, będącego też przeorem klasztoru. Zamiast uczyć się reguł życia zakonnego oraz zasad liturgii, czytaliśmy na głos Kamasutrę i książki o podobnej tematyce, całymi godzinami analizując później zjawisko orgazmu u kobiety. Nic to jednak wobec wszystkiego, co działo się pod skrzydłami naszego prowincjała, brata Karola Siembaba, a czego byłem świadkiem we Wrocławiu. Najpierw podczas dwumiesięcznych rekolekcji, na które pojechaliśmy w październiku 2004 roku, a później – w czerwcu 2005 roku – podczas kilkudniowych uroczystości związanych z przyjęciem do nowicjatu i przywdzianiem po raz pierwszy sutanny…

Na imieninach brata Mateusza chłopak siedział przy stole obok brata Donata (imiona zmienione). Gdy alkohol uderzył Donatowi w tętnicę, Zbyszek poczuł na kolanie jego rękę:

– Zaczął przesuwać łapę coraz wyżej, więc się odsunąłem. Ale on po chwili spróbował ponownie i od razu złapał mnie za przyrodzenie. Odszedłem od stołu, bo nie wiedziałem, jak się zachować, a towarzystwo w ogóle nie zwracało uwagi na zaloty śliniącego się Donata. Szczęśliwie zaryglowałem na noc drzwi, bo ktoś próbował wejść do sypialni. Podczas kolejnych nocy kilkakrotnie budziło mnie kołatanie, choć przebywanie zakonników w cudzym pokoju było kategorycznie zakazane. Teoretycznie…

A w praktyce?

– Gdy brata Mateusza odwiedzał pewien seminarzysta od klaretynów (we Wrocławiu mieści się Dom Formacyjny Misjonarzy Klaretynów – dop. red.), który czasem zostawał też na noc, wówczas prowincjał ze śmiechem mówił, żeby tym dwóm „nie przeszkadzać w zabawie”. Słynny w Polsce zielarz ojciec Jan Grande-Majewski, który bardzo się mną we Wrocławiu opiekował i nawet podarował na obłóczyny sutannę, skarżył mi się, że w pokoju, gdzie przyjmuje pacjentów, zastał kiedyś dwóch braci podczas uprawiania seksu.

Zbyszek opowiada dalej: – Podczas spaceru na własne oczy widziałem brata Anzelma (imię zmienione) wychodzącego ze znanego we Wrocławiu klubu gejowskiego „H2O”, potem tego samego zakonnika wymykającego się nocą w negliżu z sypialni wspomnianego Donata, a następnie całującego się z Mateuszem w klasztornym magazynku z żywnością…

Po powrocie do Prudnika chłopak opowiadał o swoich wrażeniach z pobytu w centrali śląskiej prowincji bonifratrów ojcu Łukaszowi Chruszczowi – mistrzowi nowicjatu.

– To wspaniały kapłan, wielkiego serca, rozumu i wiary. Wiem, że przedstawił Rzymowi dramatyczną sytuację w zakonie. Ojciec generał Pascual Piles Ferrando dowiedział się o rozwiązłości bonifratrów również od sprzątającej w klasztorze pani Marty G., siostry profesora filozofii od franciszkanów. Ta wielce oddana Kościołowi kobieta wielokrotnie zwracała prowincjałowi uwagę na niemoralność moich współbraci, aż wreszcie wiosną 2005 roku opisała generałowi przejawy „publicznego praktykowania homoseksualizmu” przez brata Mateuszem i tolerowanie tych zachowań przez przełożonego. Krótko później została zwolniona z pracy, a prowincjał rozpoczął polowanie na pozostałych świadków. Eksmitowani zostali z Wrocławia o. Romuald Wróbel, cysters pełniący obowiązki kapelana w szpitalu należącym do bonifratrów, a 26 września 2005 r. opuścił klasztor (na żądanie prowincjała) 70-letni o. Jan Grande-Majewski.

Trzy dni później Zbyszek został wezwany przed oblicze brata Karola Siembaba…

„Rozmowa rozpoczęła się o godz. 11.50. Jej pretekstem był nieprawdziwy zarzut posiadania przeze mnie – wbrew obowiązującym w zakonie regułom – telefonu komórkowego. Wyjaśniłem tę kwestię, po czym o. Karol zadzwonił do mojej mamy, ażeby się upewnić, czy mówię prawdę. Zostałem następnie zapytany: »Co w Prudniku wiecie na temat Wrocławia?«. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że brat Mateusz sprowadza księdza klaretyna i sypia z nim(…). Że bracia z Wrocławia uprawiają między sobą seks i chodzą do domów publicznych dla homoseksualistów, co sam na własne oczy widziałem”… – czytamy w oświadczeniu, którego oryginał Zbyszek przesłał 29 września 2005 r. na ręce nuncjusza apostolskiego w Polsce, arcybiskupa Józefa Kowalczyka (dokument tej samej treści otrzymał generał bonifratrów o. Pascual Piles Ferrando. Żaden z hierarchów nie udzielił dotychczas odpowiedzi na skargę oraz nie zainteresował się propozycją złożenia wyczerpujących zeznań w sprawie obyczajów panujących wśród wrocławskich bonifratrów).

– Na zakończenie rozmowy prowincjał oznajmił, że wydala mnie z zakonu, bo… spiskowałem przeciwko niemu wraz z mistrzem nowicjatu bratem Łukaszem. Zażądał, abym natychmiast zdjął sutannę, rzucił mi 500 złotych na „nową drogę życia”, oddał część dokumentów i kazał opuścić klasztor w Prudniku – relacjonuje młodzieniec.

Jego matka, Alicja, dodaje:

– Walczyliśmy później bezskutecznie o ten habit, bo to przecież pamiątka. Został zakupiony z prywatnych funduszy ojca Grandego, a prowincjał twierdził, że strój jest własnością zakonu i odmówił zwrotu. Zażądałam też uzasadnienia powodu usunięcia syna z nowicjatu, gdyż syn starał się o przyjęcie do Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego w Puszczykowie koło Poznania, ale odmówili mu ze względu na jakąś tajemniczą „bardzo złą opinię”, do której nie mieliśmy wglądu.

„Kilka razy prosiłam pisemnie O. Karola Siembaba o uzasadnienie powodu usunięcia mojego syna z zakonu, jednakże do tej pory nie uzyskałam wyjaśnienia. Uważam, że mój syn ma powołanie do życia zakonnego i jego niemiłe doświadczenia z homoseksualistami w klasztorze oo. Bonifratrów we Wrocławiu powinny pójść w zapomnienie”…– napisała kobieta 10 stycznia 2006 r. do generała zakonu, przesyłając dokument „do wiadomości” nuncjusza oraz abpa Alfonsa Nossola, ordynariusza opolskiego. I znowu brak reakcji!

A tymczasem w Prudniku… Mówi kolejny były mnich, brat Adam (imię – na jego prośbę – zostało zmienione): – Zostałem usunięty z zakonu 3 stycznia 2006 roku. Brat Siembab wezwał mnie do Wrocławia i w obecności ojca Wąsika oznajmił, że to już koniec. Dlaczego? – „Nie muszę ci mówić, ale skoro się upierasz, to po prostu byłeś niegrzeczny wobec prowincjała”, odpowiedział. Po dwóch latach żarliwej służby rzucił mi, jak prostytutce za przysługę, 1000 złotych na drogę i kazał się wynosić. A tak naprawdę poszło o to, że odmówiłem podpisania oświadczenia, że w zakonie wszystko gra jak w zegarku i nie dochodzi do żadnych ekscesów homoseksualnych. Gdy skandal zaczął nabierać rozgłosu, Siembab wymuszał na wszystkich takie deklaracje. Nie podpisałem, bo przecież musiałbym skłamać.

Adam w okresie nowicjatu prowadził – w ramach swojej formacji duchowej i na polecenie mistrza (o. Łukasza) – dziennik, w którym miał obowiązek notować naganne, jego zdaniem, zachowania współbraci. Sięga do najświeższych zapisków:

„5 października 2005 r.: brat Maksymiusz (imię zmienione – dop. red.) łapał mnie dzisiaj za krocze, ponawiając wcześniejszą propozycję stosunku seksualnego (…). 16 grudnia 2005 r.: brat Maksymiusz namawiał mnie, żebym mu zrobił »masaż pałki«. Dzisiaj znowu przebrał się i paradował po klasztorze w kobiecych ciuszkach”… Pomińmy notatki z wcześniejszych zdarzeń, bo trudno doprawdy znaleźć jakieś nieobsceniczne.

Jak przedstawioną sytuację oceniają bonifratrzy z zakonnego „świecznika”?

– Nic nie wiem i nie udzielam żadnych informacji. Proszę się zwrócić do kurii prowincjalnej. Szczęść Boże! – odpowiedział nam o. Kazimierz Wąsik, przeor klasztoru w Prudniku.

– A co was tam, w Łodzi, interesują bonifratrzy z Wrocławia? – zdumiał się prowincjał o. Karol Siembab.

Gdy wreszcie zdołaliśmy mu wytłumaczyć, rzekł:

– Nie będę uzasadniał decyzji personalnych, gdyż usunięcie z zakonu na etapie nowicjatu należy do mojej swobodnej oceny. Problemy obyczajowe, molestowanie? Nic o tym nie wiem. Gdzie można znaleźć ojca Grandego? Nigdzie go nie znajdziecie, a poza tym zakazałem mu udzielania wywiadów, więc z pewnością nic wam nie powie. A kto mógłby? Mój rzecznik prasowy. Czyli? No, właściwie to ja, ale zastanowię się dopiero wtedy, gdy zwrócicie się do mnie z pytaniami na piśmie.

Zwróciliśmy się oczywiście, bo jakże nie zadać pytań, które cisną się na usta po wysłuchaniu zwierzeń dwóch młodych ludzi, którzy zafascynowani bonifraterskim ziołolecznictwem, dotarli do krateru..

[2006] FaktyiMity.pl Nr 4(308)/2006

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: