FiM – Skazana na adopcję

„Okradziono mnie z dziecka — twierdzi Aneta Mojsiejew z Tychów. – Siostry boromeuszki z Dąbrówki Wielkiej k. Katowic wykorzystały mój szok poporodowy młody wiek oraz sytuację rodzinną, by zabrać mi córeczkę”

Hubert Mojsiejew i Aneta Witaszczyk byli bardzo szczęśliwi, że będą mieć dziecko. On miał niespełna 20 lal, a ona 17. Nawet kiedy jej partner za kradzież trafił do zakładu karnego, a ona była w drugiej klasie liceum, nic nie wskazywało, że ich życie przerodzi się w koszmar. Kiedy matka Anety dowiedziała się o ciąży, wpadła w furię. Nie chciała mojego dziecka z Hubertem, chciała, bym zerwała z nim — opowiada Aneta – Była rozwiedziona z moim ojcem, który miał władzę rodzicielską nacie mną. Ciągłe wtrącała się i przeszkadzała w moim szczęściu. Choć upłynęło prawie 7 lat, nie zapomnę matce krzywdy, jaką mi wyrządziła. Oskarżała mnie, wymyślała niestworzone historie, nie chciała naszego związku”.

Aneta zmuszona była mieszkać raz u ojca, raz u matki. Żyła w ciągłym stresie. W końcu orzeczono wobec niej nadzór kuratora za kontakty ze środowiskiem przestępczym. Kuratorem została Janina Goj, znajoma matki, która wcześniej chciała pozbawić praw rodzicielskich przyszłą teściową Anety. Władysławę Mojsiejew. Nic więc dziwnego, że pani kurator niezwykle trudno było obiektywnie sprawować nadzór. Aneta opowiada o natarczywości, z jaką namawiała ją do usunięcia ciąży, chciała nawet załatwiać formalności. W trzecim miesiącu ciąży zaproponowała adopcję. Aneta jednak chciała dziecko urodzić i założyć rodzinę. Miała być idylla. Jej ojciec, były sędzia, wymalował łóżeczko dla dziecka. Przyszli teściowie przyjęli ciężarną matkę do siebie. W listach z wiezienia jej partner. Hubert, pisał: „Dziecko i ty jesteście moim celem w życiu i jeżeli stracę jedno z was, to życie dla mnie nie będzie miało sensu. Bardzo Cię kocham i naszego dzidziusia. Kocham Cię i modlę się, żebyś sobie dała radę „.

Korowód rodzinnych niesnasek jednak trwał. 17-latka pozbawiona oparcia we własnej matce, kurator sądowy, która chciała zabrać jej córkę, chłopak daleko w więzieniu – wszystko to skłaniało Anetę do myśli samobójczych. Wytrwała ze względu na oczekiwane dziecko. W czerwcu 1994 r. urodziła córeczkę. Wspólnie z Hubertem wybrali dla niej imię Miriam. Dziecko jednak nabawiło się żółtaczki i miało wyjść ze szpitala dopiero po kilku dniach. Teściem nie wydano dziecka ze szpitala: odmówiono też matce, bo była nieletnia. Maleńką Miriam miał ze szpitala odebrać pełnoletni ojciec na przepustce. Ten jednak, po awanturze z matką swej dziewczyny – nie przyszedł. Na dobitkę ordynator zatrzymał Anetę w szpitalu, bo… miała mieć sprawę w sądzie. Kochająca matka doniosła na córkę, że podobno uciekła z domu. „Ucieczką” miał być okres przygotowań do porodu u przyszłych teściów, gdzie Aneta wyprowadziła się za wiedzą uskarżającej ją teraz matki.

Wobec gmatwaniny rodzinnych niesnasek i pomówień. Sąd Rejonowy w Mikołowie zarządził umieszczenie nieletniej Anety wraz córeczką w Domu Matki i Dziecka Sióstr Boromeuszek w Dąbrówce Wielkiej k. Katowic. Taki wniosek złożyła matka zaszczutej siedemnastolatki. „U zakonnic czułam się jak w więzieniu — opowiada Aneta. — Siostry od początku wywierały na mnie presję, bym oddała im dziecko, innym matkom gratulowały szczęśliwego porodu, mimo iż jedna była zgwałcona, a inna miała zaledwie 15 lat. Mnie ciągle dręczyły: co teraz zrobię? Kto będzie opiekował się dzieckiem? Jak skończę szkołę? Co zrobię z dzieckiem? Strofowały mnie na każdym kroku. Nie mogłam opuszczać budynku. Nie było telewizora ani radia. Zakonnice nie pozwoliły na odwiedziny Huberta ani jego matki, ani nawet moich koleżanek”. Teściowa zawiadomiła policję, ze zakonnice nie zezwalają na odwiedziny u Anety. Policja nie reagowała. Prokuratura Rejonowa w Tarnowskich Górach zadowoliła się oświadczeniem pracownicy domu zakonnego, że pobyt Anety u sióstr przebiegał bez zakłóceń. Nikt nie starał się dociec prawdy, by pomóc matce.

Uwięziona Aneta znalazła się w całkowitej izolacji. Nawet wyznaczony opiekun prawny namawiał ją do oddania dziecka. Nie powiodły się próby uznania 20-letnkgo Huberta za ojca dziecka! Fiaskiem zakończyło się ustanawianie rodziny zastępczej dla Anety przez rodziców jej chłopaka Żyła jak w koszmarze. Rozprawa 8 lipca 1994 r. przypieczętowała jej tragedię. „Wszyscy — w tym sędzina — udowadniali mi, że nie mam warunków do wychowania dziecka, a mnie przecież brakowało tylko pół roku do 18 lat. Sędzina wyśmiała ojca, że chce być opiekunem prawnym, a jest alkoholikiem. W końcu zaszczuta przez wszystkich uległam — płacze. — Pod presją kuratora, matki i zakonnic podpisałam, że zrzekam się praw rodzicielskich. Wróciłam do matki i jakby świat się zawalił. Żyłam jak w szoku. Na drugi dzień chciałam tam wrócić, jednak bałam się tych aroganckich matron w czerni”.

W ekspresowym tempie, bo już 12 sierpnia, maleńka córeczka Anety trafiła do nowej rodziny. Nikt nie wie, gdzie. W listopadzie Miriam została formalnie zaadoptowana. W grudniu na wolność wyszedł Hubert. W styczniu Aneta skończyła 18 lat. Stracili ukochane dziecko. Choć ta tragedia ich jakoś oddzieliła, pobrali się następnego roku. Urodził im się syn, Mariusz. Hubert jednak coraz więcej pił po Stracie ukochanej córki. Załamał się, gdy stracił nadzieję na jej odzyskanie. Dwa lata temu tragicznie, w niewyjaśnionych okolicznościach, zmarł w izbie wytrzeźwień. Dopiero niedawno Aneta zorientowała się, że Sąd Rejonowy w Mikołowie przesłuchiwał ją i wymógł decyzję o zrzeczeniu się córki – przed upływem 6 tygodni od porodu. W tym czasie matka może być w szoku poporodowym. Dlaczego wówczas nikt nie zaproponował jej pomocy psychologicznej, choć była wówczas małoletnia? „Nigdy nie zapomnę, jaką krzywdę wyrządziła mi matka wraz zakonnicami i kuratorem. Uważam się za ofiarę ich zmowy” — mówi z rozpaczą w głosie 25-letnia dziś Aneta Mojsiejew. Może jeszcze odwołać się do ministra sprawiedliwości, wnioskując o rewizję nadzwyczajną. To jednak grozi zrujnowaniem życia 7-letniej dziś dziewczynki i jej obecnych rodziców, gdyby okazało się, że musi powrócić do biologicznej matki.

Prowadzony przez zakonnice dom w Dąbrówce Wielkiej w tym roku został zlikwidowany. Boromeuszki strasznie nad tym ubolewają. W „Caritas” archidiecezji katowskiej poinformowano nas, że Dom Matki i Dziecka zamknięto, „bo nie było chętnych”. My jednak wiemy, że powody mogły być inne. W Polsce funkcjonuje 17 katolickich środków adopcyjnych, utrzymywanych przez państwo oraz z datków. Rocznie dokonuje się w nich ok. 400 adopcji. Setka dzieci trafia za granicę. Zdarzają się przypadki, iż pod pozorem adopcji odbywa się normalny handel dziećmi. W kilku sprawach udowodniono udział w tym procederze przy kościelnych „ośrodków adopcyjnych”. Według Komendy Głównej Policji, w 1997 r. ujawniono 7 takich przestępstw, rok później – 2, w 1999r. – 3, zaś w ubiegłym roku nie stwierdzono żadnych. O handlowaniu polskimi dziećmi przez zakonnice z Częstochowy pisaliśmy w „FiM” nr 6/2001.

Każda taka sprawa – to tragedia rodziców dziecka, a szczególnie matki. Aneta nie jest pewna, co stało się z jej dzieckiem. Jej macierzyństwo przemieniło się w koszmar; Nawet dziś, po latach, mówi: „Sióstr boromeuszek nigdy to nie obchodziło i nie obchodzi. Nie po to prowadziły ośrodek, żeby pomagać jakimś matkom…”

[2001] FaktyiMity.pl Nr 39(82)/2001

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: