Księżałki

Sekscesy, hazard, alkoholizm… W Kościele bez zmian. Owieczki przywykły.

Śledząc prywatne życie księży objeżdżam kilka parafii położonych na pograniczu województwa podlaskiego i warmińsko-mazurskiego.

– Pani by się za jakim wielebnym rozejrzała. Niczegowata jeszcze. Samochód zmienić warto – życzliwie radzi staruszka w jednej z wiosek taksując wzrokiem moją starą S˘kodę. – Ale nasz zajęty – uprzedza.

Bambus

Żyliny. Drewniany, zaniedbany kościół. Lepsza plebania. Jeden sklep. Kiedyś był bar, ale padł. Parafianie cenią urzędującego proboszcza.

– Obliczalny – mówią.

Poprzednik pół życia spędził na misjach. Musiał tęsknić za Afryką, bo postanowił, że wybuduje plebanię z bambusa. Kosztowne gówno. Żądał po 50 zł miesięcznie od dymu. Groził, że jak nie dadzą, to nie pochowa. Z ambony obrażał ludzi. Pisali do biskupa, grozili, że zamkną kościół na kłódkę. Ściągnęli prasę.

– Zapowiedział, że mnie zastrzeli z dubeltówki – opowiada dziennikarka z „Kuriera Porannego”.

Postawili na swoim. Biskup zabrał proboszcza do popegeerowskiej wioski za Ełkiem. Skończył w piwnicy plebanii porażony prądem. Uznano, że to nieszczęśliwy wypadek.

Trup

W Lubelskiem umarła matka rezydującego wówczas w Ełku biskupa Zięby. Księżom wypada jeździć na takie pogrzeby. W Żylinach rządził już nowy proboszcz. Skrzyknęli się we trzech, ale to on usiadł za kółkiem. Jechał za szybko. W Halasach wyprzedzał autobus. Nie zauważył, że skręca w lewo… Proboszcz z suwalskiej parafii Błogosławionej Salawy zmarł na miejscu. Proboszcz z parafii św. Piotra i Pawła przez kilka lat uczył się chodzić.

– Czy zabójca może udzielać sakramentów? – nagabuję wychodzącą z kościoła starowinkę.

– A czy w piekle jest gorąco? – pyta.

Prasa

O spowodowanie wypadku, czyli niezachowanie należytej ostrożności na drodze, prokuratura oskarżyła i proboszcza z Żylin, i kierowcę autobusu, bo mógł przepuścić księży, skoro się spieszyli. Lokalny dziennikarz poprosił księdza o komentarz.

– Po co o tym pisać? – zdziwił się duszpasterz. Mimo wszystko w gazecie ukazała się sucha informacja.

– Tego samego wieczoru, późno, proboszcz zadzwonił do mnie do domu. Wyzywał, straszył – opowiada pismak. Mógł opisać zachowanie wielebnego albo machnąć pisemko do prokuratora czy biskupa. Ograniczył się do zmiany i zastrzeżenia numeru telefonu.

Dziecko

Proboszcz z Filipowa wiózł dwie babki. Zagadał się. Nie zauważył rozjazdu ani czerwonych świateł. Potrącił przechodzącego po pasach na zielonym świetle 8-latka. Chłopiec upadł, wielebny zatrzymał się, zerknął i dodał gazu. Audi rozpłynęłoby się we mgle, ale ruszył za nim przypadkowy kierowca, chłop z okolicznej wioski. Dopadł wielebnego po dwóch kilometrach pościgu. Dzieciak ze wstrząsem mózgu wylądował w szpitalu. Wydobrzał, więc piszę o tej sprawie z czepialstwa.

Majątek

Rodzeństwo twierdzi, że Dorota M. ma w głowie bałagan. Zamiast na pogrzeb matki, poszła do fryzjera. Nigdy nie pracowała, gada od rzeczy, nie kojarzy faktów. Przed śmiercią starsza pani zdążyła zapisać jej dom z 70-arową działką w Kukowie. Dorota chodziła głodna i brudna, więc opieka społeczna umieściła ją w domu pomocy pod Białymstokiem. W czerwcu 2004 r. przyjechał z wizytą proboszcz Szymon Klimaszewski i zabrał parafiankę na spacer. Wpadli do notariusza.

– W lipcu 2004 r. przeczytałam ogłoszenie, że ktoś sprzedaje ojcowiznę – opowiada bratowa Doroty M. – Był numer telefonu, zadzwoniłam. Facet chciał 60 tys. zł. Nie wiedziałam jeszcze, że to ksiądz.

Potem poprosiła, żeby jako osoba duchowna i niepazerna chociaż odpalił teściom na pomnik. Odmówił, zameldowała więc prokuraturze o przestępstwie. Śledztwo umorzono, bo formalnie wszystko jest w porządku. Nieruchomość była własnością Doroty M. Przekazała ją księdzu aktem notarialnym, wyceniając dar na 6 tys. zł. Mogła tak zrobić, bo nie jest ubezwłasnowolniona. Ksiądz nieruchomość sprzedał.

Dorota M. jest przekonana, że ziemia i dom w Kukowie nadal są jej własnością. Zapewnia, że jak się lepiej poczuje, wróci, bo chce umrzeć na starych śmieciach.

Kobieta

Możne oddziela od powiatowego Olecka jezioro. Asfaltówką będzie ze trzy kilometry. Ładne i wygodne miejsce na mieszkanie. Pod lasem kilka nowych domów. Miejscowi mówią, że najokazalszy o powierzchni 400 mkw. ma dwóch właścicieli: proboszcza z Żylin i lekarkę z Olecka.

– Ziemia należy do nich obojga. Tak wynika z nakazów płatniczych. Koło dwóch hektarów. Podatki płacą, a jakże – mówi sołtys.

Doktorka pokazuje się z księdzem w towarzystwie. Oboje przekroczyli czterdziestkę.

– On w sweterku albo w garniturze. Bez koloratki. Dowcipny, za kołnierz nie wylewa. Z rok minął, zanim dopatrzyliśmy się, że to klecha – opowiada sąsiad.

Karty

19 września 2004 r. w Olecku było podwójne święto. Huczne dożynki zbiegły się w czasie z awansem miejscowego proboszcza na infułata. Po celebrze uroczysty obiad na plebanii, potem wódka i karty. Nie farciło się dobrodziejowi z Żylin. Żeby się odkuć, postawił dom w Możnem. Przegrał. Ponieważ uważa się za uczciwego człowieka, napisał infułatowi stosowny dokument. Tak opowiadają mieszkańcy Możnego.

Lekarze inaczej pojmują honor niż księża. Plotka chce, że doktorka przekonała infułata do zwrócenia chałupy w bardzo prosty sposób. Zagroziła, że pójdzie do „NIE” i opowie o prawdziwym życiu prowincjonalnego kościoła.

Jakie jest to życie? Trochę kobiet. Więcej kart i wódki. Przecież jesienno-zimowe wieczory długie i nudne. Ostatnio któryś z proboszczów przegrał samochód. Proboszcz z Raczek – kościelnego. Proboszcz z Filipowa – cmentarz. Szczęśliwym posiadaczem tego cmentarza, czytaj pożytków finansowych, takich jak opłaty za miejsca do pochówku i stawianie pomników, ma być teraz proboszcz z Bakałarzewa.

Pukam do plebanii w Bakałarzewie. Mężczyzna pod pięćdziesiątkę słucha życzliwie. Nie mówi, że karty to wymysł szatana, a o pokerze czytał jedynie w gazetach.

– Eeee… – macha ręką. – Cmentarz? A co ja bym robił z cudzym cmentarzem?!

Pukam do plebanii w Żylinach. Dopytuję o dom w Możnem, karty i uzdrawiający wpływ lekarki.

– Jak coś pani napisze, podam do sądu – straszy gospodarz, trzaskając drzwiami przed samym nosem.

Stabilizacja

– Szczęście, że proboszcz ma babę – cmokają ludzie w Żylinach. – Baba na stałe to stabilizacja. Nie to, co na dochodne. Na dochodne wiadomo – kwiatki, kolacyjki, hotele, prezenty. Koszty.

Lekarka jest na stałe i ma charakter. Odzyskała dom. Dla siebie, księdza i poniekąd dla parafii. Gdyby nie ona, proboszcz żądałby podwójnych tac.

[2004] NIE.com.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: