FiM – Powtórka z Paetza

Afera z arcybiskupem Paetzem, którą ujawniły „FiM”, już ucichła, ale mamy kolejną. Ksiądz ze ścisłego kierownictwa Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Poznaniu molestował seksualnie kleryka.

Marek P. od dziecka nosił w sercu myśl o kapłaństwie. Po maturze podjął pracę i choć wiodło mu się całkiem nieźle, pod koniec września 2001 r. uznał, że powołaniu przeciwstawić się nie zdoła. Za radą zaprzyjaźnionego kleryka z seminarium duchownego orionistów w Zduńskiej Woli postanowił sprawdzić się jeszcze poprzez tzw. postulat – formę szkolnej zerówki – poprzedzający właściwą edukację. W efekcie rozmowy z ks. Marianem Klisiem, prowincjałem Zgromadzenia Księży Orionistów w Warszawie, Marek P. został skierowany do Specjalnego Ośrodka Wychowawczego im. bł. Alojzego Orione w Kaliszu, zajmującego się dziećmi z lekkim upośledzeniem umysłowym. Pracował tam do 4 marca 2002 r., odszedł ze świetną opinią wystawioną przez dyrektora ośrodka, ks. Janusza Nowaka, oraz definitywnym postanowieniem wstąpienia do Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Poznaniu.

Bez wysiłku zdał egzaminy do ASD, co automatycznie dawało mu również indeks studenta Wydziału Teologicznego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Ponieważ w rodzinie Marka P. bieda aż piszczy, wystąpił o zezwolenie na zakwaterowanie w seminarium jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego. Otrzymał zgodę, o czym zakomunikował mu ksiądz Andrzej Magdziarz  – jeden z prefektów (funkcja ściśle kierownicza) ASD. Marek P. zamieszkał w seminarium już 31 sierpnia 2002 roku.

Rok szkolny 2002/2003 poznańskie seminarium duchowne zainaugurowało z radykalnie zmienioną kadrą, a personalne roszady były ściśle związane z aferą arcybiskupa Juliusza Paetza. I tak: nowym rektorem został ks. Paweł Wygralak, a prefektami – ks. Paweł Skrzypczak i ks. Andrzej Magdziarz. Funkcje ojców duchownych sprawowali ks. Marian Sikora i ks. Damian Bryl (jedyny z byłego kierownictwa), zaś prokuratorem (dyrektorem ekonomicznym) został ks. Janusz Buduj.

– Jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego, pod opieką ojca duchownego pierwszego roku, byliśmy na rekolekcjach w Zaborówcu. Ksiądz Sikora powtarzał: „Jeśli widzisz, że brat popełnia zło – napomnij go w cztery oczy. Gdy to nie pomoże – uczyń to przy świadkach. Później donieś o tym Kościołowi”. Przy każdej okazji przewijały się wezwania do donosicielstwa – wspomina Marek P. – Po powrocie do Poznania, oprócz normalnej nauki, bardzo wiele czasu poświęcano naszej formacji duchowej. Każdy z chłopaków musiał dokładnie i systematycznie wypełniać rachunek sumienia na specjalnym formularzu. Spowiedź – wymagana co najmniej raz na dwa tygodnie; egzorty, czyli cotygodniowe spotkania z ojcem duchownym, oraz egzorty ogólnoseminaryjne prowadzone na ogół przez księdza rektora.

Marek P. uśmiecha się, wspominając pierwsze miesiące nauki. Jedynie gdy mówi o tzw. scrutinium, jego twarz zmienia wyraz. Tłumaczy: – To rozmowa w cztery oczy z ojcem duchownym lub prefektem. Żądanie donosów. Podchwytliwe zaczepki typu „słyszałem, że…” Iksiński to czy tamto lub kategoryczne: „czy jest coś, co Matka Kościół wiedzieć powinna?”. Wybrano mnie seniorem roku (odpowiednik szkolnego przewodniczącego klasy – dop. A.T.), więc ciągany byłem na zwierzenia częściej niż inni.

20 listopada Marka P. wezwał na scrutinium opiekujący się I rokiem prefekt seminarium ks. A. Magdziarz.

– To było pierwsze spotkanie z nim w cztery oczy. Dokładnie zapamiętałem jedno z pytań, jakie mi wtedy zadał: „Czy na roku nie zawiązują się ciepłe układy?”. Miał przy tym taki obleśny uśmieszek… Nie miałem pojęcia, o co mu chodzi, więc na wszelki wypadek zaprzeczyłem.

Wkrótce doszło do ponownego spotkania z księdzem prefektem.

– To było 11 lub 12 grudnia w porze studium (godziny między obiadem a kolacją przeznaczone na naukę – dop. A.T.). Zażądał, żebym przyszedł, bo chce porozmawiać na temat kursu. Zdziwiło mnie, że drzwi zamknął na klucz. Najpierw pytał, co się dzieje, czy nie ma konfliktów. Potem nawiązał do mojej pracy przed seminarium. Wiedział, że często jeździłem służbowo do Holandii. Wstał z fotela i usiadł obok mnie na kanapie. Ciekawiło go, czy widziałem „czerwoną” – jak to określił – ulicę. Pytał, co myślę o związkach między mężczyznami i w pewnym momencie zaczął mnie obejmować i pieścić. Byłem jak sparaliżowany, nie wiedziałem, jak zareagować, a on do mnie: „Nie wykręcaj się, bo swój swojego zawsze pozna”. Byłem przerażony sytuacją i oszołomiony. Do dzisiaj nie wiem, jak jego członek znalazł się w moich ustach. Trzymał mnie mocno za głowę. Wyrwałem się tuż przed „finałem” choć prosił, żeby mógł skończyć w ustach… Gdy wychodziłem przypomniał, że nawet gdy jesteśmy sami mam zwracać się do niego „proszę księdza”.

Pomińmy szczegóły oralnego stosunku płciowego, które Marek P. relacjonuje bardzo skrupulatnie. Niejako w nagrodę ks. prefekt zakomunikował alumnowi decyzję o umorzeniu jego zadłużenia z tytułu czesnego.

– Wkrótce mieliśmy wyjeżdżać do przydzielonych nam parafii, aby pomagać przy liturgii Świąt Bożego Narodzenia. Ksiądz prefekt na egzorcie uprzedzał, abyśmy nie ulegali pokusom homoseksualnym, bo „mamy ten problem w archidiecezji”. Dokładnie tak powiedział – wspomina Marek P.

Klerycy wrócili do seminarium 5 stycznia br. Marek P. bez trudu zaliczył sesję egzaminacyjną (na dowód pokazuje mi indeks), jedynie ze śpiewem u ks. prałata Szymona Daszkiewicza miał poważne kłopoty.

– 31 stycznia rozpoczynała się przerwa międzysemestralna. Ksiądz prefekt wezwał mnie po raz kolejny. Powiedział, że ksiądz Daszkiewicz był jego prefektem w okresie seminaryjnym i do dzisiaj mają świetny kontakt.

Znów drzwi na klucz, odsuwanie stołu, by rozłożyć wersalkę i… konsekwentnie pomińmy szczegóły, tym razem doodbytniczego stosunku płciowego. Bądź co bądź w indeksie Marka P. figuruje zaliczenie śpiewu, opatrzone datą 5 lutego 2003 r.

Kilka dni później doszło do „trzeciego razu”.

– Kazał mi przyjść, żeby omówić plan pracy na kolejny semestr, bo wciąż byłem seniorem. Gdy już się usatysfakcjonował, chwilę rozmawialiśmy. Ksiądz prefekt przyznał, że „popełniliśmy grzech, ale z tych do rozgrzeszenia”. Powiedziałem bardzo kategorycznie, że więcej się na to nie zgodzę, że nie potrafię tak dalej żyć. W takim zakłamaniu.

Od tego czasu atmosfera wokół Marka P. zaczęła gęstnieć. Choć niektórzy koledzy z kursu ujawniali mu, że jest stałym obiektem dyskusji i pytań podczas scrutinium, oddychał z ulgą, bo ksiądz prefekt zdawał się o nim zapomnieć. Czasem, w późnych godzinach, przychodził jeszcze do pokoju swojego wychowanka i rozglądał się jakby szukał jakiegoś „haka”.

– Jeszcze 25 marca podczas odpustu seminaryjnego wszystko było w jak najlepszym porządku. Nazajutrz, z samego rana, zostałem wezwany do gabinetu księdza rektora. Przy rozmowie obecny był również ksiądz Magdziarz, ale się nie odzywał. Ksiądz Wygralak powiedział tak: „Doszedłem do wniosku, że twoim powołaniem nie jest stan kapłański i lepiej sobie poradzisz w świecie świeckim”. Zapytałem o konkretny powód tej opinii. „Nie potrafiłbyś żyć w czystości” – odparł i dał mi dwie godziny na opuszczenie seminarium. „Nawet nie próbuj odwoływać się do arcybiskupa (Stanisława Gądeckiego – dop. A.T.), bo to nic nie da” – przestrzegł, gdy już wychodziłem z gabinetu.

Rozmawiałam z Markiem P. przez wiele godzin, więc z jego zwierzeń ujawniam zaledwie fragment. Wybrany ku przestrodze rodziców oraz ich synów poddawanych w Poznaniu „testom z powołania kapłańskiego” przez seminaryjnego przełożonego. A może prokuratura zechce zbadać, czy przedstawione wydarzenia nie wyczerpują znamion przestępstwa określonego w art. 199 kodeksu karnego („Kto, przez nadużycie stosunku zależności lub wykorzystanie krytycznego położenia, doprowadza inną osobę do obcowania płciowego lub do poddania się innej czynności seksualnej albo do wykonania takiej czynności, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”)? A przy okazji – podobno arcybiskup Paetz ma się świetnie…

[2003] FaktyiMity.pl Nr 25(172)/2003

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: