FiM – Więzień sołtysa i proboszcza

Proboszcz poczuł się dotknięty, a sołtys – znieważony, więc posłuszni władzy policjanci wsadzili podejrzanego o obrazę majestatu za kratki.

Wieś Lutoryż (gm. Boguchwała, woj. podkarpackie) słynęła dotychczas z dorocznych, zainicjowanych w 2005 roku, festiwali muzyki organowej i kameralnej. Inspiracją do powstania tej tradycji był unikalny instrument znajdujący się w miejscowym kościele parafialnym Matki Bożej Częstochowskiej i św. Józefa oraz znakomite warunki akustyczne świątyni. Imprezy odbywały się pod honorowym patronatem biskupa rzeszowskiego Kazimierza Górnego, z błogosławieństwem proboszcza ks. kanonika Stanisława Boratyna, a pomysłodawcą, sprężyną, organizatorem, kierownikiem artystycznym i wszystkim, co tylko potrzeba, był 32–letni Przemysław L., absolwent krakowskiej Akademii Muzycznej, pracujący w parafii na półetacie organisty.

Muzyk mieszka wraz z rodzicami w C., rzut beretem od Lutoryża. W czwartek o godz. 7 (dni tygodnia i czas są istotne) przyjechali do niego nieoznakowanym samochodem policjanci z Komendy Miejskiej Policji w Rzeszowie. Dowodzący akcją machnął mu przed nosem legitymacją i okazał nakaz przeszukania podpisany przez kierownika ich macierzystej jednostki.

„Czy wie pan coś o ulotkach?”, „Ma pan w domu jakieś egzemplarze?”, „Czy to pan je sporządzał i kolportował?”… – zadawali te pytania mechanicznie, albowiem odpowiedzi niespecjalnie ich interesowały. Musieli wykonać obowiązek, bo „osobę, u której ma nastąpić przeszukanie, należy przed rozpoczęciem czynności zawiadomić o jej celu i wezwać do wydania poszukiwanych przedmiotów” (art. 224 par. 1 kpk), przy czym każdy policjant doskonale wie, że jeśli nawet delikwent odda im, co zechcą, to i tak przetrzepią mu chałupę.

Anonimowe ulotki nękające niektórych obywateli Lutoryża (zazwyczaj ściśle związanych z parafią, ale nie tylko) zaczęły pojawiać się we wsi i okolicy na początku roku. Kolejne nieregularne edycje rozrzucano średnio raz w tygodniu. Dotykały m.in. byłej oraz aktualnej kościelnej, dwóch ministrantów, kobiety rozprowadzającej dary z Caritasu, sołtysa, no i oczywiście proboszcza oraz jego preferencji seksualnych. Demaskatorskie lub prześmiewcze, pisane często językiem wulgarnym, a co do zawartości merytorycznej… O tym, czy obrazowały prawdę, czy bezpodstawnie szkalowały, wiedzą tylko wskazane w nich osoby. Śmiało można natomiast powiedzieć, że były niewątpliwie wredne, zaś autor świetnie zorientowany w lokalnych układach.

Kilka urażonych ulotkami osób próbowało zainteresować nimi prokuraturę, gdzie uświadomiono ich, że przestępstwo („Kto pomawia inną osobę, grupę osób (…) o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej (…), podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności” – art. 212 par. 1 kk) ścigane jest wyłącznie z oskarżenia prywatnego, więc sami muszą zidentyfikować sprawcę i napisać akty oskarżenia oraz uiścić po 300 zł opłaty sądowej na głowę. Po naradach z udziałem intelektualnym proboszcza wymyślili taki oto myk: ponieważ w ulotkach pojawił się w jakimś epizodzie sołtys Lutoryża Jan Nawrot, będący także radnym w Boguchwale, może on przecież załatwić śledztwo całkiem za darmo z paragrafu o znieważenie funkcjonariusza publicznego, którym niewątpliwie jest, i to do kwadratu.

Nawrot pomysł kupił. Poszedł na komendę i wskazał Przemysława L. jako podejrzanego. Dlaczego akurat jego? Dosyć mętnie tłumaczy dzisiaj, że ten go odwiedził i nazajutrz znalazł pod wycieraczką anonimowy list zawierający niektóre wątki z ich rozmowy, a ktoś widział, jak wkłada go tam organista. Czas pokazał, że list nadano pocztą i nie ma absolutnie żadnych świadków mogących potwierdzić obecność domniemanego sprawcy u drzwi sołtysa.

Policjanci zachowali się, niestety, jak durnie. Zwłaszcza ich przełożeni, którzy teoretycznie powinni się nieco orientować w obowiązującym stanie prawnym i znać wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 11 października 2006 r., że przepis art. 226 par. 1 kk, penalizujący znieważenie funkcjonariusza publicznego nie podczas pełnienia przezeń czynności służbowych, jest sprzeczny z ustawą zasadniczą, zaś ochrona polegająca na wszczynaniu śledztw z urzędu przysługuje mu jedynie w czasie wykonywania obowiązków. W innych przypadkach pozostaje droga cywilna lub z oskarżenia prywatnego.

– Szefowie z grubsza się orientowali, ale uznali, że skoro sołtys nie ma biura i wyznaczonych godzin urzędowania, to można przyjąć, że pracuje całą dobę, a jeśli znalazł ulotkę podczas spaceru, to przecież był wówczas na lustracji wsi, czyli w robocie. W istocie chodziło o spełnienie życzeń proboszcza wyrażonych za pośrednictwem emerytowanego funkcjonariusza mieszkającego w Lutoryżu. Robi teraz karierę polityczną, więc chciał pokazać księdzu, że warto w niego inwestować, a że jest „poukładany”, przekonał kogo trzeba i załatwił sprawę – tłumaczy sympatyzujący z „FiM” policjant.

Ekipa, która najechała dom Przemysława L., miała dwa zadania: coś znaleźć oraz uzyskać przyznanie się do winy. Musieli, bo nie mieli prokuratorskiego nakazu i działali w trybie „na legitymację” bezwzględnie zastrzeżonym dla sytuacji nagłych. Nawet nie szukali bo sam wydał im kilkadziesiąt ulotek, które – jak twierdził – zbierał, żeby ludzi nie kłuły w oczy, a nie zdążył jeszcze zniszczyć. W kwestii winy poszedł w zaparte: „Jaka produkcja?! Absolutnie się do tego nie przyznaję”. „No to jest pan zatrzymany” – oświadczyli. Organista od dawna leczy się na ciężką depresję z lękami napadowymi. Zanim zapakowali go do radiowozu, zdążył jeszcze zabrać lekarstwa. Na komendzie rozegrano rzecz klasycznie – według wzoru dobry i zły policjant. Straszenie trzymiesięcznym aresztem, jeśli będzie się upierał, obietnica łagodnej kary w przypadku współpracy. Początkowo nic nie wskórali, więc postanowili wrzucić go na „dołek”.

– Trochę wkurzył chłopaków, gdy zażądał wpisania do protokołu zatrzymania, że choruje i niepodanie w porę lekarstw może wywołać skutek śmiertelny – dodaje nasz rozmówca.

Widzieliśmy ten papier zatwierdzony przez podinsp. Wiktora Charkiewicza, naczelnika Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego KMP w Rzeszowie, od niedawna komendanta komisariatu. Powód zatrzymania: znieważenie z art. 226 par. 1 kk oraz „obawa ucieczki bądź ukrywania się i zacierania śladów”. Znajduje się tam również wzmianka, że o fakcie zatrzymania poinformowano prokuraturę rejonową.

Podoficer z policyjnego aresztu odmówił przyjęcia Przemysława L. bez aktualnego zaświadczenia lekarskiego, że może siedzieć. Konwojenci zawieźli go w kajdanach (L. ma posturę Małysza z czasów, gdy jeszcze latał) do Szpitala Wojewódzkiego. Dyżurny lekarz przebadał pacjenta i orzekł, że owszem – może, ale muszą się jeszcze wypowiedzieć w tej sprawie psychiatrzy. Znowu zakuli i pojechali do szpitala MSWiA. Medyk, który zbadał tam organistę, musiał być naprawdę wybitnym fachowcem, bowiem wystarczył mu rzut okiem i chwilka rozmowy, by stwierdzić, iż człowiek jest zdrowy jak byk, a do bezpiecznego pobytu za kratkami wystarczy lek Clonazepam trzy razy dziennie po jednej tabletce. L. zwrócił mu uwagę, że taka dawka zabija, bo on brał maksymalnie zaledwie ułamek tej porcji. Pan doktor podrapał się w głowę, po czym podkreślił cyfrę 1 i dopisał w mianowniku 2. Żeby zaś pacjent niczego się nie bał, zaordynował mu jeszcze Depralin. Raz na dobę.

Łódzki psychiatra: – Clonazepam to jeden z najsilniejszych psychotropów i wywołuje mnóstwo objawów ubocznych. Już po połówce tabletki masz zaburzenia świadomości oraz utratę poczucia miejsca i czasu. Trzy razy po pół daje w sumie 3 mg. Bardzo dużo! Taka końska porcja jest równoważna 30 tabletkom Relanium. Depralin zaś faktycznie leczy zaburzenia lękowe, ale trzeba go stosować bardzo ostrożnie, bowiem może niekiedy wywołać utratę poczucia tożsamości.

W izbie zatrzymań nie było już problemów z przyjęciem i Przemysław wylądował w jednoosobowej celi. Dostał obiad, zabrali mu okulary i dali do czytania jakąś książkę… – standard. Pod wieczór strażnik przyniósł na dłoni pół tabletki Clonazepamu. Kazał połknąć i dokładnie sprawdził, czy aresztant nie ukrył jej pod językiem. W piątek rano przyniósł całą: „Nie chcieliśmy cię w nocy budzić” – tłumaczył. Go-dzinę później podali mu jeszcze zaordynowaną porcję Depralinu.

Psychiatra: – Po takim koktajlu jest pełny odlot i przez jakieś 12 godzin nie wiesz, co się z tobą dzieje.

O 11 rozpoczęto przesłuchanie. Po raz pierwszy na protokół. Przemysław L. usłyszał zarzut znieważenia funkcjonariusza publicznego i stał się legalnym już podejrzanym. Przyznał się do wszystkiego: autorstwa, produkcji oraz kolportażu ulotek. Po tym sukcesie policjantom wyraźnie spadło ciśnienie, bo do prokuratury doprowadził organistę tylko jeden funkcjonariusz. Piechotą, bez żadnych obręczy na rękach. Pan prokurator ponownie go przesłuchał. Ludzki pan, bo okazał wyrozumiałość. Uznał, że tymczasowy areszt nie jest konieczny. Wystarczy środek zapobiegawczy w postaci dozoru policyjnego: trzy razy w tygodniu obowiązkowe odmeldowanie się na komisariacie w C.

O godz. 15.40 Przemysław L. został uwolniony. Ot, tak po prostu na ulicę. Po prawie 33 godzinach. Prochy go jeszcze trzymały, bo widziano go później włóczącego się w okolicach Wisłoka, zaś ojciec, który przyjechał po odbiór syna, znalazł go tylko dzięki szczęśliwemu przypadkowi.

Już podczas niedzielnych mszy proboszcz z Lutoryża odtrąbił w kościele zwycięstwo. Nazwiska nie ujawnił, bo dobrze wie, że człowiek musi być uznawany za niewinnego, dopóki nie zapadnie prawomocny wyrok, ale znalazł na to sposób: „Dziękujmy Bogu, bo sprawca nie był z naszej parafii. Jednocześnie informuję, że organista został dyscyplinarnie zwolniony z pracy” – zakomunikował wiernym. Wiedział o policyjnej operacji i szczegółach śledztwa. Od kogo?

– Na ten temat nie rozmawiam i nie udzielam nikomu żadnych informacji – oświadczył „FiM” ks. Boratyn.

Udzielał ich natomiast zaufanym wiernym i kolegom po fachu:

– Ksiądz twierdził, że funkcjonariusze, którzy przyjechali do pana Przemka, nakryli go w łóżku z jakimś innym panem. Plotka oczywiście szybko się rozniosła, a obecnie krąży nowa wersja, że to nie był pan, lecz dziecko – ironizuje nauczycielka z lutoryskiej podstawówki.

Policjant: – To wojna na totalne zniszczenie L., więc ludzie z Lutoryża stosują wszystkie chwyty. My mamy znacznie poważniejszy kłopot. Wszystko szło gładko, bo podejrzany podpisał wniosek o dobrowolne poddanie się symbolicznej karze 1500 zł grzywny i bez żadnych przeprosin, ale gdy oprzytomniał, odwołał przyznanie się do winy i zażądał procesu. W sądzie wychodzą teraz na jaw wszystkie brudy, więc dla kolegów uwikłanych w tę sprawę i prokuratury sytuacja jest bardzo nieciekawa.

Przemysław L.: – Bardzo państwa przepraszam, ale proces jest niejawny i do czasu zakończenia nie chciałbym go nawet komentować.

Do tematu wrócimy.

[2012] FaktyiMity.pl Nr 41(658)/2012

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: