Pingwin orze na Zetorze

Zakonnica na traktorze – pięknie. Narąbana jak drewno – normalka. 3 promile za kierownicą – to zakonny rekord świata.

Opactwo cystersów w Krzeszowie przetrwało trzy najazdy. Pierwszy, w XV wieku, był dziełem husytów. Następnego dokonali Szwedzi w czasie wojny trzydziestoletniej. Ostatni odbył się na początku marca tego roku.

Do Krzeszowa, malutkiej wioszczyny, przyklejonej do wielkiego kompleksu zabudowań opactwa, zwaliły się tłumy dziennikarzy telewizyjnych, radiowych i smarujących w gazetach. Przez kilka dni miejscowość była sławna w całej Pomrocznej. Jej nazwa przewijała się w niusach obok informacji o zamachach w Iraku czy walce o plan Hausnera.

Krzeszów rozsławiła benedyktynka siostra Paula, w cywilu Ewa S., lat 45. Zakonnica, odśnieżając parking przed opactwem za pomocą traktora z pługiem, staranowała Forda Escorta, własność mieszkańca Jeleniej Góry. Po dokonaniu dzieła siostra zaległa na kierownicy ciągnika. Wezwany lekarz pogotowia stwierdził, że święta niewiasta nie jest ranna ani omdlała, tylko nawalona jak stodoła po żniwach. Po pobraniu próbki krwi siostrę Paulę zaniesiono do pobliskiego klasztoru, gdzie uprawia ascezę 29 jej współtowarzyszek. Sióstr pilnuje, jak wdać niezbyt skutecznie, trzech cystersów. Miejscowy lud stoi za benedyktynką murem.

– Przyjechali, panie, i rzucili się jak sępy – mówi o dziennikarzach pan Stachu sącząc piwo w przeszklonym barze typu akwarium, stojącym naprzeciwko klasztoru. – A co to, zakonnica nie może sobie czasem golnąć?

– A co ma robić w tych murach? – retorycznie pyta pan Zbyszek.
– Tylko modlić się przez całe życie?

– Nie dość, że sama dba o klasztorne gospodarstwo, to jeszcze pomaga ludziom przy robocie na roli – dodaje właściciel baru. – Orze, sieje, bronuje, kosi. W zimie odśnieża pół wsi. Nikomu nie odmówiła i robi to za darmo.

Krzeszowianie mają żal do mediów, że nie zainteresowały się miejscowością, wówczas gdy w niedalekim Wałbrzychu likwidowano kopalnie, w leżącej opodal Kamiennej Górze padały jedna po drugiej fabryki, a dobrze prosperujące Państwowe Gospodarstwo Rolne w ciągu pół roku obrócono w perzynę. Był czas, że spora część mieszkańców była bez pracy. Padł nawet jedyny we wsi hotel Radocha ze słynną knajpą, do której na kiełbasę po cystersku (biała, gotowana w piwie i czerwonym winie) i całonocne dancingi przyjeżdżali goście z całego województwa.

Na soboty i niedziele trzeba było rezerwować miejsca miesiąc wcześniej.

Na pociechę ludziska mogli spoglądać przez okna, jak nabierają splendoru kolejne budowle opactwa: dwa potężne kościoły, klasztor, zabudowania gospodarcze i pałac opatów.

Przez 20 lat pompowano tu szmal z Ministerstwa Kultury, Fundacji Niemiecko-Polskiej i innych instytucji. Pałac upatrzył sobie na letnią rezydencję ekscelencja biskup legnicki Tadeusz Rybak, który dodatkowo na każdym odpuście apelował do owieczek o szczodrą zrzutkę. Gdy odwiedziliśmy Krzeszów dwa lata temu („NIE” nr 13/2002, „Jak się umartwia biskup”), prace remontowe były mocno zaawansowane. Obecnie pałac biskupa błyszczy pięknymi elewacjami, złoconymi sztukateriami i miedzianą blachą dachu. Sama tylko konserwacja kamiennych detali architektonicznych specjalnymi impregnatami kosztowała setki tysięcy złotych.

Oficjalnie w budowli mieści się – jak głosi pozłacany napis na kamiennej tablicy – „Centrum dialogu i porozumienia”. Wewnątrz miała też powstać ekspozycja muzealna. Dlatego do remontu dorzuciła się Fundacja Niemiecko-Polska. Będąc niedawno w opactwie spytaliśmy uśmiechniętego księżula, który wychodził z pałacu, o muzeum. Wyraziliśmy też chęć uczestnictwa w „dialogu i porozumieniu”.

– Ależ skąd – zdziwił się nasz rozmówca – przecież to jest budynek mieszkalny.

Rezydencję dla przewielebnego odpicowano na czas. Niebawem biskup Rybak odchodzi na zasłużoną emeryturę. W Krzeszowie znajdzie spokój, świeże powietrze, poza tym kuria ma tu kawałek lasu, stawy z rybkami, a ekscelencja przymierza się do uruchomienia rozlewni wody mineralnej.

Jeśli coś mąci tę idyllę, to fakt, że konserwator zabytków i powiatowy inspektor nadzoru budowlanego zmusili biskupią ekipę do rozbiórki samowolnie wybudowanych szpetnych garaży, doklejonych do ściany pałacu. Do wyburzenia poszedł też mur, którym biskup odgrodził swoją rezydencję od reszty opactwa, żeby mu tłuszcza nie właziła na trawniki. Rozbiórki trzeba było dokonać, bo lokalna władza chce, żeby Krzeszów został wpisany na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Inspektorzy tej instytucji są bowiem upierdliwi i czepiają się takich
pierdół jak niehistoryczne wtręty w zabytkową substancję.

Władza oraz tutejszy lud mają nadzieję, że umieszczenie Krzeszowa na wspomnianej liście wypromuje miejscowość w świecie. Wcześniej liczono na zmasowany ruch pielgrzymkowy po tym, jak papa ukoronował należący do opactwa średniowieczny obrazek Matki Boskiej. Mieszkańcom kazano wymalować elewacje domów, gmina wyremontowała drogę i powiększyła parking. Zjawił się nawet chętny do kupna zżeranych przez wilgoć oraz grzyb knajpy i hotelu Radocha. Wszystko na próżno. Pielgrzymi nie nawiedzają wsi. Od dwóch lat nie przybyli też inspektorzy UNESCO. W ciągu tego czasu na listę światowego dziedzictwa wpisano inne obiekty w Pomrocznej. Krzeszowski lud cieszy się więc, że chociaż siostra Paula rozsławiła ich miejscowość. Grupka aktywistów podczas zakrapianej wódeczką i browarem narady w knajpie uchwaliła, że męczeństwo benedyktynki zostanie docenione. Przede wszystkim ludzie zrobią ściepę, gdyby sąd skazał zakonnicę na karę grzywny.

– Do pierdla przecież jej nie wsadzą – mówi pan Stachu – bo ona i tak całe życie siedzi jak w puszce.

Ponadto miejscowy artycha namaluje portret siory, który zostanie umieszczony w widocznym miejscu. Obywatele pragną też napisać do przeoryszy list z prośbą o niekaranie zakonnicy. W krzeszowskim powietrzu jest coś, co zmusza ludzi do picia. Słynnym smakoszem win był opat Rosa, który zainicjował barokową przebudowę kompleksu. Z klasztoru do knajpy wymykał się malarz Michael Willman, który miał ozdobić freskami oba kościoły (knajpa do dziś nazywa się Willmanowa Pokusa), więc mnisi zamknęli go w murach opactwa do czasu ukończenia roboty. Znana jest też legenda o zakonnym braciszku, który po kryjomu obalał mszalne kordiały, aż go w rąsię dzierżącą metalowy kubek trafił za karę piorun.

Biskupa zaś miejscowy lud nie bardzo kocha wypominając mu wyniosłość oraz wywożenie do Legnicy worków z uzbieranym na odpustach szmalem. Zuchwali twierdzą nawet, że przykuliby ekscelencję do stojącego opodal knajpy pręgierza, do którego ongiś braciszkowie przytwierdzali łańcuchem niepokornych poddanych.

[2004] Nie.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: