Orgie u franciszkanów

Piękne, zielone dzielnice zadymionych Katowic: Ligota i Panewniki ukrywały koszmarną tajemnicą.

Salka katechetyczna przy plebanii Kościoła ojców franciszkanów pod wezwaniem świętego Antoniego w Katowicach – Panewnikach posłużyła 60-letniemu zakonnikowi bratu Dominikowi i 33-letniemu niedoszłemu franciszkaninowi Ryszardowi D. za miejsce przysposobienia do seksu uczniów z pobliskich szkół.

Prawda wyszła na jaw latem 1998 roku. We wrześniu sprawą zajęła się Prokuratora Rejonowa w Katowicach. Pewnie tajemnicę ukrywano by długo, gdyby matki jednego z chłopców nie poinformowano, że jej 14-letniego syna widuje się w towarzystwie homoseksualisty. Zaniepokojona, zaalarmowała szkołę. Syn przyznał, że z Ryszardem D. poznał go kolega ze szkoły. Ryszarda nazywano wujkiem. Wujek zabierał chłopców na pobliskie stawy i w wodzie ich obmacywał. Zabierał ich do lasu. Jak w prokuraturze zeznał chłopiec, w lesie Ryszard D. ściągnął mu majtki i wziął „ptaszka do buzi”, kazał przy tym nikomu nic nie mówić. Na drugi dzień spotkał się z nim znowu na osiedlu, w piwnicy. Powtórzył to, co zrobił w lesie.

Wujek zabrał chłopców do sali katechetycznej Kościoła św. Antoniego. Pomogła mu w tym Katarzyna K., dwudziestoletnia właścicielka samochodu marki polonez. To tym samochodem wożono chłopców na plebanię. Zabrano ich na pierwsze piętro, do pomieszczenia ze starymi meblami. Była tam wersalka, a obok niej materac. Gdy przyszedł brat Dominik, wujek kazał się chłopcom rozbierać. Zrobił to samo co w lesie – relacjonuje uczeń, a potem wziął od tyłu brata Dominika, który krzyczał „wy k…, wy dziwki”. Oglądającym wszystko chłopcom zaspokojony braciszek wręczył po 30 zł i zaprosił na kolejny dzień.

Proceder powtórzono pięć razy. Potwierdzili to zresztą sami oskarżeni. Onanizowali się obaj na oczach chłopców. Braciszek Dominik przyglądał się, kiedy wujek wykorzystywał seksualnie dziecko. Franciszkanin usprawiedliwiał się i tłumaczył, że nie współżył nigdy doodbytniczo z chłopcem. Za wszystko płacił: od 20 do 50 zł, wujkowi 40 zł, a właścicielce poloneza za dowóz od 10 do 20 zł.

Obaj: wujek Rysiek i brat Dominik obwiniali się wzajemnie. Ryszard D. opowiedział, że kiedy w 1984 roku wstąpił do zakonu w Poznaniu, rozpoczął praktyki homoseksualne. W nowicjacie był w latach 1984-1985. Z jakiej przyczyny zrezygnował z życia zakonnego, trudno dziś ustalić. Wrócił do Katowic. Jego matka była kucharką w panewnickim kościele. Ryszard, zresztą też kucharz, pozostał kiedyś na noc na plebanii. Tu poznał brata Dominika – przełożonego o o. franciszkanów. Wtedy też zaczęły się ich „zabawy”.

I tym razem katowickie sądy nie stanęły na wysokości zadania. Mimo żądań prokuratury i w związku z grożeniem chłopcom przez Ryszarda D. ani Sąd Rejonowy, ani Sąd Wojewódzki nie zarządziły wobec winnych aresztu tymczasowego.

Wikariusz Kurii Prowincjonalnej o o. Franciszkanów w Katowicach stwierdził, że w ciągu 20 lat, kiedy w Kurii pracuje, podobna sprawa się nie zdarzyła. Przyznaje jednak, że „wspólnoty wojskowe czy seminaryjne są bardzo narażone na działanie homoseksualne”. Szczery aż do bólu okazał się ojciec Bonawentura.

Po supertajnym procesie Sąd Rejonowy w Katowicach uznał baraszkujących franciszkanów winnymi przestępstwa. Jeden zakonnik skazany został na rok i osiem miesięcy więzienia (w zawieszeniu), drugi także w zawieszeniu otrzymał karę roku i czterech miesięcy, a Katarzyna W., właścicielka poloneza za współudział skazana została na rok i dwa miesiące pozbawienia wolności.

***

Do innego domu zakonnego franciszkanów, w Krakowie, w 1997 roku stawił się chłopak, który marzył, aby zostać duchownym. Przez cztery miesiące miał tam odbywać „postulat”, czyli miał się tam ostatecznie zdecydować, czy chce być zakonnikiem. Niemal na początku drogi zakonnej przekonał się, co oznacza życie w klasztorze. Zaczął się do niego dobierać inny adept, a że miał względy u przełożonego postulatu, tzw. magistra postulatu ojca Innocentego Ruseckiego, szantażował naszego bohatera, że spotka go kara, gdy będzie się opierał pieszczotom.

Kiedy pojechali do Alwernii na kolejny etap przysposobienia do życia w zakonie, dalej był molestowany. Poskarżył się nowemu magistrowi postulatu, a ten wyjednał u ojca prowincjała usunięcie z nowicjatu napalonego adepta.

Dalszy etap przysposobienia odbywał sięw klasztorze ojców bernardynów w Leżajsku przy Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia. Miał trwać rok i się zakończyć złożeniem ślubów zakonnych. Tych jednak bohater nasz nie doczekał.

W klasztorze dobierał się do niego kolega, dotykał, całował, robił wszystko na siłę. Gdy w czasie spowiedzi podzielił się wszystkim ze spowiednikiem ojcem Damianem, ten powiedział, aby poczekał, „może tamtemu przejdzie”. Nie przeszło. Uratowało go przeniesienie do klasztoru ojców bernardynów do Kalwarii Zebrzydowskiej – tego słynnego, który od 400 lat opiekuje się sanktuarium z obrazem Matki Boskiej Kalwaryjskiej. Oprowadzał pielgrzymów po „dróżkach wniebowzięcia i zaśnięcia Matki Bożej”. Jak inni bracia, dostawał za to niewielkie pieniądze. Inni ciułali je na specjalnych kontach w banku, by w wolnych chwilach przeznaczyć je na kobiety.

Na miesięczną praktykę wysłano go do klasztoru w Dukli koło Krosna. 28-letni brat Cecylian od razu upatrzył sobie naszego młodzieńca. Choć był kapłanem i po ślubach zakonnych – traktował go jak równego sobie. Innych taki zaszczyt nigdy nie spotkał. Spotkali się w celi Cecyliana. Były trzy półlitrówki. Młodzikowi urwał się film i o bożym świecie zapomniał. Obudził się następnego dnia nagi w łóżku Cecyliana. Wiedział, co się stało. Cecylian mówił, że w klasztorze to jest na porządku dziennym i prosto z łóżka poszedł odprawiać poranną mszę.

Gdy wrócił do Kalwarii, nadal zajmował się grupami pielgrzymów. Przy okazji wizyty papieża poznał trzech księży i diakona. Zaprosili młodego przewodnika do pokoju. Ksiądz Bogdan Fedorowicz, wikary w Łaskarzewie, wsadził mu rękę pod habit, chciał obmacywać i całować. Został odepchnięty. Przeprosił. Częstował śliwowicą. Rozmawiali i pili. Znów o bożym świecie zapomniał. Gdy obudził się następnego dnia w południe, zobaczył na dnie szklanki jakiś biały osad. Wszystko już wiedział. Ksiądz Bogdan tłumaczył, że on naprawdę tego chciał i zostawił mu karteczkę z numerem telefonu oraz 200 zł.

Chciał wytrwać mimo wszystko, nie miał jednak siły. Napisał list do prowincjała i biskupa siedleckiego Jana Nowaka. Opisał w nim wszystko i odszedł z zakonu. Żadnej odpowiedzi do dziś nie otrzymał.

Opowieść, jak na markiza de Sade przystało. Niedole cnoty. Głupiutki był ten nasz adept życia zakonnego

[2003] Fragment książki “Życie seksualne księży” – Haasler Robert

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: