Spowiednik Tysiąclecia

Gwiazdor Zbigniew Zamachowski w filmie „Prymas – trzy lata z tysiąclecia” kreował postać świętego niemal człowieka. Poczytajcie opowieść o tym bohaterze Kościoła i filmu. Dowiecie się o tym, czego nie pokazano w kinie.

Był to człowiek gorącej wiary, niemal uczuciowej modlitwy, kochający Kościół święty, oddany mu całym życiem. Ksiądz miał wybitne powołanie kapłańskie, które kochał całą duszą. Poziom duchowy księdza był o wiele wyższy od wysokiego.

Jeszcze dobrze komży nie ściągnąłeś, już za jaja cię trzymał, już wiedział, kogo będzie brał pierwszego, w tej no… zakrystii. Nieraz jak z tacą przyszedł z kościoła, nie, to zawsze nas wołał, wysypywał pieniądze na stół. Taca pieniędzy cała, kurwa, papierowe sobie, te wyjebał i my grali w karty. I tak każdego sobie wybierał, po kolei. Normalnie sadzał na krześle, majtki ściągał i normalnie walił. Walił i chuj.

Czy to możliwe, żeby obie te – jakże różne – charakterystyki dotyczyły tej samej osoby?

Możliwe. Pierwsza pochodzi od samego Prymasa Tysiąclecia, druga to wspomnienia prostego chłopaka z Lubaczowa, byłego ministranta. Obie dotyczą księdza kanonika Stanisława Skorodeckiego, spowiednika Stefana Wyszyńskiego i przyjaciela Jana Pawła II.

Pojechaliśmy do Lubaczowa, by porozmawiać o księdzu Skorodeckim.

– Małe gówniarze wołały za księdzem na ulicy: „pedał”. On nawet się nie oglądał, tylko prosto do chałupy szedł. Skorodecki nie miał daru do kobiet w ogóle. Tylko chłopcy i tyle. Pogłaskał po głowie, pogłaskał i wio – wspominają w Lubaczowie. Z zażenowaniem, ale bez przejęcia, bo tajemnica żadna. To wszyscy wiedzieli. Mówili tylko „a, ten pedał” – opowiada nasz rozmówca. Nazwijmy go Piotrem.

Piotr był ministrantem u Skorodeckiego przez siedem lat. Od trzeciej klasy podstawówki do ósmej. Rachunek się nie zgadza, bo dwa razy nie zdał. Ósmej klasy nie dosłużył do końca, zabrakło mu odwagi.

– Raz w tej kanciapie u księdza nie było zamknięte. Wszedłem tam po coś, już nie pamiętam, i widziałem jak Zenek Ryszewski jebie księdza.
On był pochylony, a ten z tyłu za nim. Uciekłem.

Do służenia Bogu u boku księdza Skorodeckiego chłopców zachęcali starsi koledzy ministranci. Oni byli jego pupilami i werbownikami. Mieli klucze do jego domu, dostawali pieniądze. Wieść niesie, że ich zabawy z księdzem przybierały wymiar mniej delikatny niż petting, czyli pieszczoty ręką.

– Kozioł to non stop był tam u niego, non stop. On go w dupę walił jak nic. Ten to miał kutasa, nich go krew zaleje, ze trzydzieści centymetrów albo lepiej. On takich właśnie szukał, który ma większego.

– Ale który którego walił?

– Kozioł księdza. W dupę. A Zbyszek Kot to był drugi jego pupilek. On normalnie brał chuja w pysk i mu druta ciągnął.

– Komu, księdzu?

– No a jak? Normalnie brał picia w pysk i ciągnął jak w burdelu, kurwa.

– Pan to widział?

– Ojej, nieraz…

Wielebny starannie dobierał ministrantów. Prawie wszyscy byli z wielodzietnych rodzin, z najbiedniejszej ulicy w Lubaczowie. Ksiądz zawsze miał 8–10 chłopaków w wieku od 9 do kilkunastu lat.

– On miał jednego takiego stałego klienta, cały czas, cały czas mu walił. To tamten mnie namówił na ministranta. Jak przyszedł świeży, to brał osobno. I za jaja… I do siebie do kanciapy. Nieraz człowiek normalnie się spuścił w majtki, zanim on kurwa, ten…

– Cały czas mówimy o księdzu Skorodeckim?

– O Skorodeckim, o Skorodeckim.

Ulubieńcy księdza Skorodeckiego nie mieli źle. Po niedzielnej mszy wysypywał na stół drobne pieniądze z tacy. Banknoty zabierał, monety zostawiał. Dawał dzieciakom karty i grali.

– W oko. Kasa była, cukierki były, my mieli wszystko, co tylko było. Jak my szli po pieniądze, to mało się nie pozabijali. Każdy brał jak najwięcej, żeby grać.

– Graliście na pieniądze i kto wygrywał, ten zabierał?

– No a jak. Ten zabierał. Nie żeby jemu wrócić, tylko do kieszeni i do domu.

– Ksiądz nie chciał, abyście mu zwracali?

– Nie, nigdy w życiu, absolutnie. On brał tylko grube pieniądze, a reszta drobnych na stół.

Gdy ministranci rozgrywali partyjki, ksiądz dosiadał się do nich i wybranemu małolatowi wkładał ręce w majtki, targał za jaja. Czasem dwóm chłopcom naraz. Reszta udawała, że nic nie widzi.
Potem wybierał jednego i szli do drugiego pokoju.

– Guziki w sutannie tylko rozpinał, a tych guzików od chuja było, guzik obok guzika. Nie miał slipów, tylko takie rajtki, długie po kolana jak spodenki…. Nieraz picek tak puchł, że aż piekł, niech go krew zaleje. Nieraz jak od niego wychodzili z kanciapy, to tak, o, się za jaja trzymali.

– Jak wziął takiego jednego małolata do drugiego pokoju, to pół godziny trzymał. Wypuszczał i szukał drugiego przy stole.

Wszystko odbywało się w parterowym drewnianym domu przy ulicy Świerczewskiego 14, dziś ulicy Prymasa Wyszyńskiego. Ksiądz mieszkał tu przez kilka lat po wyprowadzce z plebanii.

U swego spowiednika prymas Wyszyński bywał w Lubaczowie – oficjalnie i prywatnie. Widziano, że witał się z ks. Skorodeckim wylewnie.

Ksiądz miał wideo. Puszczał im – jak mówi Piotr – „pornusy”.

– On tych kaset miał, Boże. Siedziało dziesięciu w pokoju, on brał jednego i do drugiego pokoju, a reszta oglądała normalnie. Ciastka nam dawał, cukierki…

– Czy ksiądz wam jakoś tłumaczył swoje zachowanie?

– Mówił tylko, żeby nic nie gadać.

– Nie tłumaczył, dlaczego łapie za jaja?

– Nie.

Ministranci z góry wiedzieli, że co najmniej jeden będzie musiał się zabawiać z księdzem przy okazji niedzielnego spotkania. Godzili się na to. Dawał im przecież słodycze, jedzenie i kasę. Ich rodziny dostawały mąkę, olej, cukier, konserwy i co tylko wtedy przychodziło z darów. Jeździli po to wózkami w wyznaczone dni. Mogli sobie wybrać po parze butów. To były lata 80., Kościół dysponował darami. W niektórych rodzinach ministrantów mąkę świnie żarły, a psy i koty – konserwy.

– Tak dobrze im się żyło ze Skorodeckim – zapewnia jeden z rozmówców.

Było tak: w nocy jechał ktoś wyznaczony przez księdza do chałupy naprzeciwko jego domu przy Świerczewskiego (tam pewna pani prowadziła księżowski skład z darami) ciągnikiem z przyczepką, a później wracał do stodoły i dzielił te dary. Ci, co się ociągali z obciąganiem księdzu, darów nie oglądali. W kolejkę po dary zapisywał ksiądz.

Aktywna miłość bliźniego ks. Skorodeckiego trwała do 1986 r. Skandal zrobił się dopiero wówczas, gdy kanonik dobrał się do nie dość dyskretnego chłopaka. Początkujący ministrant poskarżył się w domu. Matka wpadła do kościoła po mszy.

– Ty pedale, ty chuju – krzyczała – co z ciebie za ksiądz?! – On uciekł i zamknął się w domu. To było w dzień. Widziało to wiele ludzi.

Zbyt wielu. Niedługo potem biskup Marian Jaworski pogonił Skorodeckiego na drugi koniec Polski – do Szczecina. Dalej się nie dało.

Kilku z dawnych ministrantów Skorodeckiego ma dziś pojebane życie i problemy ze sobą. Dwaj dawniejsi parobcy księdza to teraz alkoholicy, którzy czasem lubią się zabawiać z facetami na łące nad rzeką. Niektórzy problemów nie mają. Były przełożony ministrantów mieszka i pracuje we Włoszech. Jego ciotka jest tam zakonnicą.

– Spotkałem tego jednego, co we Włoszech jest. Zapytałem: „Co, pedałku?”. Odwrócił się i poszedł. Nawet papierosem nie poczęstował.

Skorodecki to w Lubaczowie postać niemal święta, mimo że ludzie wiedzą, iż ksiądz molestował seksualnie ministrantów. Plotkują też, że był współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. W Lubaczowie można usłyszeć, że miał pseudonim „Wanda” i był jednym z najlepszych TW w dawnym województwie przemyskim.

Gdy do Lubaczowa przybył w 1991 r. papież, ks. Skorodecki przyjechał aż ze Szczecina, aby długo i publicznie na oczach tłumów obściskiwać się z Głową Kościoła.

Do Szczecina, gdzie obecnie 83-letni kanonik mieszka i uczy łaciny w jednym z liceów, rozmawiać z Wielkim Człowiekiem przyjeżdżają dziennikarze, filmowcy, młodzież, przedstawiciele władzy. 14 listopada 1999 r. ks. Skorodecki obchodził 80. urodziny na Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie. Życzenia przysłały kancelarie Sejmu i Senatu, Prezesa Rady Ministrów, MSW, MSZ, władze Szczecina i województwa. Księdzu kanonikowi Skorodeckiemu hołdy składały również osoby prywatne i niezliczone organizacje. Podczas tego spotkania burmistrz Lubaczowa, człowiek z SLD, wręczył Skorodeckiemu akt nadania tytułu Honorowego Obywatela Miasta.

Pytam dawnego ministranta u księdza-pedofila:

– Chodzi pan do kościoła?

– Nie. W Boga wierzę, pacierz mówię, ale nie chodzę. W chuja księdza nie wierzę.

– Jak by pan dziś spotkał ks. Skorodeckiego, to co by pan mu powiedział?

– Nic. Pochwalony i już. Ja się normalnie wstydzę.

Pedofilię księży papież gromko ganił, Kościół przepraszał. Ministrantom z Lubaczowa nikt nie przekazał przeprosin.

Stanisław Skorodecki został księdzem 6 stycznia 1945 r. Święcenia przyjął z rąk metropolity krakowskiego, księcia kardynała Adama Stefana Sapiehy. Najpierw trafił do Mielca, gdzie był prefektem diecezjalnego internatu, a następnie do Ropczyc pod Rzeszowem. Tu UB oskarżyło go o to, że przewodził zbrojnej bandzie ministrantów, dążąc do obalenia ustroju siłą.Został aresztowany podczas kolędy na początku lat 50. i skazany na 10 lat. Trafił najpierw do Rawicza, później do Stoczka Warmińskiego, a następnie do Prudnika Śląskiego. Był współwięźniem i powiernikiem prymasa Wyszyńskiego.

W jednej z wielu rozmów, które odbył z dziennikarzami „Gazety Wyborczej”, wspominał, że bał się, aby prymas nie uznał go za szpicla nasłanego przez UB. Każdy, kto choć trochę orientuje się, jak działał tamten system, może zresztą się domyślić, że kardynał podejrzewał, po co Skorodeckiego uczyniono jego współtowarzyszem uwięzienia.

Kardynał wyspowiadał Skorodeckiego i odtąd siedzieli sobie razem kilka lat. Ksiądz Skorodecki stał się „opanowanym i silnym duchowo kapłanem, spowiednikiem i przyjacielem kardynała, jego największym uczniem, ostoją i wzorem dla współwięźniów”. Tak napisał o nim prymas Wyszyński w swoich „Zapiskach więziennych”. Kilka lat temu ks. Skorodecki napisał książkę „Byłem świadkiem”.

Wypuszczono go na wolność 28 października 1956 r. Trafił do Tarnowa (był katechetą i instruktorem harcerskim), a następnie do arcyważnej placówki dla Kościoła w ówczesnych latach – do Archidiecezji Lwowskiej, czyli do Lubaczowa. Działał tu 20 lat – w latach 1966–1986. Najpierw w parafii św. Stanisława, a następnie u św. Mikołaja. Był proboszczem i dziekanem lubaczowskim. W 1972 r. został też kanonikiem kapituły w Lubaczowie. Pełnił ważne funkcje w Kurii Arcybiskupiej. Dziś jest emerytem, ale naucza w liceum.

[2002] NIE.com.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: