Cygańskie praktyki jezuitów

Pobożni, wielodzietni, pracowici. Wzorowa rodzina. Rozbija ją fundacja zakonna.

Lucyna Zbożeń, 48 lat, krząta się po kuchni. Jan, lat 54, jest tapicerem na rencie. Mają duży, wygodny dom z ogrodem w małopolskiej wsi Dziekanowice, 33 ary pola. I chmarę dzieci. Dwoje własnych, prawie dorosłych, i ośmioro, dla których są rodziną zastępczą.

Sześcioro urodziła głuchoniema siostra Lucyny. Siostra rozsiewała dzieci po szpitalach i domach dziecka – Lucyna zabierała je do siebie. Jednego nie zdążyła wziąć. Wypadło z okna na poddaszu.

Małgosię wypatrzyła w sąsiedniej wsi. Babcia i wujek pili, mamusia przepadła. 4-letnia dziewczynka mało nie udusiła się dymem z kopcącego pieca. Bała się ludzi. Nie umiała jeść łyżką. Wyłysiała od ciągłego noszenia wełnianej czapki. Po paru latach ciężkiej pracy Lucyny zmieniła się nie do poznania. Włosy odrosły. Pogodna, skupiona, rysuje równiutkie literki w zeszycie.

Druga Małgosia, dziś 16-letnia, była już w jednej rodzinie zastępczej i fatalnie się to dla niej skończyło. Dopiero u Zbożeniów odetchnęła.

Porachunki rodzinne

Państwo łoży na każde przygarnięte przez nich dziecko 400–900 zł miesięcznie. Starsi podopieczni więcej kosztują, lecz w myśl przepisów dostają mniej. Co pół roku Lucyna i Jan muszą rozliczać się w sądzie z wydatków.

Normalna rodzina może z dowolnych dochodów opłacić prąd, gaz, remont domu. Rodzina zastępcza – nigdy. Cokolwiek kupią dla któregoś z dzieci – chleb, buty, zabawkę – biorą rachunek i wpisują do specjalnego zeszytu.

Sędzia z Myślenic zarzuciła Lucynie: „Pani może przejadać pieniądze dzieci!”. Żeby uniknąć tego zarzutu, Lucyna znalazła robotę w piekarni, od dziewiątej wieczorem do drugiej w nocy. Wkrótce okaże się to argumentem przeciwko niej.

Zepsuła się pralka. Lucyna pyta panią sędzię: „Czy mogę ze środków dzieci kupić nową?”. „A czy pani będzie w tej pralce prać swoje rzeczy?”. Ugryzła się w język, żeby nie powiedzieć, że swoje i męża rzeczy pierze kijanką w potoku.

Kupiła komputer, przy którym przesiadują wszystkie dzieciaki. To też nie podobało się sędzi. Jej zdaniem komputer musi być przypisany do jednego dziecka. Ośmioro dzieci wymaga ośmiu komputerów.

Innej matce zastępczej ta sama sędzia zarzuciła: „Pani je zupę dzieci!”. Aby sprostać wymaganiom sądu, rodzina zastępcza powinna gotować dla każdego małolata w osobnym garnku. Wpisując oczywiście do zeszytów każdy zużyty pęczek włoszczyzny.

Wojtuś podrzutek

Urzędnicy z gminy i z powiatu wiedzą, że Zbożeniom można wcisnąć kolejne bezpańskie dziecko. Na pewno nie odmówią.

Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie (PCPR) miało kłopot z patologiczną rodziną K. Gdy zabrano rodzicom szóstkę skrajnie zaniedbanych dzieciaków, starsze trafiły do placówki opiekuńczo-wychowawczej Dzieło Pomocy Dzieciom przy ul. Rajskiej w Krakowie. Pani z PCPR zadzwoniła do Lucyny: jest do wzięcia trójka rodzeństwa. Ale dwoje udało się jeszcze upchnąć w tej samej placówce co resztę; bez przydziału został tylko najmłodszy 4-miesięczny Andrzejek. 10 kwietnia 2003 r. Sąd Rejonowy w Myślenicach postanowił umieścić Andrzeja K. w rodzinie zastępczej Lucyny i Jana Zbożeniów do czasu zakończenia procesu o pozbawienie państwa K. praw rodzicielskich.

Niedożywione, czarne z brudu niemowlę przywiózł kurator w asyście policji. Pozbywszy się problemu, instytucje państwowe na długo straciły zainteresowanie losem dziecka. Zbożeniowie wprost przeciwnie – pokochali je. Andrzejek, zwany teraz Wojtusiem, stał się pupilem całej rodziny. Wszyscy też byli dumni, że robi postępy, siada, chodzi, gaworzy. Gdy biologiczni rodzice zostali pozbawieni praw rodzicielskich, Lucyna i Jan szybko złożyli wniosek o ustanowienie ich rodziną zastępczą.

Myślenicki sąd wyznaczył dla sześciorga rodzeństwa K. opiekuna prawnego w osobie Małgorzaty Michalak reprezentującej Dzieło Pomocy Dzieciom. Z tego powodu proces został przeniesiony do Krakowa Podgórza.

Taki dałnowaty

Pani Michalak nigdy przedtem nie widziała Wojtusia. Pojawiwszy się w Dziekanowicach, powitała go radosnym okrzykiem: „Ach, jaki podobny do swojego brata Krzysia! Też dałnowaty!”. Zbożeniów, którzy słyszeli od kilku lekarzy, że dziecko jest absolutnie normalne, mocno to dotknęło.

Opiekunka prawna zjawiła się ponownie w towarzystwie Katarzyny Maderowej, dyrektorki Dzieła. Specjalistki radziły Lucynie, żeby załatwiła sobie etat i pensję w PCPR, bo do czego to podobne, żeby tyrać za darmo przy takiej gromadzie dzieci. Słuchały z niedowierzaniem, gdy tłumaczyła, że nie zależy jej na kasie. Przekonywały, że Wojtuś, to jest Andrzejek, w placówce Dzieła wróci na łono rodzeństwa, a później znajdzie się dla wszystkich wspaniała rodzina adopcyjna. Lucyna szczerze wątpiła, czy ktoś weźmie sześcioro dzieci, w tym jedno z wodogłowiem.

Proces trwał. Zbożeniowie sprzedali krowę, bo sąd się czepiał, że krowa oznacza gospodarstwo rolne, co z kolei oznacza obciążenie dzieci pracą. Jak gdyby nie było w Polsce wiejskich rodzin z potomstwem. Skończyli kurs dla rodziców zastępczych, bo sąd miał pretensje, że są nieprzeszkoleni, chociaż działają jako rodzina zastępcza od 1990 r. i sami mogliby szkolić innych.

Małgorzata Michalak oświadczyła, że opiekę nad Andrzejem K. powinno roztoczyć Dzieło Pomocy Dzieciom. Gwoździem do trumny okazała się dla Zbożeniów opinia Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego, od której nie mogli się odwołać, gdyż jej nigdy nie dostali.

Za starzy

10 lutego 2005 r. Sąd Rejonowy dla Krakowa Podgórza uznał, że Lucyna i Jan nie nadają się na rodzinę zastępczą dla Andrzeja K. Są za starzy i spoczywa na nich za dużo obowiązków: praca zawodowa, dorywcza, w polu, opieka nad dziesięciorgiem małoletnich dzieci.

Co do wieku – nie byli za starzy, kiedy przywieziono im 4-miesięczne niemowlę. Co do pracy, to przecież Jan jest rencistą, a Lucyna dorabia w piekarni na polecenie sędzi z Myślenic. Do dzieci sąd zaliczył z rozpędu 21-letniego Dominika, 17-letnią Ewelinę i 16-letnią Małgosię, którzy de facto pomagają w opiece nad maluchami.

Rodzina zastępcza być może nie będzie w stanie zapewnić chłopcu takich warunków do rozwoju, jak rodzina adopcyjna. Ponadto być może adopcja będzie szansą na to, by chłopiec został połączony ze swoim rodzeństwem – wyrokuje podpisana pod tym werdyktem sędzia Sylwia Skotnicka. Być może smarkacz znajdzie nowych idealnych rodziców. Może za rok albo pięć lat. Albo wcale. Na razie więc musi być wyrwany z domu, w którym spędził prawie całe swoje życie, oderwany od ludzi, którzy są jedynym jego punktem oparcia na tym parszywym świecie – i zamknięty w ośrodku Dzieła Pomocy Dzieciom.

Obecnie istnieją sugestie, że (…) ujawnia on cechy choroby sierocej. Nawet gdyby to była prawda – a Zbożeniowie kategorycznie się z tym nie zgadzają – to pobyt w domu dziecka wpędzi go w chorobę sierocą do kwadratu.

Lucyna i Jan odwołali się do sądu okręgowego – i znów przegrali. Samo uczucie, jakim darzą, szczególnie Lucyna Zbożeń, małoletniego, nie daje gwarancji jego prawidłowego wychowania – orzekła w imieniu RP sędzia Jadwiga Osuchowa. Czym są uczucia jakichś wieśniaków wobec woli kierownictwa bogatej i wpływowej jezuickiej fundacji?

Ciocia Ania bije

Rozstanie z Wojtusiem, odwiezienie go do Krakowa miało w sobie coś z egzekucji. Cała rodzina płakała.

Żeby nie czuł się opuszczony, Lucyna odwiedza Wojtka – teraz Andrzejka – co drugi dzień. Wypytuje, co było na obiad. „Makalon” – informują maluchy. Czasem kopytka lub naleśniki. W piątek podopieczni poszczą: cienka zupa pomidorowa, ryba z kapustą bez ziemniaków czy chleba. W sobotę ta sama odgrzewana zupa plus ryż polany paskudnym sosem, gdzieniegdzie jarzynka. Raz w tygodniu mięso. Czy Andrzejek jest głodny? Węsząc jak psiak zagląda Lucynie do torby, rzuca się łapczywie na wszystko, co jadalne.

– Dla mnie to niezrozumiałe – mówi Lucyna Zbożeń. – Mają tyle pieniędzy, a dzieci chude jak patyczki.

Jej wizyty coraz bardziej wkurzają personel Dzieła. Lucyna jest świadkiem scen mało chrześcijańskich. A to wychowawczyni wrzeszczy do małolata odrabiającego lekcje: „Ty matole!”, a to któraś z dziewczynek donosi „Plosę pani, ciocia Ania zbiła Andrzeja w nocy”. Normalka, jak to w domu dziecka…

Jezuiccy wychowawcy nie wpuszczają na Rajską dziennikarzy.

Największym szczęściem dla trzylatka miało być połączenie go z biologicznym rodzeństwem. To już nie wchodzi w grę – rodzeństwo K. rozparcelowano po różnych rodzinach adopcyjnych i zastępczych. Zostali Łukasz, na którego nie ma chętnych, i Andrzejek. Zbożeniowie wystąpili więc o adopcję ich obu. Jeśli się nie uda, ponownie złożą wniosek o ustanowienie rodziny zastępczej.

PS O losach Andrzejka przed zabraniem go od Zbożeniów pisały też „Fakty i Mity” nr 41/2005.

########

Dzieło

Fundacja Ruperta Mayera Dzieło Pomocy Dzieciom istnieje od 1994 r. Jej organem prowadzącym jest Prowincja Polski Południowej Towarzystwa Jezusowego, czyli zakonu jezuitów. Prowadzi dwa ośrodki opiekuńczo-wychowawcze: w Żmiącej k. Limanowej i w Krakowie przy ul. Rajskiej.

Metody wychowawcze można najkrócej tak wyrazić: sytuację pedagogiczną zbliżyć do sytuacji w rodzinie, tj. sytuacji naturalnej. Podstawą podejmowanych zadań są zasady chrześcijańskie – deklaruje.

Do fundacji płynie rzeka pieniędzy z wielu źródeł. Od prezydenta Krakowa – 1092 tys. zł przeznaczonych na utrzymanie 50 dzieci rocznie. Wypada 1820 zł na jedno dziecko miesięcznie – eldorado nieosiągalne dla publicznych domów dziecka czy rodzin zastępczych. W konkursie grantowym wojewoda małopolski dorzucił 25 tys. zł na rok 2005. Tenże wojewoda zorganizował w roku 2004 Wielką Renesansową Aukcję Dobroczynną, na której zebrano ok. 220 tys. zł dla trzech placówek, w tym Dzieła Pomocy Dzieciom. Zlicytowano wtedy m.in. płaskorzeźbę Salvadora Dali, prezent od premiera Millera. Poszła za 52 tys. zł. Dzieło jest na liście organizacji sponsorowanych przez krakowskie biuro Polskiej Akcji Humanitarnej oraz Stowarzyszenie Bank Żywności w Krakowie. Klikniesz w słynnego pajacyka, to i jezuickiej fundacji coś kapnie.

Hołubiona przez władze fundacja inwestuje w ośrodek w Żmiącej budując kolejno nowy dom, basen, kaplicę, zbiornik wody, oczyszczalnię ścieków. Niewiele dzieci korzysta z tych luksusów. Dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, że jest ich w Żmiącej 25, w Krakowie na Rajskiej – 13. Razem 38, chociaż prezydent miasta daje kasę na 50 dzieci. Za to od personelu aż się roi. Na Rajskiej zarabia na chleb z szynką 15 osób. W Żmiącej – niewiele mniej.

[2005] NIE.com.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: