FiM – Tajemnica plebanii

Przez kilkanaście lat rodzice 17-letniego Marka nie mogli rozwikłać tajemnicy jego samobójczej śmierci. Dopiero gdy wybuchła sprawa abpa Paetza i zaczęto głośno mówić o seksualnych wyczynach księży, udało się im poskładać wszystkie fakty i rozwikłać zagadkę. Teraz są pewni w stu procentach, że powodem śmierci ich syna był ksiądz Jan K.

Chyba już nigdy nie dowiemy się, co tamtego styczniowego dnia przeżył Marek K., uczeń wieluńskiego liceum ogólnokształcącego. Jeszcze kilka dni wcześniej był wesoły i przygotowywał się do studniówki, na którą zaprosiła go starsza koleżanka. 4 stycznia 1987 r. wydarzyło się jednak coś, co całkowicie zmieniło jego plany. Z nieznanych powodów zażył sporo tabletek, które prawdopodobnie zapisał mu miejscowy lekarz, następnie podciął sobie żyły i wyskoczył z okna mieszkania księdza Jana K. na poddaszu kościoła w samym centrum Wielunia (zdjęcie obok). Żył jeszcze następnego dnia, ale przytomności nie odzyskał. Pochowano go na cmentarzu w rodzinnej Przystajni.

Dziwna przemiana

– Syn był ministrantem. Gdy miał 11 lat, zainteresował się nim ksiądz Jan K. Coraz częściej zaczął pojawiać się w naszym domu, co mnie trochę dziwiło i nawet myślałem, że może spodobała mu się moja żona. Okazało się jednak, iż chodziło o Marka. Ksiądz pomógł mu dostać się do ogólniaka w Wieluniu, dokąd sam został przeniesiony z naszej parafii. Zabierał syna na wycieczki, a nawet na wczasy, z których przysyłał pozdrowienia (skan poniżej). Nie zastanawiało mnie to wtedy, bo nie dopuszczałem nawet myśli, że za tym wszystkim może się kryć coś złego – mówi ojciec Marka, Andrzej K.

Marek był już w trzeciej klasie liceum. Uczył się nie najgorzej, był koleżeński, życzliwy i wesoły, z pozoru otwarty, ale jednocześnie tajemniczy.

– Chodził własnymi drogami, nie zwierzał się z kłopotów – wspomina Mariusz, jeden z jego licealnych kolegów. – Pamiętam, że w drugiej klasie zszokowało nas odkrycie, że nie mieszka na stancji, jak opowiadał, lecz na plebanii u księdza. Pamiętam, że przed tym ostatnim sylwestrem powiedział, iż jedzie do domu, tymczasem nowy rok witał właśnie na plebanii.

Jak wspomina najserdeczniejszy kolega Marka,  Przemek Chmielewski, jeszcze w pierwszej klasie chłopak zachowywał się zupełnie normalnie. Był uśmiechnięty, pogodny, chętnie grał w siatkówkę, miał duży talent muzyczny. W drugiej klasie z Markiem zaczęło się jednak dziać coś dziwnego.

– Nie mieszkał już w internacie, wynajął sobie stancję, ale to on odwiedzał nas w naszych mieszkaniach, nigdy nas nie zapraszał do siebie, tłumacząc, że mieszka ze starszą panią, która ceni sobie spokój.

– Na studniówkę zaprosiła go blondyneczka z maturalnej klasy – wspomina Mariusz. – Cieszył się z tego powodu. Dlatego ta nagła śmierć tak nas zaskoczyła i była tak niezrozumiała.

Potrójne samobójstwo

Jeszcze o godzinie 19 Marek spotkał swojego kolegę Sylwka. Zachowywał się normalnie. Dwie godziny później popełnił potrójne samobójstwo. Gdy ks. Jan K., znalazł pod murem nieprzytomnego chłopaka, wezwał pogotowie i zawiadomił jego rodziców.

Czy tego wieczoru wydarzyło się coś, co załamało Marka? Może dowiedział się o czymś. A może nie mógł sobie poradzić z problemami ponad jego siły?

Jedną z ostatnich osób, z którą zetknął się chłopiec, był wieluński lekarz Włodzimierz S. Jak zeznał w trakcie śledztwa, owego feralnego dnia Marek odwiedził go. Narzekał na problemy z nauką, nie mógł pogodzić się z warunkami panującymi w internacie. Otrzymał receptę na witaminy i leki uspokajające. Choć tragedia Marka wstrząsnęła wówczas Wieluniem, dziwnym trafem Włodzimierz S. nic nie pamięta o tamtym zdarzeniu. – Nie sądzę, bym kiedykolwiek mógł sobie przypomnieć coś na ten temat – mówi reporterowi „FiM”.

Nieco światła na sprawę mogła rzucić sekcja zwłok, ale dziwnym trafem nie przeprowadzono jej. Doszło też do innych karygodnych zaniedbań. Dopuszczono np. do tego, że pierwszą osobą, która weszła do mieszkania, z którego wyskoczył Marek, był właśnie jego opiekun. Mógł przecież zabrać na przykład list Marka, mógł też zatrzeć niewygodne dla siebie ślady.

Śmierć syna dla jego rodziców była ciosem, po którym do dziś nie mogą dojść do siebie, choć minęło już piętnaście lat. Milicjanci nie mieli odwagi zadawać kłopotliwych pytań lub podważyć oficjalnej księżowskiej wersji zdarzeń! W niewielkim Wieluniu ksiądz jest panem i władcą. Również prokurator nie zawracał sobie głowy wątpliwościami i umorzył sprawę.

Odium śmierci

Dla ojca Marka sprawa jest dziś całkowicie jasna. Chłopak zawierzył swojemu opiekunowi, który okazał się draniem. Dopiero teraz w zupełnie innym świetle jawi mu się owa nadopiekuńczość księdza, jego wycieczki z Markiem, zamieszkanie syna u kapłana, a także uwagi ludzi, którzy mówili, że to się kiedyś źle skończy. Syna i kapłana nie łączyła zwyczajna znajomość i zwyczajna przyjaźń. Zdaniem rodziców, ksiądz Jan niczym poznański arcybiskup zniewolił chłopaka i przez wiele lat wykorzystywał go. Być może w pewnej chwili Marek zorientował się, że coś jest nie tak. Może punktem zwrotnym była owa studniówka i dziewczyna. A może doszło do jakiegoś ostrego konfliktu z księdzem. Jedno jest pewne – chłopak nie potrafił poradzić sobie ze swoimi problemami i wybrał rozwiązanie najgorsze.

Po śmierci Marka ksiądz demonstrował wielki żal. „Dlaczego mi to zrobiłeś!” – rozpaczał na kolanach. Jeszcze przez jakiś czas utrzymywał kontakty z rodzicami chłopaka, potem je gwałtownie przerwał i zniknął na wiele lat. Usiłowaliśmy go odnaleźć, by porozmawiać o Marku, ich nietypowej przyjaźni i wyjaśnić wątpliwości.

Po długich poszukiwaniach udało się nam odnaleźć ks. Jana K. Mieszka niedaleko Praszki w woj. opolskim. O Marku i jego tajemniczej śmierci nie chciał zamienić nawet jednego zdania.

[2002] FaktyiMity.pl Nr 33(128)/2002

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: