Damski bokser w sutannie

Ks. Andrzej, proboszcz parafii Miłkowice (powiat turkowski), decyzją biskupa włocławskiego miał ją opuścić w ostatni dzień czerwca. Opuści ją chyba szybciej po tym jak wczoraj – zamiast rozmawiać z dziennikarkami – rzucił się na nie z pięściami.

Wieś Miłkowice oraz kilka okolicznych tworzą parafię liczącą około 1000 dusz. XIX-wieczny kościół ze strzelistą wieżą, zbudowany z czerwonej cegły, to znakomity punkt orientacyjny dla żeglujących po zbiorniku retencyjnym Jeziorsko. To także miejsce, w którym koncentruje się życie duchowe mieszkańców.

Gospodarz z cennikiem

Parafią od 10 lat administruje ks. Andrzej, który trafił tu w atmosferze plotek i pomowień, z turkowskiej parafii NSPJ, odległej o około 20 km. Po wprowadzeniu się na plebanię raźno zabrał się do pracy, mobilizując do pomocy w remoncie okazałego kościoła niemal wszystkich parafian. Ale ta sielanka nie trwała zbyt długo, bo ks. Andrzej ułatwił sobie pracę, wprowadzając ,,cennik’’.

– Pani, za ślub od 1000 do 1800 zł, za pochówek 1000 albo i więcej żądał. Za komunię kazał płacić po 450 zł. Kto to wytrzyma? Przecież tu biedne okolice i to widać z każdej strony. A w dodatku chciał uderzyć kobietę. Była u biskupa we Włocławku i mu opowiedziała wszystko – opowiadali w niedzielny ranek, po mszy o godzinie 9.00, parafianie z Miłkowic Agacie Szczepaniak-Kamińskiej – reporterce Gazety Poznańskiej-Życie Konina, Iwonie Kujawie (Głos Wielkopolski) i Annie Zawadce (Echo Turku). Dziennikarki przyjechały, by na miejscu sprawdzić informacje przekazywane przez parafian – telefonicznie i listownie.

Razy za pytania

Agata Szczepaniak-Kamińska: – Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam od parafian o tutejszym proboszczu. Od razu postanowiłyśmy poprosić księdza o rozmowę. Podeszłyśmy do zakrystii. W jej drzwiach pojawił się postawny człowiek, liczący ponad 40 lat. Ubrany ,,po cywilnemu’’: czarne spodnie, lakierowane sandały założone na białe skarpety, ciemną koszulę, na której miał kamizelkę, chyba obszytą cekinami. Przedstawiłyśmy się i poprosiłyśmy, by zechciał odpowiedzieć na nasze pytania. Po kolei je zadawałyśmy: o ,,cennik’’, o stosunki w parafii. Wreszcie – czy to prawda, że chciał pobić kobietę. Ks. Andrzej z każdym pytaniem coraz bardziej się denerwował. W pewnym momencie zbliżył się do Iwony Kujawy. Powiedziałam: – Iwona, uważaj. Ona w tym momencie podniosła aparat fotograficzny. Wówczas ksiądz rzucił się na nią. Zerwał jej torebkę i zaczął nią okładać Iwonę. Kiedy chciałam jej pomóc, proboszcz zaatakował mnie. Przewrócił na ziemię i przycisnął swoim ciężarem. Tłukł mnie, gdzie popadło. Słyszałam jak krzyczał: – Oddaj mi ten aparat, aparat, aparat…

Na ratunek rzuciły się Iwona i Ania. Podbiegli także mężczyźni, stojący niepodal i odciągnęli księdza.

Koszmar przed plebanią

Iwona Kujawa: – Opisywałam już wiele różnych spraw. Badałam podłoża wielu konfliktów. Byłam przekonana, że jak zawsze, mój rozmówca albo odpowie na pytania, albo kategorycznie odmówi. Początkowo proboszcz odpowiadał na wszystkie nasze pytania. W pewnym momencie zaczął wykrzykiwać, że wtargnęłyśmy na prywatny teren. Bo teren parafii należy do biskupa. I bez jego zgody nie wolno nam nic napisać. A tym bardziej wymieniać jego nazwisko. Później wszystko potoczyło się błyskawicznie. Uchylałam się przed ciosami, krzycząc ,,Róbcie zdjęcia!’’. A gdy ksiądz rzucił się na Agatę, próbowałyśmy z Anką go odciagnąć. Ale na pewno bez pomocy ludzi nie udałoby się nam to. Jestem tak roztrzęsiona, tak rozbita, że po prostu nie mogę uwierzyć w to, że moim udziałem było takie przeżycie.

Anna Zawadka: – To koszmar, koszmar, koszmar. To, co wydarzyło się w Miłkowicach w niedzielny ranek, nie mieści mi się w głowie. Najpierw spokojnego człowieka stopniowo ogarnia szaleństwo. Uciekam widząc, że rzuca się na Iwonę. Biegnę, by razem z nią ściągnąć go z leżącej pod nim na trawie Agaty.

Z psem na policjantów

Rozstrzęsione, zapłakane reporterki znalazły się pod opieką kilku parafianek. Jedna z nich przyniosła lekarstwa uspokajające. Nagle ujrzały, że ks. Andrzej, który po bijatyce wrócił na plebanię, znów zmierza w ich kierunku z potężnym wilczurem.

– Krzyknęłam: – Dziewczyny, do samochodu! – opowiada w kilka godzin po zajściu Agata Szczepaniak-Kamińska. – Zamknęłyśmy się w aucie. Ale byłam tak wystraszona, że nie mogłam zapalić silnika. Wtedy podbiegł do nas jeden z mężczyzn, który wcześniej odciągnął księdza, i uspokajał, że we wsi jest już policja. W chwilę potem zobaczyłam, jak w kierunku dwóch policjantów zmierzał ks. Andrzej z wilczurem. Słyszałam wyraźnie jak w pewnym momencie rozkazał psu, wskazując na policjanta: – Bierz go! Policjant bez wahania wyjął pistolet i skierował go na psa. Wówczas, ksiądz jakby złagodniał. Ale my bałyśmy się nadal.

Kazanie prałata

Tuż po policjantach w Miłkowicach pojawił się, najprawdopodobniej telefonicznie poinformowany o zdarzeniu przez ks. Andrzeja, ks. prałat, dziekan z Warty. Minął roztrzęsione i zapłakane kobiety i poszedł prosto na plebanię. Po chwili wyszedł i udał się w kierunku największej grupy wiernych. Stanął na schodach i… zbeształ ich. Przypomniał, że nie mieszkają w buszu, że odwołać księdza ma prawo tylko biskup. Że proboszcz będzie tu tak długo, jak długo będzie mu wolno tu być dekretem biskupa. Używał też i innych określeń, które w ewidentny sposób naruszały godność parafian.

Prowokatorki?

Przebieg zdarzeń trzy reporterki potwierdziły w czasie osobnych przesłuchań na Posterunku Policji w Dobrej. Ksiądz był również przesłuchiwany – na miejscu, w miłkowickiej plebanii. Udało się nam ustalić, że tłumaczył się tym, iż został ,,sprowokowany agresywną postawą dziennikarek’’ i że to one go pierwsze ,,zaatakowały słownie’’.

Kiedy próbowaliśmy z nim rozmawiać wczoraj około 14.00, mimo kilkakrotnych dzwonków do drzwi, nie otworzył ich. Kojec, w którym przebywał wilczur, zbudowany z metalowych prętów, wysokich na ponad dwa metry, był pusty. Policjanci mówili, że pies został ,,zabezpieczony’’. Brama wiodąca na plebanię była otwarta. Ale nadal wisiała na niej tabliczka z wizerunkiem potężnego buldoga i napisem ,,Ja tu pilnuję’’.

Mieszkańcy Miłkowic, już w maleńkich grupach komentowali poranne zajście. Wiedząc, że proboszcz będzie odchodził, zamknęli kościół. – Żeby się nie okazało, że czegoś w nim brakuje po jego odejściu – tłumaczyli swoje postępowanie.
Do naszej reporterki zatelefonował też kapelan biskupa ordynariusza włocławskiego z przeprosinami i zapewnieniem, że ks. Andrzej opuści parafię i w poniedziałek ma stawić się w kurii. Prosił też, by nie pisać o zajściu…

[2003] NaszeMiasto.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: