MOGILNO – Porzucił parafię, zrzucił sutannę

Przyczyną była choroba lub jakiś inny powód. – Ludzie, którzy będą mówić o nim źle, powinni go byli zobaczyć, jak wyglądał, gdy odchodził. Kiedy się tutaj ze mną żegnał. To był wielki dramat człowieka, a płakał przy tym niesamowicie – mówi ks. Otton Szymków.

Parafia pw. św. Marii Magdaleny w Kwieciszewie nie ma szczęścia do proboszczów. W 2003 r. parafianie chcieli wywieźć na taczkach księdza Józefa Wędzikowskiego, po tym jak uderzył dziecko w kościele i zdaniem parafian nie pracował dla dobra parafii. W końcu po wielu protestach udało im się zmienić proboszcza.

Po ks. Wędzikowskim proboszczem w Kwieciszewie został ks. Jarosław Zimny, którego parafianie wręcz uwielbiali. Jednak niespodziewanie został on decyzją biskupa przeniesiony na inną placówkę. Kwieciszewianie żegnali go z żalem i wielkim płaczem.

Szok dla parafian

26 lipca 2009 r. podczas uroczystej mszy św. na urząd proboszcza w Kwieciszewie wprowadzony został rodowity mogilnianin ks. Robert Goździcki.

Niespodziewanie, po 14 miesiącach, w sobotę 2 października wieczorną mszę św. w kwieciszewskim kościele odprawił dziekan dekanatu strzeleńskiego ks. Otton Szymków. Poinformował wówczas parafian, iż ks. proboszcz Robert Goździcki opuścił parafię i niebawem będą mieli nowego proboszcza.

Jak ustaliliśmy, w nocy ze środy na czwartek, z 29 na 30 września wywiózł potajemnie z plebanii swoje rzeczy, a w czwartek zawiózł do ks. dziekana Ottona Szymków do Strzelna (parafia w Kwieciszewie podlega pod dekanat strzeleński) klucze.

Jako że plebania znajduje się praktycznie w samym środku wsi i tak wywożenie mebli i innych rzeczy osobistych, nie mogło ujść uwadze mieszkańców.

Momentalnie okolicę obiegła informacja o tym, iż ks. Robert Goździcki nie tylko opuścił parafię, ale również stan kapłański. Od razu pojawiły się przeróżne informacje i plotki na temat powodu opuszczenia przez ks. Roberta parafii i kapłaństwa.

Do redakcji dzwonili parafianie, którzy pytali, czy nie wiemy co kierowało księdzem, że porzucił parafię oraz stan kapłański.

– Co mogło się stać? Może prawdą jest, że urodziło się mu dziecko i nie wytrzymał psychicznie tej sytuacji? Bo niby dlaczego zrzuciłby sutannę? – pytali parafianie. Plotki i opowiadane różne historie o przyczynach tak nagłego odejścia księdza są głównym tematem rozmów mieszkańców całego powiatu i okolicznych dekanatów.

– Przecież nie było nam ze sobą źle. Miał swoje zasady, ale szanował każdego. Najbardziej jesteśmy zbulwersowani sposobem, w jaki nas opuścił – powiedziała jedna z mieszkanek Kwieciszewa.

To były kazania

Sołtys Kwieciszewa Halina Gajewicz nie bardzo chciała rozmawiać na ten temat. Uważała, że to nie są sprawy sołeckie, a są to sprawy parafii. A parafia jej zdaniem jest bardzo duża, bo licząca blisko 1.700 osób. Nic też jej zdaniem nie wskazywało na to, iż taka sytuacja mogłaby mieć miejsce.

– Msze św. odprawiał bez zarzutu. Kazania, które wygłaszał, były wręcz wspaniałe. Wydaje mi się, że taka decyzja, aby porzucić Kościół i tym bardziej stan kapłański, nie jest podjęta w jednej chwili, ona na pewno była przemyślana. I na pewno trwało to jakiś czas. Byliśmy na mszy wieczorem w sobotę, kiedy ks. dziekan ogłosił co się stało. Byliśmy wówczas bardzo zaskoczeni – powiedziała Halina Gajewicz.

Był poważnie chory

Dziekan strzeleński ks. Otton Szymków potwierdził nam, że ks. Robert odszedł z parafii i stanu kapłańskiego. Powiedział, że ks. Roberta znał dużo wcześniej nim przyszedł do kwieciszewskiej parafii. Mówił, że znany był jako dobry kaznodzieja, wspaniały organizator i bardzo rozsądny, mądry człowiek.

– Jak przeszedł do Kwieciszewa, bardzo byłem rozradowany, bo zastąpił dobrego i wręcz wspaniałego ks. proboszcza Jarosława Zimnego. Kiedy ks. Robert przyszedł do naszego dekanatu strzeleńskiego, była to dla wszystkich księży wielka radość, ponieważ była to bardzo pozytywna postać. Był bardzo komunikatywny, radosny, chociaż wiedzieliśmy o tym, że cierpi, bo jest chory – powiedział ks. Otton Szymków.

Mówił także, iż trudno jest wejść w życie człowieka i w to wszystko, co się w nim rozegrało. Twierdził, że gdyby to lekarz porzucił swoją profesję, czy sędzia, nikt by nawet tego nie zauważył. A ksiądz jest postawiony jakby na świeczniku.

– Teraz słychać, że wszyscy najlepiej wiedzą i doskonale wiedzieli o wszystkim oraz są najlepiej poinformowani w tej sprawie. W tym miejscu będą się rodziły różnego rodzaju plotki. A tutaj nie powinno być żadnych plotek. Należy się za niego modlić. Jest to jego osobista decyzja. Chodził z nią długo i po sporych przemyśleniach zdecydował się na to, co zrobił. Na pewno nie było to dla niego łatwe. Tym bardziej, kiedy jest to życiowy dramat człowieka chorego, który doskonale zdaje sobie sprawę, jak wygląda choroba, która będzie postępowała i jak będzie wyglądało dalsze życie z taką chorobą. Może nie chciał, aby Kościół miał z nim problemy, sam się bał, że w ostateczności może spocząć na wózku. A może zostać nawet przykuty do łóżka – dodał ks. Szymków.
Ksiądz dziekan mówił także, iż księża widzą postęp różnych chorób u ludzi, do których chodzą z Najświętszym Sakramentem.

– Kto mógłby się spodziewać, że ks. Robert zachoruje i będzie miał podobny problem. A jest to jego osobisty problem i powinien on sam się z nim uporać. Bo nikt mu nie pomoże w tym stanie zdrowia. Najlepiej pomoże mu modlitwa – dodał ks. dziekan.

3 października po południu ks. dziekan spotkał się w Kwieciszewie z radą parafialną.

– Kiedy rozmawiałem z członkami rady parafialnej, widać było, że są pełni zatroskania o dobro Kościoła. Inni ludzie pasjonują się tym, co zaszło, a kto weźmie teraz w październiku różaniec i pomodli się za Kościół, a przecież to my wszyscy jesteśmy Kościołem. A jak kiedyś komuś coś tam nie wyjdzie, to wtedy jest sensacja – mówił ks. dziekan Szymków.

Potrzebna modlitwa

Ksiądz dziekan uważa, że jeżeli ks. Robert Goździcki nie mówił nic o swej chorobie parafianom, to widocznie nie chciał ich martwić. – Być może tego bardzo się bał. Pokazywał mi, że już są oznaki, a jest to choroba specyficzna i bardzo postępująca. Uważam, że jak każdy człowiek bał się tej choroby. Chciał odejść po cichu, nie chciał robić sensacji. Jest to bardzo trudne dla parafii i dla nas księży, a ludzie i tak gadać będą. Jak przyszedł do mnie, było widać, że bardzo przeżywał to odejście. Ludzie, którzy będą mówić o nim źle, powinni go byli zobaczyć, jak wyglądał, gdy odchodził, kiedy się tutaj ze mną żegnał. To był wielki dramat człowieka, a płakał przy tym niesamowicie. Obiecałem mu, że będziemy się modlić za niego – dodał ks. Otton Szymków.

Czekają na decyzja Prymasa

Jako dziekan, ks. Otton Szymków ma teraz obowiązek z urzędu zapewnić parafii normalne funkcjonowanie, więc to wydarzenie nie zakłóci pracy parafii i wszystkie msze będą odprawione. Teraz parafia czeka na decyzję prymasa o powołaniu nowego proboszcza. Zdaniem ks. dziekana, wszystkie sprawy parafii ks. Robert zostawił w jak najlepszym porządku. Intencje, zarówno te odprawione, jak i te do odprawienia, zostawił poukładane, a wszystkie pieniądze parafii są w banku. Według księdza dziekana nie zostawił żadnych długów, ani zobowiązań.

– Nie zabrał ze sobą nic więcej oprócz rzeczy osobistych – powiedział ks. Otton Szymków.

Nam nie udało się z Robertem Goździckim porozmawiać. Nie wiemy, gdzie może teraz przebywać.

[2010] GazetyLokalne.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: