Psiakość – ta Pakość!

Pakość to mała, biedna mieścina w województwie kujawsko-pomorskim. Kiedyś blisko 6-cio tysięcznej społeczności żyło się tu dobrze.

Była fabryka lnu, fabryka dywanów i Kombinat Cementowo-Wapienny „Kujawy”. Było też kilka mniejszych zakładów pracy, sklepy, rzemieślnicy. Dziś o fabryce lnu nikt już nie pamięta, a pozostałe zakłady pracy pracowników nie potrzebują. Jest Jezioro Pakoskie i rzeka Noteć. Kto może, ten łowi. Mniej lub bardziej legalnie, a potem po domach sprzedaje „urobek”.

Nad miastem górują budowle franciszkanów. W średniowieczu był tu zamek obronny. Dziś Kościół Kalwaryjski z drogą krzyżową i parafia św. Bonawentury z wielką świątynią.

Chyba na przeklętym miejscu wybudowano tu plebanię, bo od lat dzieją się w niej wielkie cuda. Diabeł kusi tu braciszków do grzechu, a ich wiara nie jest tak silna, aby nie dać się wodzić na pokuszenie.

Kilkanaście lat temu osiadł na plebanii ojciec Wiktoryn. Szybko dorobił się dziecka z miejscową małoletnią pięknością. A jako chłop honorowy, poślubił matkę dziecka, porzucił zakonny habit i oboje, a raczej we troje odjechali w siną dal.

Zastąpił go ojciec Fryderyk. Ten w przeciwieństwie do poprzednika brzydził się towarzystwem dam. Wolał ministrantów. Urządzał im na plebanii ciekawe igraszki. Całował, pieścił, dobierał się wreszcie. Lubił też pogłaskać po jajkach. Ten fragment męskiego ciała podobał mu się wyjątkowo. Sam też miał się czym pochwalić. Dawno, nawet w najdalszych okolicach, większych nie widziano. Na szczęście wszystko się wydało i braciszka lubieżnika pedofila z plebanii przegoniono.

Parafię św. Bonawentury objął wkrótce ojciec Sylweriusz, który wcześniej zarządzał kościołem kalwaryjskim w Pakości.

Sylweriusz znany był z poprzedniego miejsca z licznych trudnych do rozliczenia transakcji finansowych. Powtórzył wszystko w parafii świętego Bonawentury. Znany był jednak i z tego, że miał tylko jedną kochankę. Musiał opuścić Pakość, bo przełożeni zakonni nie potrafili ukryć już więcej skandali finansowych współbraciszka.

Parafia szybko stała się rezydencją dla młodego, gniewnego i dynamicznego ojca Oktawiana. Przebojowy to on był. Założył Franciszkański Ruch Apostolski, sprowadził do Pakości wielkich artystów i teatry. Młodzież garnęła się do ojca, a ten rozpościerał wśród nich skrzydła. Chętniej jakoś chował w swych piórkach miejscowe panienki. Założył dla nich ruch oazowy. Panienki musiały więc nosić stroje, które łatwo było zdjąć, choć nie o tę funkcję chodziło w wymyślnych mundurkach dla oazowiczek.

Uczył też w szkole. W wolnych chwilach zapraszał panienki – uczennice do siebie, zrzucał z nich stroje służbowe i pokazywał na czym polega życie. Nie używał prezerwatyw, nie zabezpieczał się też na inne sposoby – nauka Kościoła przecież tego zabraniała. Jedna z panien została matką, szczęśliwym ojcem zaś – ojciec Oktawian. I ten uniósł się honorem. Tym razem sam zrzucił strój służbowy – zakonny habit. Poślubił pannę i żyją gdzieś w okolicy, może w udanym stadku rodzinnym.

Nowym proboszczem został u św. Bonawentury spokojny ojciec Walter. A że parafia po kilku latach kłopotów wymagała remontów, potrzebna była gotówka. Jak sobie poradzić z tym garbem – głowił się ojciec Walter. Parafianie nie chcieli już hojnie wspomagać „wesołej plebanii”.

Ojczulek dumał, dumał, aż wydumał. Upatrzył sobie panią magister, właścicielkę miejscowej apteki „Nad Notecią”. Pani już leciwa, dobiegała osiemdziesiątki. Była jednak panną, może już nie piękną, ale za to bogatą. Kochała Boga, kochała Kościół, bezgranicznie też wierzyła braciom franciszkanom. Od dziesiątków lat nosiła na sercu „obraz” świętego Kościoła i jego kapłanów. Pieściła i ceniła ten wizerunek jak największą świętość. Aż tu pewnego wieczora okazało się, że nie tylko „obrazu”, ale i jej samej o mały włos szlag nie trafił.

Lubiła wpadać czasem na plebanię do ulubionego księdza z podarunkami. Choć staruszka, werwę miała że ho, ho! To co zobaczyła, jakoś nie mieściło się jej w głowie. Nie wie przy tym, który widok wywołał więcej emocji: dwa męskie członki naraz, czy też widok ulubionego księdza dymanego w odbyt przez miejscowego radnego? O scenach miłosnych już co nieco wiedziała, trochę z literatury, trochę z filmów, ale dwóch mężczyzn, to się już w głowie pomieścić nie mogło. Miała jednak dużo żywego ducha dzielna staruszka, skoro na ten widok serce jej nie wysiadło, a rozum sprawniej zaczął działać. Zaczęła drzeć się w niebo głosy i całkiem racjonalnie dała księdzu ultimatum: „albo w dwie godziny opuścisz plebanię i Pakość, albo będziesz miał zrobione koło dupy, i to nie tak przyjemnie jak przed chwilą”. To chyba jednak nie jest cytat z jej wypowiedzi.

Opuściła plebanię, jakby diabła widziała. W zakładzie pogrzebowym, mieszczącym się po drugiej stronie ulicy, trochę odetchnęła i opowiedziała o tym, co nawet stare oczy przeraziło. Po dwóch godzinach wróciła na plebanię, ale już nie zastała na niej ojca Waltera. Nikt zresztą nie wie, co się z nim dalej działo i gdzie jest.

W miasteczku pozostał natomiast drugi bohater. Miejscowy radny, bardzo przystojny Zygmunt G., pseudo Zyga. To on posuwał ostro księdza od tyłu. Nieprzeciętnej urody Zyga sprawnie zaspokajał księdza. Był przecież sportowcem. Przed laty stał na bramce w trzecioligowej „Noteciance”, której teraz prezesuje. Jest w Pakości liczącym się biznesmenem i wychowawcą młodzieży.

Miłość do księdza czy też z księdzem sprawiła, że i poglądy przechyliły mu się na prawo, dając mandat radnego. Zyga, gdy miasteczko jak lotem błyskawicy obiegła wieść o emocjach, jakie przeżyła magister Lucyna W., trochę chował się przed wścibskimi. Wkrótce jednak podniósł głowę i dumnie kroczył po ulicach miasteczka. Znalazło się sporo takich, którzy widzą w nim nawet idola. Pewnie magister Lucyna W. z aptekarską dokładnością zdradziła więcej szczegółów o budowie ciała przystojnego radnego. Wieść niesie, że i pod ubraniem Zyga jest równie urodziwy co na zewnątrz.

Dziś dumny radny na powrót prawi ludziom morały. Ciekawe co jest ich tematem?

[2003] Fragment książki „Życie seksualne księży” – Haasler Robert

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: