Oddała miliony Kościołowi. Teraz żyje w skrajnej nędzy…

Drzwi wejściowe są lekko uchylone. W małej sieni bałagan. Coś blokuje drzwi, trudno otworzyć je na oścież. Od progu czuć nieprzyjemny zapach, którego nie sposób opisać.

Ulica Wypychy w Ostrołęce. Mały domek, obity papą, rzuca się w oczy. Zaniedbane podwórko, lekko pochylony płot, w obejściu trzy nieduże kundle – dwa uwiązane przy budach, jeden biega przy domu, nieznośnie przy tym ujadając.

Koszmarne warunki

Przy psach kręci się starsza pani. Dostrzega gości przy bramce. Podchodzi. Powolutku. Najpierw opiera się o ścianę domu, dalej, pomiędzy domem a bramką, trzyma się drutu. Patrzy z zaciekawieniem na obcych. Ma brudną twarz, za duże ubranie, spodnie przewiązane w pasie sznurkiem, żeby nie spadły. Starsza pani to Marianna Przyborowska (wielu czytelników Tygodnika Ostrołęckiego zna ją z naszych wcześniejszych artykułów. W latach 1999–2005 kilkakrotnie opisywaliśmy jej historię. Dziesięć lat temu Marianna Przyborowska oddała diecezji łomżyńskiej 1,9 ha ziemi pomiędzy ulicami Wypychy, Kaczyńską i Ostrowską – przyp. red. ). Mogłaby godnie żyć, bo otrzymuje całkiem przyzwoitą emeryturę i dodatkowo co miesiąc 500 zł od pobliskiej parafii (ustanowione w związku z darowizną), ale… nie chce. Woli mieszkać w koszmarnych warunkach.

Do obcych pochodzi nieufnie. Nas jednak zaprasza do swego domu. Drzwi wejściowe są lekko uchylone. W małej sieni bałagan. Coś blokuje drzwi, trudno otworzyć je na oścież. Od progu czuć nieprzyjemny zapach, którego nie sposób opisać.

Wchodzimy do kuchni, która jest też sypialnią 86–letniej kobiety. Jej łóżko stoi przy oknie, obok stołu. Na stole kilka brudnych szklanek i kieliszków, wszędzie leżą lekarstwa. Stoi też na nim elektryczna kuchenka (niesprawna, jak mówi staruszka) i radio. Wodę podgrzewa w czajniku, na tzw. kozie, którą ogrzewa kuchnio–sypialnię. Obok kozy stoi psia miska, na dnie której została odrobina makaronu. Pies kręci się po pomieszczeniu, w końcu wskakuje na łóżko. Obserwuje nas, podobnie jak jego właścicielka.

Z pięściami na księdza

W domu nie ma toalety, ani bieżącej wody.
– Ale mam studnię na podwórku – zapewnia kobieta. – A jaka woda z niej pyszna – zachwala.
Gospodyni oprowadza nas po swoim małym domku.
– Tu jest mały pokoik, a tu duży. Proszę, wejdźcie i usiądźcie – zaprasza, przygotowując dla nas krzesła.

Niełatwe to zadanie, bowiem na wszystkich meblach w tym domu leżą sterty ubrań i pościeli. Pytamy o nie.
– A, uzbierało się – informuje pani Marianna i zgrabnie zmienia temat. Pokazuje nam stare fotografie.
– To np. są rodzice mojego zmarłego męża – objaśnia czyje podobizny przedstawiają dwa duże portrety wiszące nad kredensem.

Jest uśmiechnięta i skora do rozmowy. Ale niekoniecznie o warunkach, w jakich żyje. Co chwila przywołuje temat ziemi, którą podarowała Kościołowi. Tylko że nie dopuszcza do siebie, że nie jest, i zapewne nigdy już nie będzie (nie ma bowiem takiej prawnej możliwości) tą ziemią dysponować.
– Ja nie dam księdzu nic z moją ziemią zrobić – podnosi głos i grozi pięściami. Nie nam, tylko księdzu Januszowi Tyszce, proboszczowi tutejszej parafii.

Kościół zobaczy… figę

Dziesięć lat temu Marianna Przyborowska oddała diecezji łomżyńskiej 1,9 ha ziemi. Ta ziemia jest dziś warta co najmniej 2 mln zł. Oddając ziemię pod budowę kościoła (który ostatecznie zbudowany został na innej działce – przyp. red. ) Marianna Przyborowska miała trzy życzenia: „pozostawienie do bezpłatnego, dożywotniego użytkowania domu, komórki, podwórka, studni i ogródka, zaopiekowanie się nią przez Kościół a nie dom starców, pochowanie w grobie rodzinnym na cmentarzu w Rzekuniu, modlitwy za jej bliskich i za nią samą po jej śmierci”.

Biskup pisemnie zobowiązał się w imieniu diecezji spełnić jej życzenia, a odpowiedzialnym za wykonanie zobowiązań uczynił rektora nowej parafii księdza Janusza Tyszkę.

Cztery miesiące po podpisaniu aktu notarialnego Przyborowska wystąpiła do diecezji z żądaniem zwrotu nieruchomości. Uzasadniała, że na działce nie jest budowany kościół (choć tego sobie życzyła) i że ksiądz Tyszka nie interesuje się jej losem. Diecezja odmówiła, więc w grudniu 2000 roku sprawa trafiła do sądu. Najpierw rejonowego, potem do okręgowego, w końcu do apelacyjnego. 7 kwietnia 2003 roku Sąd Apelacyjny w Białymstoku oddalił roszczenia Przyborowskiej. Sprawa została zamknięta. Definitywnie. W 2004 roku diecezja prawo własności do tej ziemi przekazała nowej parafii p.w. NMP Królowej Rodzin.

A mimo to Marianna Przyborowska uważa, że działka wciąż jest jej własnością.
– Nigdy jej nie oddam – mówi nam stanowczym tonem. – Tyle zobaczą – zerkając w stronę kościoła NMP Królowej Rodzin, pokazuje figę.

Próbowałem jakoś dotrzeć

Marianna Przyborowska o księdzu Tyszce dobrego słowa nie powie. Dzisiaj, podobnie jak cztery lata temu, twierdzi, że ksiądz się nią nie interesuje.
– Nie przychodzi nawet do mnie po kolędzie. On tylko czeka, aż ja umrę, żeby mógł spokojnie moją ziemię zagarnąć – mówi.

Ksiądz, pytany przez nas o parafiankę, ciężko wzdycha.
– Próbowałem jakoś dotrzeć do pani Przyborowskiej. Kiedyś, i teraz. Bez skutku. Po kolędzie też do niej zaglądam, zawsze. Tyle że ona nie chce mnie wpuścić do domu. Któregoś roku nawet jej sąsiedzi widzieli, że wyglądała przez okno, jakby czekała na kolędę. Ale kiedy do niej zaszedłem, po prostu nie otworzyła. Co miesiąc, jak zadeklarowałem przed sądem (23 czerwca 2005 r. w Sądzie Rejonowym w Ostrołęce proboszcz zobowiązał się do comiesięcznego przekazywania Mariannie Przyborowskiej renty – przyp. red.), wpłacam na jej „konto” 500 zł. Problem polega na tym, że ona tych pieniędzy z sądowego depozytu nie odbiera – informuje ksiądz.

Faktycznie. Na starszą panią czeka w sądzie kilkanaście tysięcy złotych (w 2006 r. pobrała 4 tys. zł).
– Nawet proponowałem jej, że zawiozę ją do sądu po te pieniądze. Umówiliśmy się na konkretną godzinę, ale pani Marianny nie było w domu – mówi. – Chciałbym jej jakoś pomóc, ale jak, skoro ona tego nie chce? – zastanawia się ksiądz.

[2009] TO.com.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: