Ksiądz po pijaku spowodował wypadek – w jego wyniku zginął człowiek

– W gościach spożywałem alkohol. Żebym wiedział w ten dzień, że mam w sobie jeszcze alkohol, wcale bym nie jechał – zeznał Sławomir W., ksiądz, który spowodował wypadek mając 3,17 promila.

Kiedy zobaczyłam, że mąż odjeżdża samochodem z księdzem, nie mogłam się uspokoić. Coś przeczuwałam – zeznała przed sądem Małgorzata, żona Waldemara Kazuli, który zginął w wypadku spowodowanym przez wikarego parafii w Dziadkowicach, Sławomira W. – Wiedziałam, że ksiądz potrafi jeździć po pijanemu.

Niestety złe przeczucia pani Małgorzaty sprawdziły się. Jej mąż zginął. Kilka godzin po tym, jak wyjechał z wikarym spod swego domu, seat duchownego zderzył się w pobliskiej wsi Malewice z jadącą z naprzeciwka mazdą. Wszystkie osiem osób, które jechały autami, zostało rannych. Waldemar Kazula, pasażer księdza, który jechał na tylnym siedzeniu pośrodku, zmarł kilka dni później w szpitalu. Tragedia rozegrała się w kwietniu, tuż po świętach Wielkanocy.

Ofiary i ich rodziny na to, by odpowiedzialny za ich tragedię ksiądz stanął przed sądem, musiały czekać aż osiem miesięcy. Proces ruszył 10 grudnia. Zanim rozpoczęła się rozprawa, ksiądz Sławomir W. siedział na ławce nie podchodząc nawet do ofiar wypadku, który spowodował. Gdy wszedł na salę rozpraw i zdjął kurtkę, okazało się, że jest w koloratce. Przed sądem zeznał:

– Wcześniej były święta. Byłem w gościach i spożywałem alkohol. Żebym wiedział w ten dzień, że mam w sobie jeszcze alkohol, wcale bym nie siadał i nie jechał.

Tyle, że tego alkoholu wcale nie było aż tak mało. Jak wykazały badania, w chwili wypadku ksiądz miał 3,17 promila. Był deszczowy dzień. Wraz z czterema mieszkańcami Dziadkowic jechał do pobliskiego Pokaniewa. Część z nich jechała tam po części do samochodu, inni by rozeznać się co do sprzedaży ryb. Tak przynajmniej zeznają, choć większość z nich pewna tego do końca nie jest, ponieważ wszyscy pasażerowie księdza byli pijani. Jak się później okazało, on też.

Przejeżdżając z zawrotną prędkością przez wieś Malewice, na mokrej jezdni, tuż po pokonaniu ostrego zakrętu, ksiądz stracił panowanie nad pojazdem. Zderzył się z jadącą wolno z naprzeciwka mazdą, którą jechał Rafał Ciepłucha wraz z bratem Przemysławem i ojcem Zygmuntem.

Odprawił msze za zmarłego i poszkodowanych

– Chciałbym wszystkich poszkodowanych serdecznie przeprosić – powiedział w sądzie ksiądz na zakończenie składania wyjaśnień. – Wiem, że już się to nie wróci, bo Waldemar poniósł śmierć. Odprawiałem msze święte za zmarłego oraz za innych poszkodowanych i ich rodziny.

Poinformował też sąd, że on również odniósł poważne obrażenia podczas wypadku i do tej pory się leczy. Miał zmiażdżoną miednicę. Teraz ma wstawione trzy druty i 6 śrub. Czeka go rehabilitacja.
Potem odmówił odpowiedzi na pytania sądu i prokuratury.

Jednak ani przeprosiny, ani informacja o złym stanie zdrowia, nie zrobiły zbyt wielkiego wrażenia na ofiarach jego bezmyślnego zachowania za kierownicą.

– Żadne przepraszam nic tu nie da. Jego po prostu już nie ma – mówiła przez łzy Małgorzata, żona Waldemara Kazuli. – Modlę się, żeby ksiądz zrozumiał, jaką krzywdę zrobił mnie i moim dzieciom.
Podobnego zdania była rodzina Ciepłuchów.

– Ze mną ksiądz osobiście się nie kontaktował i słowo „przepraszam” z jego ust przez te osiem miesięcy nie padło – powiedział Zygmunt Ciepłucha, który wraz z dwoma synami uczestniczył w wypadku. Jak dodał, po pytaniach obrony, kontaktował się z nimi brat wikarego, a sam oskarżony nie uchylał się przed odpowiedzialnością finansową (zapłacił za niezbędne badania jego syna), ale i tak nie jest w stanie wybaczyć tego, co duchowny zrobił jego rodzinie.

Leczenie wciąż trwa

Pan Zygmunt przez co najmniej pół roku będzie jeszcze chodził o kulach. W nogę ma wstawioną płytkę i śruby. Również jego synowie Rafał i Przemysław odnieśli poważne obrażenia w wyniku wypadku. Rafał wciąż przyjmuje leki, ponieważ w wyniku wypadku złamał prawą nogę i ma uszkodzone więzadła w lewym kolanie.

Poszkodowani byli też mężczyźni, którzy jechali seatem wraz z księdzem. Jeden z nich do tej pory ma w ręce 9 śrub i szynę. Dwaj pozostali doszli już do siebie. Jeden, wspomniany wcześniej Waldemar Kazula, w wyniku obrażeń zmarł. Ci, którzy przeżyli, przed sądem zeznawali, że nie pamiętają, by tego dnia ksiądz pił. Nie są też pewni, czy jechał szybko. Jak zeznał jeden z jego pasażerów Jan P.: „Nie było to chyba szybko, co najwyżej 100 km/h” (z zeznań Ciepłuchów i mieszkańców Malewic wynika, że mogło to być nawet powyżej 140 km/h). To właśnie zeznania Jana P. wywołały największą burzę na sali sądowej. Mężczyzna wyraźnie stanął w obronie wikarego. To zaś wzburzyło rodzinę Ciepłuchów.

Świadkowie zaczęli się nawzajem obrzucać wyzwiskami. Wypominali sobie jazdę po pijaku. Padło też oskarżenie o romans, który mógł być powodem zachowania świadka. Sąd musiał uspokajać sytuację. Ostatecznie udało się przesłuchać wszystkich świadków. Powołany został też biegły, który ma określić, z jaką prędkością jechał ksiądz. Kolejna rozprawa odbędzie się w styczniu lub lutym.

[2010] MMPoznan.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: