Parafianin ostrzega: Niech się ksiądz rozliczy z pieniędzy!

Na szczycie kościoła pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Rakszawie Dolnej krzyż niebezpiecznie obniżył się ze starości. Przez ten krzyż część parafian podniosła bunt. I przez postawę proboszcza Marka Rybki.

Dla wielu z nich niepojęte było, że ksiądz proboszcz co rusz ogłasza zbiórki pieniężne na to i na owo, bo kościół i parafia w potrzebie, a krzyż na kościelnej wieży chyba gdzieś na końcu listy tych potrzeb, skoro coraz z nim gorzej. Do arcybiskupa Józefa Michalika pisali członkowie rady parafialnej, alarmowali metropolitę przemyskiego, że ich proboszcz zupełnie dowolnie wydaje parafialne pieniądze.

Nie wiadomo ile i nie wiadomo na co, świątynia stuletnia im się wali, proboszcz wyciął lipy przykościelne i tylko Pan Bóg wie, co się z drewnem stało. Pierwszy błagalny list o interwencję z kurii przemyskiej pozostał bez echa. W drugim postawili sprawę jasno: „Na ostatnim posiedzeniu Rada Parafialna nie przyjęła sprawozdania finansowego Ks. Proboszcza z kwoty 194 tys. zł, gromadzonych na tzw. „koncie organowym” przez wiernych, tj. w okresie ok. 4 lat”.

– Kościół się walił, a proboszcz remontował budynek starej plebani, w którym było niewielkie pęknięcie rury – opowiada jeden z członków byłej rady parafialnej. Byłej, bo oporną radę proboszcz rozpędził na cztery wiatry. – A na nasze pytania: po co ten remont, proboszcz powiedział, że rada wcale nie musi o tym wiedzieć, bo remont zaakceptował już ksiądz arcybiskup.

Według księdza Rybki wycinkę przykościelnych lip i 70 dębów i sosen z parafialnego lasku też zaakceptował arcybiskup, co miało wątpiącym w jej sens ostatecznie zamknąć usta. Nie zamknęło, skoro rozwiązana rada pisała do arcybiskupa Michalika: „Jako Rada Parafialna reprezentujemy ogół wiernych naszej parafii. Z tej racji bardzo często kierowanych jest do nas szereg pytań ze strony wiernych. To nie są przyjemne pytania. Po co wy jesteście? Dlaczego nie reagujecie? Niech się wreszcie rozliczy z naszych pieniędzy. Po co mu remont starej plebani?”.

Z pół tysiąca wiernych z Rakszawy Dolnej podpisało się pod listem do arcybiskupa i pod prośbą o interwencję. Nie doczekali się żadnej. Zaczęli odpływać z rakszawskiej parafii. Do tych w Smolarzynie, w Dąbrówkach, w Żołyni, nawet do odległego Łańcuta. Byli członkowie byłej rady parafialnej złożyli broń i odeszli. Proboszcz Rybka został.

Skoro po dobroci się nie da…

Tylko Stanisław Kościółek się zaparł. Bogu pozostał wierny, ale z parafią w Rakszawie wziął rozbrat. Przynajmniej dopóki rządzi w niej ksiądz Rybka. Skoro rada parafialna nie zdołała uzyskać informacji, na co poszło 194 tysiące uzbierane na organy, to on spróbuje się dowiedzieć.

Wprawdzie w rakszawskim kościele pojawiły się organy, ale wcale nie nowe i na pewno nie warte prawie 200 tysięcy, jakie wierni zgromadzili na bankowym rachunku. Może jakieś 60 tysięcy na nie poszło. A co z resztą pieniędzy? Skoro tej wiedzy nie można było posiąść po dobroci, to Kościółek spróbował inaczej. Wynajął adwokata, adwokat napisał do ks. Rybki: „Rada Parafialna zebrała i przekazała księdzu kwotę ok. 180 tys. zł na zakup organów i remont kościoła, w tym renowację tzw. wieżyczki na kościele.

Parafianie twierdzą, że co prawda ksiądz zakupił organy kościelne za kwotę 60 tys. zł., niemniej jednak pozostała kwota pieniędzy nigdy radzie parafialnej nie została zwrócona, ani też nie został przedstawiony w tym zakresie dokument potwierdzający ich rozdysponowanie”. Adwokat, w imieniu klienta – parafianina – darczyńcy, prosi proboszcza o pilny kontakt i wyjaśnienie sprawy. I jeszcze zastrzega, że Kościółek nosi się z zamiarem powództwa cywilnego przeciwko ks. Rybce, a nawet zawiadomienia prokuratury.

– Bo przecież to nie są księdza prywatne pieniądze, a parafialne – oburza się Kościółek. – I niech się rozliczy, albo zwróci je parafii. I to już nie jest prośba, tylko żądanie.

Do spółki z adwokatem odczekali kodeksowe trzy tygodnie na odpowiedź proboszcza. Krótka była. I stanowcza: „W odpowiedzi na Pana list uprzejmie informuję, że nie zamierzam odpowiadać na wyrażone w nim insynuacje, sformułowane przez Pana mocodawcę. Nie zamierzam podejmować również jakiejkolwiek rozmowy, czy też korespondencji na ten temat. Dalszą korespondencję w tym temacie i stawianie bezzasadnych zarzutów przez Pana, jako Pełnomocnika Pana Stanisława Kościółka zmuszony jestem uznać, jako bezprzedmiotową. Jako od ludzi honoru oczekuję więc od Panów oficjalnych przeprosin”.

Pewnie to żądanie przeprosin rozsierdziło Kościółka najbardziej, bo do przemyskiej Kurii Archidiecezjalnej i do Watykanu wysłał kolejne pisma z historią sporu i prośbą o interwencję. Z sugestią, że jak nie będzie interwencji od zwierzchników proboszcza, to pozostanie doniesienie do prokuratury. A z księdzem proboszczem gadać już nie chciał, nawet za pośrednictwem adwokata. Niech sobie teraz prokuratura i sąd z proboszczem gadają. I już był bliski oddania sporu w ręce organów ścigania, kiedy zareagowała Kuria.

– Dzwonili do mojego adwokata, że chcą rozmawiać – mówi z satysfakcją.

Tymczasem proboszcz z wikariuszem ruszyli po kolędzie bożonarodzeniowej. Z listą. Jak ktoś chce remontu i rozbudowy kościoła, to niech się wpisze i podpisze.

– Nie podpisałem – zdradza jeden z parafian. – Ja nie wiem, czy proboszcz nie potraktuje tego, jako zobowiązania do wpłaty na konto remontu. Już nie raz dawałem i remontu nie widać.

– I wcale mu się nie dziwię – ocenia Kościółek. – Nie on jeden w Rakszawie nie podpisał. Ludzie się boją, że ksiądz potraktuje taki podpis, jak weksel: podpisałeś, to płać.

A kościół w ruinie…

Ci, którzy podpisali i ci, którzy nie podpisali, pewnie nie mają pojęcia, że ich świątynia w Rakszawie Dolnej od pół roku nie powinna funkcjonować. I to na mocy prawa. Bo w każdej chwili może grozić zawalenie. Proboszcz doskonale o tym wie, skoro specjalistyczną ekspertyzę rzeczoznawcy budowlanego sam dostarczył do Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego w Łańcucie.

– Ks. Marek Rybka informuje nas o „mogącym wystąpić bezpośrednim zagrożeniu bezpieczeństwa ludzi i mienia w obiekcie kościoła parafialnego w Rakszawie” – precyzuje powiatowy inspektor, inż. Krystyna Lew-Ner. – I wzywa nas do przeprowadzenia kontroli.

Kontrolerzy PINB stawili się w Rakszawie w połowie czerwca ub. roku i wtedy proboszcz wręczył inspektorom opinię rzeczoznawcy. A ten napisał, że kościół pw. Podwyższenia Krzyża Świętego „jest w złym stanie technicznym i dalsze użytkowanie stanowi zagrożenie bezpieczeństwa jego użytkowników”. Długa jest lista tego, co trzeba zrobić, żeby kościół nie runął wiernym na głowy. Od kruszących się fundamentów, przez przeżarte przez korniki elementy drewniane stropu, aż po zapadający się dach. Inspektorzy PINB w Łańcucie sami chcieli się upewnić co do stanu obiektu, przeprowadzili badania i wyszło im to, co w ekspertyzie rzeczoznawcy.

– Na podstawie tej opinii 14 lipca inspektorat wydał decyzję zakazującą użytkowania kościoła – dodaje pani inspektor. – Ksiądz obiecał, że ma w dyspozycji punkt parafialny lub inny obiekt, w którym organizował będzie uroczystości i nabożeństwa.

A pisemna informacja o stanie obiektu trafiła i do przemyskiej kurii i do wojewódzkiego konserwatora zabytków.

Obiecał, słowa nie dotrzymał

Od połowy lipca proboszcz ma w ręku kwit inspektoratu, że do świątyni nikt nie ma prawa wejść, a teren wokół powinien być odgrodzony i opatrzony stosownymi tabliczkami zakazującymi wstęp. Przynajmniej dopóki nie zostaną przeprowadzone prace remontowe. Tymczasem ludzie wciąż się tu żenią, chrzczą, udają w ostatnią drogę i co niedzielę przychodzą na spotkania z Bogiem. I – poza proboszczem – pewnie nikt z nich nie wie, że kościół powinien być zamknięty.

– Zaskoczona jestem taką sytuacją – pani inspektor nie kryje zdziwienia, bo spodziewała się, że jasna decyzja administracyjna powinna być bezwzględnie respektowana. – Uroczystości religijne odbywają się albo w dni świąteczne, więc wolne od pracy, albo wieczorem, po godzinach pracy inspektoratu, stąd trudność w skontrolowaniu stanu faktycznego.

Tym bardziej jest zaskoczona, że to sam proboszcz zwrócił się do inspektoratu z prośbą o inspekcję i sam zapewnił, że dysponuje zastępczym miejscem do posługi.
– Spodziewałam się, że zrobił to w trosce o bezpieczeństwo parafian, a naturalną kontynuacją tej troski było zamknięcie obiektu – dodaje pani inspektor. – Nie wiem, co o tym sądzić.

Na pytania o spór z parafianami, o stan świątyni, o respektowanie nakazu inspektoratu, ks. Marek Rybka miał dla Nowin tylko jedną odpowiedź: – Nie mamy o czym rozmawiać. Dziękuję. Do widzenia.

[2011] Nowiny24.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: