FiM – Wielebni cudzołożnicy

Proboszcz spod Myślenic zarządza posiadłością wykorzystywaną przez grupę zaufanych księży jako dyskretny dom schadzek…

Mieliśmy kiedyś w „FiM” żelazną zasadę, że księżom pod kołdry nie zaglądamy, a jeśli już, to wyłącznie dla kontroli (mając świadomość skali pedofilii wśród kleru), czy aby nie ma tam przypadkiem dzieciaka. Z tego też powodu odkładaliśmy ad acta setki napływających do redakcji sygnałów o wielebnych żyjących ze swoimi gosposiami niczym mąż z żoną bądź pozostających w związkach z innymi mężczyznami, a gdy czasem pokazywaliśmy owe zjawiska, to wyłącznie w kategoriach socjologicznych i starannie unikając personaliów. Do modyfikacji zasad zmusza nas fakt, że duchowni katoliccy coraz chętniej gustują w kobietach zamężnych i wykorzystując ich odurzenie religijne, bezceremonialnie rozwalają przykładne rodziny, a zdarza się też, że czynią dzieci sierotami…

Ksiądz Aleksander jest proboszczem parafii w archidiecezji krakowskiej. Na poprzednich placówkach zbyt długo miejsca nie zagrzewał, każdorazowo wynosząc się z nich w atmosferze skandalu.

– Nigdy jednak nie spotkała go jakaś większa krzywda, bo ma bardzo silne poparcie naszego biskupa Jana Szkodonia (sufragan archidiecezji krakowskiej – dop. red.). Uratował skórę nawet wówczas, gdy złapany na gorącym uczynku przez parafianina, któremu w jego własnym domu przyprawiał rogi, musiał w nocy uciekać z parafii w G. – wspomina kolega ks. Aleksandra.

Pleban ma od kilkunastu lat stałą gosposię Annę, a z nią dorosłą już córkę. Wybudował im piękny dom w C., skąd Anna przyjeżdża do parafii na cztery dni w tygodniu, zaś od niedzieli do wtorku przebywa z reguły u siebie. Ten ustalony rytm pozwala mu na swobodne zagospodarowanie wolnego czasu. Najchętniej spędza go w towarzystwie pań swawolnych…

Katarzyna miała kiedyś szczęśliwą i kochającą rodzinę, dochowała się trójki dzieci. Formalnie wciąż jest mężatką, ale de facto pozostaje w separacji, bo gdy jej romans z proboszczem wyszedł na jaw, najbliżsi odsunęli się od żony i matki nieletnich jeszcze dzieci.

– Żyjemy w ultrakatolickim małomiasteczkowym środowisku i chyba tylko dzięki temu Michał nie wystąpił o rozwód i być może zdołam jeszcze to wszystko posklejać – łudzi się Katarzyna.

Biegała kiedyś do kościoła niemal codziennie. Pomagała przy organizowaniu różnych imprez, udzielała się w specjalistycznym duszpasterstwie, wspomagała hojnymi datkami…

– Dorobiłam się wraz z mężem dosyć dużego majątku, więc dawałam, ilekroć tylko potrzebował coś kupić do kościoła. Opętał mnie drań tymi religijnymi czarami. Pewnego razu przyjęłam zaproszenie na drinka, no i stało się. Był później tak ciężko zakochany, że zaniedbując dzieci i męża przylatywałam na każde zawołanie. Gdy na plebanii urzędowała Anna, wyjeżdżaliśmy w plener lub do jego kolegów. Też księży. Najczęściej udostępniał nam swoje lokum Kazimierz (…), proboszcz w S. (diecezja bielsko-żywiecka – dop. red.), oraz Janusz (…), proboszcz spod Myślenic. Ten drugi ma w parafii hacjendę wykorzystywaną przez grupę zaufanych księży jako dyskretny burdelik. Kiedyś spotykaliśmy się tam w pięć par, ale impreza miała wówczas charakter czysto towarzyski. Przyjechali z kobietami i wcale się nie krępowali, przedstawiając je jako swoje „narzeczone” oraz uzgadniając terminarz wykorzystania domu na bara-bara – podkreśla Katarzyna.

Zerwała romans w dramatycznych okolicznościach, gdy wielebny zaczął niedwuznacznie sugerować, żeby… „wysłać Michała do Bozi”.

– Mówił, że jak już będziemy sami, to stworzy mi prawdziwy raj na ziemi. Dostałam obuchem w głowę i dopiero wówczas oprzytomniałam. Nabrałam podejrzeń, że nie jestem jedyną sponsorką i „materacem”. W jego mieszkaniu na plebanii zostawiłam po południu włączony dyktafon, a rano wpadłam pod jakimś błahym pretekstem i zabrałam. Gdy odsłuchałam nagranie, o mały włos sama nie padłam trupem. Okazało się, że faktycznie miał jeszcze jedną kobietę, do której przez ponad trzy godziny mizdrzył się telefonicznie. Nagle mówi do słuchawki: „Zrób mi laskę”. Z jego słów ewidentnie wynikało, że w trakcie rozmowy onanizował się. Skończyli, gdy musiał już iść odprawić wieczorną mszę, ale po powrocie był ciąg dalszy. I właśnie wtedy nastąpiło najlepsze. Obiecywał tamtej wakacyjny wyjazd, a z kontekstu wynikało, że pojadą za moje pieniądze, które miałam mu dać na kościół. W rozmowie pojawił się też wątek beatyfikacji papieża Jana Pawła II… W pewnym momencie mój luby wybucha śmiechem i mówi: „Kiedyś wozili starego dziadka niczym eksponat, a teraz będą się modlić do truchła”! Proszę bardzo, oddaję wam to nagranie do dyspozycji – kończy opowieść Katarzyna.

Wkrótce po zerwaniu związku z ks. Aleksandrem nie wytrzymała ciśnienia i ujawniła wszystko Michałowi. Jej małżeństwo legło w gruzach, pleban kwitnie. Zastanawiała się, czy nie przekazać nagrań kard. Stanisławowi Dziwiszowi, ale doszła do wniosku, że kruk krukowi oka nie wykole. My jesteśmy dokładnie tego samego zdania, ale gdyby „najserdeczniejszy przyjaciel” santo subito chciał sobie posłuchać, co wygaduje jego podkomendny, to jesteśmy otwarci na propozycje…

###

24 lutego we wsi Łobaczew (gmina Terespol, diecezja siedlecka) powiesił się 39-letni Jacek Z. Policja wykluczyła udział osób trzecich, co oznacza, że żadnego śledztwa nie będzie. Samobójca pozostawił żonę Annę i syna. Pracował w Straży Ochrony Kolei, a ona jako funkcjonariuszka jednej ze służb granicznych, czyli bieda z pewnością im nie doskwierała. Czemu więc targnął się na swoje życie? Zdaniem mieszkańców Łobaczewa oraz krewnych Jacka Z., spiritus movenstej dramatycznej decyzji był ksiądz…

Z Łobaczewa jest tylko rzut beretem do M., gdzie funkcję proboszcza sprawuje ks. Kazimierz M. Pleban poznał Annę jeszcze na swojej poprzedniej parafii, a gdy przed sześcioma laty objął we władanie M. i okolice, kobieta stała się u niego prawie domownikiem. Bywało, że przyjeżdżała wieczorem, wychodziła rano, często wyprawiali się razem na zakupy, spędzali wspólnie urlopy. Wieś – jak to zwykle bywa – doskonale o wszystkim wiedziała, natomiast Jacek Z. żył w błogiej nieświadomości, choć koledzy z SOK-u podpuszczali go, że w rogach mu nie do twarzy i żeby dał wielebnemu po ryju, a małżonkę odprawił.

– Ostatnimi czasy coraz bardziej się przejmował i mając księdza za „szwagra”, topił smutki w alkoholu. Cała sytuacja i komentarze wyraźnie go dołowały i wszystko wskazuje na to, że popchnęły do samobójstwa – wyjaśnia policjant z Białej Podlaskiej. Czy Anna z proboszczem byli kochankami?

– Romans jest jakby oczywisty, ale przecież żadnego przestępstwa nie popełnili. Nawiasem mówiąc, oboje małżonkowie żyli już obok siebie i tylko silna presja ortodoksyjnego religijnie środowiska sprawiła, że nie wzięli rozwodu – dodaje nasz rozmówca.

O zamężnej przyjaciółce wielebnego wiedziała też od dawna kuria biskupia w Siedlcach.

– Takich rzeczy na dłuższą metę nie da się ukryć. Ksiądz Kazimierz jest znanym miłośnikiem pięknych pań. W diecezji było głośno o jego wcześniejszych przygodach w Janowie Lubelskim, Międzyrzecu, z maturzystką z Dokudowa… Wiem, że jeden z dziekanów osobiście informował o tym naszego pasterza (biskupa Zbigniewa Kiernikowskiego – dop. red.), ale najwyraźniej nikt nie zareagował. Powiedzmy sobie otwarcie: dopiero gdy nad diecezją zawiśnie groźba potężnego skandalu obyczajowego, nasz ordynariusz zdecyduje się na radykalne ruchy kadrowe – twierdzi ksiądz z Siedlec.

Tuż po śmierci Jacka Z. proboszcz z M. usiłował przekonywać parafian podczas niedzielnej mszy, że jest niewinny niczym niemowlę i nic go z Anną nie łączy. Odpowiedziała mu salwa śmiechu, więc następnego dnia zniknął. Prawdopodobnie na zawsze, bo widziano, jak następnej nocy wywoził również meble i swoje rzeczy osobiste…

Tymczasem kuria zapewniła, że jest ślepa i głucha.

„Do chwili obecnej nie otrzymaliśmy żadnej oficjalnej informacji o tym, o co oskarżany jest ksiądz proboszcz. Do sprawy nie możemy się na razie ustosunkować. Prawdopodobnie zostanie wysłana osoba, która sprawdzi, co dzieje się w parafii. Na pewno wkrótce ksiądz biskup przeprowadzi z oskarżanym kapłanem rozmowę” – oświadczył na łamach „Tygodnika Podlaskiego” ks. Jacek Szostakiewicz, rzecznik prasowy biskupa Kiernikowskiego, najbardziej zdumiony tym, że duszpasterz z M. oddalił się w nieznanym kierunku bez pobłogosławienia swoich owieczek…

###

W połowie lutego ze wsi Szczyrzyc (powiat limanowski, diecezja tarnowska) zniknął w tajemniczych okolicznościach opat miejscowego klasztoru cystersów…

# „(…) o. opat Eugeniusz W. (na zdjęciu  – całuje dłoń kard. Glempa) zrezygnował z pełnienia funkcji i obecnie przebywa w naszej placówce w USA” – zakomunikowali oficjalnie zakonnicy;

# „Od kilku tygodni na terenie Limanowszczyzny huczało od plotek na temat życia osobistego ojca opata W. Osaczony nimi znalazł się w bardzo trudnej sytuacji i postanowił zrezygnować z funkcji” – poinformował lokalny portal internetowy limanowa.in, co bogobojni górale komentowali takimi nowinkami dotyczącymi wyczynów obyczajowych mnicha, że aż wstyd powtarzać…

A o co faktycznie poszło? Oczywiście o kobietę, przy czym należy podkreślić, że niezamężną i opat doprawdy nie musiał uciekać aż do Ameryki, pozostawiając nieutulonych w żalu najbliższych…

[2010] FaktyiMity.pl Nr 11(523)/2010

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: