Ksiądz dupy nie umoczy

Będziemy pilnie przyglądać się poczynaniom nowych władz i piętnować wszelkie przypadki kumoterstwa, omijania prawa i odbudowywania starych układów ­ oświadczył jeleniogórski poseł Unii Wolności, Marcin Zawiła, po wyborach prezydenckich. Panu posłowi wzrok wyostrzył się całkiem niedawno, kiedy bowiem był prezydentem Jeleniej Góry, tuż pod jego bokiem towarzysze-etosowcy nakręcili sobie interes, który do tej pory odbija się czkawką paru osobom.

Za czasów poprzedniego, zdominowanego przez Komitet Obywatelski i „S”, samorządu kilku panów umyśliło sobie powołać do życia spółkę. Spółka była z ograniczoną odpowiedzialnością. Założyło ją pięciu udziałowców, w tym lokalni bonzowie ­ ówczesny członek Zarządu Miasta, Roman O., i przewodniczący Komisji Rozwoju Gospodarczego Rady Miejskiej, Mirosław L. Nie oni jednak byli w tym interesie najważniejsi. Animatorem całego przedsięwzięcia był bowiem inny udziałowiec ­ Jerzy G., z zawodu ksiądz, proboszcz parafii w Czarnym. Powiedzieć „proboszcz” to powiedzieć o wiele za mało. Ksiądz Jerzy G. pobudzał życie polityczne całego miasta. To u niego na plebanii zbierali się aktywiści Komitetu Obywatelskiego, którzy we własnym gronie wyłaniali samorządowe władze, obsadzali wszystkie stołki w zarządzie, wybierali prezydenta i jego zastępców.

###

Spółka mająca takich udziałowców nie miała prawa mieć problemów z niczym, a zwłaszcza z forsą. „Lango” ­ bo tak się ten samorządowo-księży biznes nazywał ­ postanowiła wziąć kredyt w miejscowym Banku Spółdzielczym, a bank poszedł jej tak na rękę, że bardziej już nie można. W dniu podpisania umowy kasa wypłaciła kredyt w gotówce, a jedynym zabezpieczeniem były podpisy wszystkich udziałowców. Żadnych takich dupereli, jak weksle, cesje polis czy hipoteki nikt od nich nie wymagał.

Skoro poszło aż tak dobrze, postanowiono łyknąć następny kredyt, pięć razy większy. Tym razem potrzebni byli już poręczyciele. Ile to roboty? Kilku biznesmenów namówił do tej drobnej przysługi członek zarządu, Roman O., w obecności ówczesnego wiceprezydenta miasta, Łukasza T. Ludzie podpisali kwity, bo który biznesmen nie chciałby dobrze żyć z władzą.

Dziś poręczycieli ściga komornik. Bankiem Spółdzielczym zarządza syndyk masy upadłościowej. Byli udziałowcy byłej spółki cieszą się natomiast dobrym zdrowiem, kręcą nowe interesy. Oni bowiem strat dużych nie ponieśli ­ „Lango” odpowiadała tylko do wysokości kapitału założycielskiego, który wynosił całe dziesięć (starych) melonów.

Co prawda w sprawie spółki „Lango” toczy się w prokuraturze śledztwo, ale wszystko wskazuje na to, że potrwa jeszcze długo. Wtajemniczeni mówią, że dzieje się tak za sprawą księdza Jerzego G., który oprócz licznych zajęć polityczno-samorządowo-biznesowych jest także duszpasterzem Komendy Wojewódzkiej Policji w Jeleniej Górze.

###

Ksiądz Jerzy G. utrzymuje, że nic nie wiedział o przekrętach „Lango”, są jednak ludzie, którzy mają czelność temu zaprzeczać. Należy do nich jeden z wierzycieli, Eugeniusz Piotrowski.

Kiedy spółka nie spłacała bankowi rat kredytu, a nawet wystąpiła o kapitalizację odsetek (o czym poręczycieli nie poinformowano), doszło do zagrożenia majątków poręczycieli „stanem natychmiastowej wymagalności” (co znaczy spłacanie). To jego właśnie poręczyciele kredytów dla księżej spółki desygnowali do „Lango” jako swojego przedstawiciela. Piotrowski zorientował się, że księgowość była lipna i w żaden sposób nie mógł dojść, gdzie się podziały pieniądze z kredytów. Powziął poważne podejrzenie, że grono etosiaków i policyjny duszpasterz przywłaszczyli sobie bankowy szmal. Działając w interesie zagrożonych poręczycieli podejrzeniem swym podzielił się pisemnie z Prokuraturą Rejonową w Jeleniej Górze. Śledztwo w tej sprawie podjęto już po trzech miesiącach od złożenia doniesienia, aby po kolejnych trzech odłożyć je na półkę.

Po kolejnym blisko półrocznym oczekiwaniu Eugeniusz Piotrowski napisał do Prokuratury Rejonowej skargę na opieszałość w prowadzeniu śledztwa, a jej szef, prokurator Andrzej Reczka, w odpowiedzi stwierdził, że skarga jest zasadna, a zwłoka spowodowana była „szczególnie trudną sytuacją kadrową”.

Miejscowi prokuratorzy bywają jednak w „Teatralnej” ­ knajpie położonej o rzut kamieniem od budynku, w którym pracują ­ i tutejszym wiewiórom wpadło w ucho, że istotną przyczyną opóźnienia śledztwa jest osoba księdza G.

###

Policyjny duszpasterz, jako jedyny z byłych udziałowców „Lango”, nie został do tej pory przesłuchany. Jak tu bowiem przepytywać osobę sprawującą duchową opiekę nad owieczkami w niebieskich mundurkach? Sprawa wlecze się, a Eugeniusz Piotrowski utrzymuje, że podpisywane przez księdza Jerzego G. w spółce kwity potwierdzają, iż musiał on wiedzieć o przekrętach.

Jedyną przykrością, która spotkała księdza Jerzego G., była kontrola z kurii. Biskupi wysłannicy, wyczuleni na finansowe kwestie, po nagłośnieniu przypadków księdza Halberdy, pogrozili duszpasterzowi paluszkiem i przykazali, by trzymał się już z daleka od spółek. Bo trudno teraz o uczciwych wspólników.

[1996] Nie.com.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: