FiM – Ballada o Andrzejku

Bite i zaniedbywane niemowlę zostało umieszczone w rodzinie zastępczej. W kochającej rodzinie. Jednak po 23 miesiącach szczęścia państwo odebrało jej dziecko. Teraz 2,5-letni chłopiec w „placówce wychowawczo-opiekuńczej o charakterze katolickim” oczekuje na chętnych do adopcji.

Zwróciły się do nas o pomoc… dzieci. Sylwester, dwie Małgorzaty, Andrzej, Piotr, Iwona, Mateusz i Sebastian – cała gromadka z Dziekanowic koło Krakowa, żyjąca w tzw. rodzinie zastępczej. Nie, wcale nie chodzi o to, że przybrana matka lub ojciec znęcają się nad nimi, zaniedbują czy wykorzystują do niecnych celów. To polskie państwo się nad nimi znęca!

Lucyna i Jan Zbożeń są małżeństwem od 30 lat. Długo nie mieli potomstwa, zaczęli więc myśleć o adopcji. I nagle zleciał się nad Dziekanowice cały sznur bocianów. Najpierw urodził im się Dominik; 3,5 roku później Ewelina, zaś mieszkająca w Nowej Hucie niepełnosprawna siostra Lucyna wpadła w tarapaty na tyle poważne, że wychowywanie jej sześciorga dzieci sąd powierzył Zbożeniom jako rodzinie zastępczej. W ich domu znalazły też schronienie dwie potwornie skrzywdzone przez los Małgosie (pochodzą z okolicznych wsi). Sytuacja na dziś jest taka, że Lucyna wraz z Janem zastępują biologicznych rodziców ośmiorgu dzieciakom w wieku od 5 do 17 lat.

Dodajmy, że zastępują wprost wzorowo, o czym mogliśmy się przekonać osobiście, obserwując małolatów i rozmawiając z nimi (również na osobności) o „mamie” i „tacie” na miejscu – w Dziekanowicach. W dużym zadbanym domu, gdzie mają 2-osobowe pokoje, jedzenia pod dostatkiem i dobre warunki do nauki. A co najważniejsze: miłość.

8 kwietnia 2003 r. Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie w Myślenicach zwróciło się do Lucyny z prośbą o pomoc. Chodziło o natychmiastowe otoczenie opieką trójki najmłodszych z siedmiorga dzieci, wegetujących w patologicznej rodzinie K., w stosunku do której sąd zainicjował postępowanie o odebranie praw rodzicielskich.

Lucyna jeszcze nie zdążyła skonsultować decyzji z mężem, gdy specjaliści z PCPR stwierdzili, że ratowałaby ich zgoda na przyjęcie pod dach Zbożeniów tylko Andrzeja – czteromiesięcznego niemowlaka, żadną miarą nie kwalifikującego się do umieszczenia w zwykłej placówce opiekuńczo-wychowawczej.

– Nie mieliśmy sumienia odmówić. Jeszcze tego samego dnia policjanci wraz z kuratorem przywieźli strasznie zaniedbanego chłopca, a 10 kwietnia Sąd Rejonowy w Myślenicach usankcjonował tymczasowy pobyt dziecka u nas. „Pozostawanie małoletniego pod opieką rodziców stanowi realne zagrożenie dla jego życia i zdrowia”– zauważyła w uzasadnieniu postanowienia (sygn. akt III Nsm 4/03 – dop. red.) sędzia Teresa Ożóg. Natomiast bracia i siostry malucha trafili do ośrodka „Dzieło pomocy dzieciom” w Krakowie przy ulicy Rajskiej – relacjonuje Lucyna.

Pokochali Andrzeja od pierwszego spojrzenia, a że nowy „braciszek” szybko stał się ulubieńcem pozostałych dzieci, Zbożeniowie wystąpili 21 października 2003 r. do sądu w Myślenicach o definitywne ustanowienie ich rodziną zastępczą dla najmłodszej pociechy. Załączyli bardzo temu rozwiązaniu sprzyjającą opinię specjalistów z PCPR i spokojnie oczekiwali na werdykt, gdyż wiedzieli już, że miesiąc wcześniej sąd pozbawił wyrodnych małżonków K. władzy rodzicielskiej nad wszystkimi ich synami i córkami, z zakazem osobistej styczności włącznie.

I wtedy rozpoczęły się bardzo dziwne proceduralne przepychanki. Gdy sprawa Andrzeja i Zbożeniów czekała na rozpatrzenie, myślenicki sąd po cichu ustanowił 19 listopada 2003 r. tzw. opiekuna prawnego (w osobie Małgorzaty Michalak, mieszkanki Krakowa) dla całej siódemki dzieci odebranych małżonkom K. (sygn. akt III Nsm 288/03). W tym momencie organem właściwym do podejmowania decyzji o dalszym ich losie (również Andrzeja) stał się Sąd Rejonowy dla Krakowa Podgórza, dokąd Myślenice (postanowieniem z 1 grudnia 2003 r.) odbiły wniosek Zbożeniów.

– O tym, że Andrzejek ma prawnego opiekuna, dowiedzieliśmy się od pani Michalak, gdy w grudniu odwiedziła nas po raz pierwszy. Wpadła dosłownie na pięć minut, żeby zauważyć: „O, jaki podobny do naszego Krzysia! Widać, że też downowaty”. Chodziło o podobieństwo chłopca do jego – starszego o 4 lata – braciszka, przebywającego na Rajskiej. Po raz kolejny przyjechała na krótko w marcu, zaś w październiku 2004 r. pani Michalak towarzyszyła kobieta, która przedstawiła się jako dyrektorka krakowskiego „Dzieła pomocy dzieciom” i przekonywała nas, abyśmy oddali tam Andrzejka, gdyż brak kontaktu z rodzeństwem jest dla niego bardzo szkodliwy – dodaje pan Jan (faktem jest, że rodzeństwa i tak nie da się zebrać w jednej rodzinie – dop. red.).

Sąd rodzinny przez ponad rok nie mógł zdecydować, co zrobić z wnioskiem Zbożeniów o ustanowienie ich rodziną zastępczą dla Andrzeja K. Analiza akt daje nam podstawę do oceny, że do odmowy brakowało jakiegoś dobrego pretekstu. Dostarczyli go fachowcy z Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego przy Sądzie Okręgowym w Krakowie, którzy stwierdzili (opinia z 29 października 2004 r.), że Lucyna i Jan absolutnie się do sprawowanej roli… nie nadają! Powód?

„Warunki małoletniego Andrzeja nie wydają się korzystne – duża liczba starszych od niego dzieci, opiekunowie zajęci pracą, raczej nie kwalifikujący się do przyszłej roli jego rodziców z uwagi na poważny już wiek (48 i 54 lata – dop. red.). Trudno o pozytywne prognozy co do przyszłej sytuacji małol. Andrzeja, jego dalszego wychowania, rozwoju. Obecnie istnieją sugestie, iż rozwój emocjonalny dziecka nie jest prawidłowy, iż ujawnia cechy choroby sierocej, nadpobudliwości, agresywności” – napisano w opinii, odnoszącej się – przypomnijmy – do 10-miesięcznego wówczas dziecka.

Inne zarzuty to „nieco zaborczy” stosunek Lucyny do dziecka oraz nadmierna samodzielność jej pozostałych podopiecznych, przejawiająca się w tym, że starsze dzieci… pomagają w pracach domowych, a pod nieobecność dorosłych zajmują się maluchami.

Co ciekawe – mamy przed sobą dwie opinie (z tego samego ośrodka) odnoszące się do tych samych rodziców zastępczych i ostatnich dzieci (przygarniętych krótko przed Andrzejem) – niespełna półtorarocznego wówczas (październik 2001 r.) Sebastiana oraz 4-letniej (marzec 2002 r.) Małgorzaty. Okazuje się, że według pierwszej „opiekunowie Lucyna i Jan Zbożeń zapewnili małol. bardzo dobrą, troskliwą opiekę, zaspokajają wszystkie ważne potrzeby dziecka, dostarczają odpowiednich bodźców rozwojowych…”.Ale tak entuzjazmowali się specjaliści od dzieci, gdy nie było na nie chętnych. Teraz raptem zmienili zdanie…

– Psycholog czy pedagog ma prawo do ocen i ja tego prawa nie kwestionuję. Boli mnie jednak, że opinia zawiera także ewidentną nieprawdę. Kłamliwy jest między innymi zarzut, że nie poświęcamy dzieciom wystarczająco dużo czasu, oparty o spostrzeżenie pani Michalak, kiedy to podczas jednej z jej wizyt akurat nie było mnie w domu, mąż krzątał się na podwórku, a Andrzejek bawił się w mieszkaniu ze starszym dzieckiem. Sugestie o nieprawidłowym rozwoju Andrzejka, jego agresji oraz oznakach choroby sierocej są wyssane z palca. Albo moja miłość, interpretowana jako naganna zaborczość… Podczas badania w ośrodku nieco wystraszone sytuacją dziecko uspokoiło się dopiero wtedy, gdy wzięłam je na ręce i przytuliłam. Bardzo im się to nie spodobało i pani psycholog zwróciła mi nawet uwagę – mówi Lucyna.

Jednak to nie słowa, lecz kwity się liczą: gdy sędzia Sylwia Skotnicka miała już „podkładkę”, sprawa potoczyła się z górki i 10 lutego 2005 r. wniosek Zbożeniów  o ustanowienie ich rodziną zastępczą został oddalony, gdyż „byłoby to dla małoletniego zdecydowanie mniej korzystne, niż pozostawienie go w placówce wychowawczo-opiekuńczej”. Tym bardziej że: „Ośrodek Adopcyjno-Opiekuńczy »Dzieło pomocy dzieciom« podjął starania w kierunku przysposobienia małoletniego Andrzeja, lecz kandydaci na rodziny adopcyjne rezygnują, obawiając się konfrontacji z wnioskodawcami, którzy okazują bardzo silne przywiązanie do Andrzeja”– czytamy w uzasadnieniu postanowienia (sygn. III Nsm 14/04/P).

Miesiąc później sędzia Skotnicka nakazała Lucynie i Janowi dostarczyć dziecko na Rajską, a 29 kwietnia 2005 r. Sąd Okręgowy  w Krakowie nadał tej decyzji cechę prawomocności. Rozpaczliwe próby oddalenia terminu egzekucji poprzez odwołanie się do uczuć urzędników Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Krakowie, któremu sąd powierzył wykonanie orzeczenia o odebraniu chłopca Zbożeniom, nie pomogły, gdyż – zgodnie z obowiązującym prawem – pomóc nie mogły.

Finał jest taki, że Andrzeja właśnie zabrano z domu, gdzie przez 23 miesiące był ukochanym synem i bratem, aby zamknąć go w złotej klatce o nazwie „Dzieło pomocy dzieciom” oraz szukać dlań chętnych do adopcji.

Udało nam się przeniknąć do tej klatki.

###

Placówka jest finansowana przez samorząd. Do 31 grudnia 2004 r. dotację otrzymywali jezuici, którzy prowadzili „Dzieło”. Obecnie rolę tę przejął personel świecki, któremu na okres od 1 stycznia 2005 r. do 31 grudnia 2009 r. prezydent Krakowa powierzył zadania interwencyjne oraz opiekuńczo-wychowawcze dla 50 dzieci (Zarządzenie nr 1957/2004). Oczywiście nie za friko  – „Dzieło” otrzymuje na ten cel 1 mln 92 tys. zł rocznie, czyli 1820 zł miesięcznie na jedno dziecko! Dla porównania: Zbożeniom państwo pomaga kwotą 590 zł miesięcznie, z czego 50 zł odkładają każdemu dziecku na książeczkę systematycznego oszczędzania.

###

„Dzieło” – reklamujące się, jako „placówka niepubliczna o charakterze katolickim” – zajmuje parter kilkupiętrowej kamienicy. Po opustoszałych pomieszczeniach obijał się tylko Andrzejek wraz z 5-letnią Dagmarą – reszta wychowanków była w szkole. Wśród nich 8-letni Łukasz, ostatni z rodzeństwa K., który pozostał jeszcze na Rajskiej, gdyż nie znaleziono dla niego rodziny adopcyjnej.

Andrzej na widok Lucyny (pozostawiono jej prawo odwiedzin co drugi dzień) i Sylwka, jednego ze swoich dziekanowickich „braci”, oszalał ze szczęścia. Rozpaczał, gdy ponura pracownica „Dzieła” oznajmiła nam po niespełna 30 minutach, że mamy się wynosić, bo właśnie zabiera dzieci na spacer. Chłopiec pozwolił się ubrać tylko Lucynie. Musiała najpierw obiecać, że pójdziemy razem z nim. Okazało się, że nie wolno. Uciekliśmy, żeby nie patrzeć na łzy i nie słyszeć porażającego łkania…

„Pomóżcie nam w odzyskaniu przybranego brata. Mamy najlepszych rodziców, jakich możemy mieć. Błagamy, prosimy, miejcie serce i litość nad nami i Andrzejkiem, żeby jak najszybciej wrócił do domu”– napisały dzieci z Dziekanowic we wspomnianym na wstępie liście.

Mamy serce, a naszym orężem nie jest wyłącznie pióro. Będziemy więc nie tylko bardzo uważnie przyglądać się sprawie, zainteresujemy wszelkie kompetentne do jej rozwikłania instytucje – od Rzecznika Praw Dziecka poczynając, poprzez Krajową Radę Sądownictwa, na Prezydencie RP – kończąc.

Tymczasem Lucyna i Jan chwycili się ostatniej szansy:

– Skoro sąd uważa, że trzeba dążyć do połączenia rodzeństwa, gotowi jesteśmy na adopcję obu chłopców. Zarówno Andrzejka, jak i Łukasza. Złożyliśmy wniosek, teraz czekamy na decyzję.

Czy ktoś jeszcze, tam w Krakowie, ma serce? I litość?

[2005] FaktyiMity.pl Nr 41(293)/2005

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: