FiM – Źle sie dzieje u cystersów – Za murami, habitami

„Niedawno ojciec Piotr zapił się na śmierć i zmarł niemal pod płotem jak menel. 24 września odbył się pogrzeb ojca Roberta, który targnął się na życie. Był skarbnikiem w klasztorze, podobno stwierdzono braki w kasie. Krążą tez pogłoski, że… prostytutki wyrzuciły go przez okno”.

Tej treści list nadszedł do redakcji z Wąchocka, gdzie znajduje się jeden z największych w Europie klasztorów zakonu cystersów. Zaniepokoiliśmy się o losy świętego miejsca. Pojechaliśmy więc do Wąchocka, by posłuchać nie tylko słynnych kawałów o tutejszych sołtysach i zwijanym na noc asfalcie, ale i sprawdzić, ile jest prawdy w słowach anonimowego informatora.

Już na początku okazało się, że ludzie sporo wiedzą, ale boją się mówić. „Pan pojedzie, a my tu musimy żyć na co dzień z zakonnikami” – mówi Anna Kabzińska.

Opój w habicie

„Ojciec Piotr, z racji grymasu na twarzy zwany Krzywoustym, słynął z wielkiego umiłowania trunków — opowiada mieszkaniec Wąchocka, Jan Basztyga. – Nie siadał do stołu, gdy pod ręką była tylko jedna butelka. Nosił zawsze pod habitem piersiówkę z wódką lub innym napitkiem. A że nigdy nie odmawiał wypicia kielicha, przyjaźnił się z wieloma takimi samymi jak on”. Nie odmawiał nikomu towarzystwa, jeśli tylko wiązało się z poczęstunkiem i wypitką.

Mimo iż wszyscy w Wąchocku wiedzieli o alkoholowych skłonnościach 50-letniego mnicha, nie robiono nic, by go wyleczyć z tej choroby. Wielu mieszkańców lubiło go nawet, bo ojciec Piotr potrafił ludziom okazywać serce. Nie wywyższał się, z każdym przystanął, pogadał. Śmierć przyszła niespodziewanie. Prawdopodobnie jego organizm nie wytrzymał kolejnej dawki alkoholu i zakonnik wykorkował.

Śmiertelny skok

Dwa miesiące później na miejscowy cmentarz odprowadzono zwłoki kolejnego cystersa, 48-letniego ojca Roberta. O jego śmierci miejscowi wiedzą niewiele — ot, zmarł nagle gdzieś w Polsce. W klasztorze nic nie chcą mówić, za to miasto aż huczy od plotek. Według niektórych, ojciec Robert wyskoczył z okna według innych – wyrzucony zastał podczas zakrapianej suto alkoholem balangi z panienkami. Do tragedii miało dojść pod Krakowem.

Jaka była prawdziwa przyczyna śmierci ojca Roberta? Czy rzeczywiście wykryto jakieś nadużycia finansowe, jak opowiadają niektórzy mieszkańcy Wąchocka? A może po prostu ojciec Robert „poszedł w Polskę” i przytrafiło mu się jakieś inne nieszczęście? Jego odejście wciąż owiane jest tajemnicą. Jak zresztą inne ciemne sprawy cysterskiego zakonu…

Zakonnik biznesmenem

Z nazwiskiem Krzysztofa Strójwąsa zetknąłem się przypadkowo podczas jednej z wizyt w sulejowskim opactwie, podlegającym opatowi w Wąchocku. Ojciec Grzegorz – takie imię nosił w zakonie K. Strójwąs — sprowokował konflikt w nadpilicznym grodzie. Gdy na światło dzienne wyszły jego kanty, wyjechał niespodziewanie na urlop, Gdzie? O tym nie miał pojęcia ani proboszcz w Sulejowie, ani nawet wąchocki opat. W numerach 38 i 40 pisałem 0 maszynie poligraficznej wartości 3,2 min zł (!), którą o. Grzegorz prawdopodobnie sprowadził bez cła i „pogonił” z zyskiem na Ukrainie.

Gdy w końcu udało mi się odnaleźć zakonnika, w pierwszej chwili nie przyznał się do założenia firmy „Greg-Life”, zajmującej się handlem maszynami i urządzeniami poligraficznymi. Dopiero dociśnięty do muru potwierdził, że, owszem, firma powstała ak tylko do… zarządzania parkingiem przy opactwie.

Prawdziwą bombą okazało się jednak wyznanie o. Grzegorza: „Chcę wystąpić z klasztoru, bo mam dosyć tej mafii żerującej na kłamstwach. Żadnych pieniędzy na handlu nie zarobiłem. Mam 39 lat, a jestem bez grosza przy duszy i muszę korzystać z pomocy ojca”.

Handlowa działalność o. Grzegorza nie była znana opatowi klasztoru w Wąchocku, Gerardowi Kocikowi. Tak przynajmniej stwierdził w rozmowie ze mną. Opat nie potwierdził także, że znany jest mu konflikt w Sulejowie, choć przecież kilka miesięcy temu podejmował delegację sulejowian, którzy specjalnie przyjechali, by bronić swojego proboszcza, o. Romualda. Opat najzwyczajniej rżnie głupa.

Pieniądze, pieniądze…

Udało nam się poznać wiele innych podejrzanych spraw cystersów. Okazuje się, iż nawet w tak czcigodnych murach główną rolę gra nie Bóg, a pieniądz. Walka 0 władzę już dawno podzieliła mnichów. Część z nich służy bezkrytycznie pryncypałowi w habicie, za co cieszą się jego względami. Inni zaś, najczęściej niepokorni i raczej bliżsi swemu powołaniu, wysyłani są na „wysunięte placówki”, takie choćby jak ta w Sulejowie. Opatrzeni etykietą „niepokornych” nie mają prawa powrotu do macierzystego opactwa, a nawet wyrzucani są z niego bez podania przyczyn. Taki los spotkał m.in. o. Romualda, noszącego habit ponad czterdzieści lat.

Coraz mniej mnichów

Opactwo w Wąchocku (patrz zdjęcia) korzeniami sięga początków XII stulecia. Niegdyś należało do najpotężniejszych w Europie. Dziś także prezentuje się nieźle, w czym zasługa m.in. olbrzymich pieniędzy z kasy państwa. „Po wojnie poszły niewyobrażalnie duże nakłady na remonty i konserwację zabytku” — mówi jeden z zakonników pragnący zachować anonimowość. Sporo grosza „wpompowała” także obchodząca właśnie 10-lecie istnienia fundacja „Obiekt Zabytkowy — Opactwo Cystersów”. Czy wszystkie pieniądze wykorzystane zostały zgodnie z przeznaczeniem? Niestety, sporo mieszkańców, nawet tych przykruchtowych, ma wątpliwości dotyczące tej kwestii.

Opat Eustachy nie chce na ten temat rozmawiać. Ma poważniejsze problemy na głowie. Ostatnie przypadki śmierci kilku mnichów, a także brak chętnych do przywdziewania habitu – spędzają mu sen z powiek. Tym bardziej że pojawia się coraz więcej sygnałów o innych zakonnikach, bardziej pasjonujących się szybkimi samochodami i pięknymi damami niż życiem w ubóstwie i świętości. Złe się dzieje u cystersów.

[2001] FaktyiMity.pl Nr 42(85)/2001

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: