Dzieci były bite w szkole? Katechetka: – To jest nagonka!

„Jeśli ktoś nie ma podejścia do dzieci, nie powinien z nimi pracować”- piszą internauci. Po naszym artykule o oskarżanej o agresję Joannie R., katechetce z Zespołu Szkół w Grabiku, rozpętała się burza. Sama katechetka się broni. Głos zabrała też kuria.

20 września opisaliśmy sprawę katechetki, której rodzice zarzucali agresję wobec uczniów. Po lekcji religii jej 12-letnia uczennica przyszła do domu z siniakami. Nasz artykuł wywołał mnóstwo emocji i gorącą dyskusję. W redakcji rozdzwoniły się telefony, a forum na http://www.gazetalubuska.pl zawrzało. „Żaden nauczyciel nie powinien używać siły fizycznej lub wydzierać się na dzieci” – pisał jeden z internautów. – „Mam naprawdę wzorowe, spokojne i bardzo dobrze uczące się dzieci, i pomimo bardzo dobrych ocen z religii, nie przepadają za tym przedmiotem. A dlaczego? Bo katechetka jest niesympatyczna, oschła. Jak tak ma wyglądać lekcja religii, to lepiej nie posyłać dziecka na tę lekcję, bo Bóg uczy miłości, ciepła i wyrozumiałości”. Gość napisał: „Cieszę się, że rodzice w końcu zareagowali. Nikt nie ma prawa bić nawet tych najbardziej trudnych wychowawczo dzieci. Nauczyciel religii powinien świecić przykładem”. Większość komentujących potępiała przemoc, zwłaszcza na linii nauczyciel – uczeń, ale niektórzy usprawiedliwiali postępek nauczycielki religii. – „Katechetka popełniła błąd, gdyż nie potrafiła okiełznać emocji, dała się wyprowadzić z równowagi chamskiemu dzieciakowi. Widać miała do czynienia z bezczelnym bachorem”.

Bohaterka artykułu Joanna R. z Zespołu Szkół w Grabiku również przysłała do redakcji list. Uważa, że to nagonka. Swoją nerwową i – jak przyznała – niewłaściwą reakcję tłumaczy zachowaniem dziewczynki, która rozmawiała i przeszkadzała w prowadzeniu zajęć. Inaczej niż matka szarpanej dziewczynki katechetka twierdzi, że nie było mowy o przesadzeniu dziecka siłą na inne krzesło (wcześniej, podczas rozmowy z dziennikarzem, temu nie zaprzeczała). Poddaje w wątpliwość obecność sińców na ramionach 12-latki. – Dlaczego matka nie zrobiła obdukcji? Dlaczego do mnie nie przyszła? – pyta w liście Joanna R. Nie przypomina sobie, by ktokolwiek z rodziców po apelu rozpoczynającym rok szkolny, wyrażał oburzenie jej obecnością w szkole. Podkreśla, że śladu informacji o całym zajściu nie ma w jej aktach osobowych. Gdyby taka notka była, odchodzący dyrektor powinien przekazać ją przejmującej szkołę we wrześniu Danucie Semenków. Z tonu listu katechetki wynika, że komuś zależy, by straciła posadę. Komu?

Kobieta już wcześniej podejrzewała, że to może być dzieło poprzedniego dyrektora. Nie wiedziała nic o jego rozmowach z kurią i obietnicy urzędników biskupa o cofnięciu jej tzw. misji do nauczania religii.

Do naszego artykułu ustosunkował się także ks. Andrzej Sapieha, rzecznik Kurii Biskupiej. – Dyrektor dobrze wie, że w sprawach dotyczących dyscypliny pracy, katecheta podlega mu na tych samych zasadach, co inni nauczyciele. A że w przypadku katechetki ich nie zastosował, a jedynie pisał i dzwonił do kurii, to już jego sprawa. Czyżby liczył na to, że trudną sprawę da się załatwić rękami innych? – pyta rzecznik. – Kim są zbulwersowani rodzice? Czy zanim napisali do prasy, interweniowali u dyrekcji albo u proboszcza? Wydaje się, że nie. O co więc tutaj chodzi? O dobro dzieci czy osobiste porachunki?

Przedstawiciele kurii zaprzeczyli, by kiedykolwiek rozważali cofnięcie misji katechetce. Kto więc kłamał? Poproszony przez nas o komentarz były dyrektor Bogdan M. podtrzymał swoją wersję. – Kobieta miała od września nie pracować – podkreślił.

„Zbulwersowani rodzice” napisali do redakcji kolejny list. Twierdzą, że o biciu dzieci w szkole w Grabiku wiedzieli wszyscy: kuria, wójt i sołtys. Tymczasem w aktach osobowych katechetki nie ma śladu o sprawie. Przeciwnie: przez trzy ostatnie lata otrzymywała ona nagrody dyrektorskie przyznawane z okazji Dnia Nauczyciela. Sprawie postanowiła przyjrzeć się nowa dyrektorka szkoły. – Obejrzałam akta tej pani i jasno oświadczyłam, że nie może być mowy o szarpaniu czy biciu dzieci. Zawsze będę stawać w obronie dziecka. Ja sama nigdy nie zauważyłam niepokojących sygnałów w jej zachowaniu, ale może za krótko pracuję. Jednak dziwi, że nie ma po tym żadnego śladu w dokumentach. Były dyrektor twierdził, że gdzieś się zawieruszyły, choć podczas wcześniejszego wywiadu w obecności czterech osób twierdził, że są – mówi Danuta Semenków.

By wyjaśnić nieścisłości, poszliśmy do Bogdana M. Od września jest opiekunem w szkolnej świetlicy. Spieszył się, ale umówił się na następny dzień. Wtedy już nie był tak rozmowny. – Nie mam nic do dodania, nie będę się przerzucał na argumenty. Mam dość własnych problemów, do pani Joanny nic nie mam. Mogę przyrzec na życie moich dzieci, nie mam nic wspólnego z tym listem! – zarzekał się.

[2011] GazetaLubuska.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: