Spowiedź księdza w prokuraturze

Kim jest ksiądz Bolesław J.? Duchownym skazanym w stanie wojennym za to, że potępiał rządy generała Jaruzelskiego? Dobroczyńcą sprowadzającym repatriantów z Kazachstanu? Czy też oszustem, który – jak twierdzi koszalińska prokuratura – okradł skarb państwa na 700 tysięcy złotych…

Gdy w miniony piątek ksiądz Bolesław J. wyszedł z prokuratury odetchnął z ulgą. Opatrzność i tym razem czuwała. Wyznał grzechy, obiecał poprawę, zaczął już nawet naprawiać zło, które wcześniej czynił. Dowodem jest wpłata 50 tysięcy złotych na konto Agencji Rynku Rolnego (ARR) tytułem pokrycia strat. Czy jednak to wystarczy? Zarzuty prokuratury są poważne, nie skończy się na kościelnej pokucie. Przyjdzie zapłacić za grzechy: utratą dobrego imienia? pozbyciem się dóbr doczesnych? Kto wie, co też zgotuje hierarchia kościelna. Tym bardziej, że jeden zepsuty owoc potrafi zniszczyć cały kosz. W środę prokuratura koszalińska oficjalnie poinformowała, że w tej sprawie podejrzanych jest też czterech innych księży z diecezji!

Pytanie czy ksiądz okazał się niegodnym noszenia sutanny od kilku dni zadają sobie nie tylko parafianie, lecz także pozostali ludzie, którzy znali księdza z jego działalności duszpasterskiej lub – a takich też jest rzesza – z działalności biznesowej. To pytanie bez wątpienia zadaje sobie także ksiądz biskup Kazimierz Nycz. Okazało się, że kościelny hierarcha musi rozwiązać problem nie tylko księdza J., ale także innych kapłanów tej diecezji. Prokuratura działania księży ocenia dosadnie: oszustwa, wyłudzenia, poświadczenia nieprawdy.

Policyjny trop

To, iż afera zbożowa, w którą zamieszani są księża, ujrzała światło dzienne jest zasługą koszalińskich policjantów z wydziału przestępstw gospodarczych. Od kilku miesięcy kompletowali dokumenty świadczące o bezprawnej działalności kapłanów. – Dowody są wystarczające – uspokajają ci, którzy znają zawartość akt. I tak zapewne jest, skoro żaden z podejrzanych nie zaprzeczył stawianym im zarzutom. Różnie tłumaczyli swoje zachowanie, ale nie kwestionowali tego, iż uczestniczyli w procederze. Na razie (!) prześledzono transakcje do roku 2000.

Księża wykorzystali fakt, iż Agencja Rynku Rolnego interwencyjnie skupowała zboże, aby przechowywać je w magazynach. Chodziło o utrzymanie stabilnej ceny przez cały rok. Pomysł był dobry, ale z jego realizacją, a przede wszystkim nadzorem nad magazynami, było już gorzej. Aby uzyskać dopłatę do zmagazynowanej tony ziarna należało przedstawić w ARR plik dokumentów. Przede wszystkim potrzebne było zaświadczenie, że zboże zostało odstawione do magazynu. Ten fakt musiał też potwierdzić skupujący zboże.

Preparowali dokumenty

Taki zestaw dokumentów pozwalał ubiegać się o dopłatę. Średnio było to 120 złotych za tonę przechowywanego zboża. Jak wynika z naszych informacji ksiądz J. wpadł na pomysł „rozpychania” magazynów. Można kupić tonę, a wpisać dziesięć lub nawet sto. Można też wcale nie kupować, a tylko wypisać dokumenty transakcji. Potrzebne jest jedno: zaufanie. Dlatego też w proceder wciągniętych zostało czterech innych księży. Dwóch z nich było wymarzonymi kontrahentami, ponieważ zarządzali kościelnym gospodarstwem rolnym „Semirol”, istniejącym przy koszalińskim seminarium duchownym.

Według prokuratury fałszowanie dokumentów trwało co najmniej od 2000 roku. Jak to możliwe? Pracownik szczecińskiego oddziału ARR (pod warunkiem zachowania anonimowości) przyznaje wprost, że byli zasypywani wnioskami o dotacje. – Niczym zbożem – śmieje się porównując ilość dokumentów. Jak sprawdzić setki wniosków, gdy wyznaczonych jest do tego dwóch pracowników, a posługują się metodami rodem ze średniowiecza? Przy jednym pomiarze wychodziło, że w silosie jest 500, przy innym 800 ton ziarna. I jak tu ustalić rzeczywistą ilość? – zastanawia się. Nie było wtedy takiej możliwości. – Teraz, po wstąpieniu do Unii Europejskiej, są zupełnie inne procedury i popełnienie oszustwa jest nie do pomyślenia – zapewnia.

Siali, orali i na prawie się nie znali

Prokuratur Ryszard Gasiorowski, rzecznik koszalińskiej prokuratury okręgowej potwierdza, że zweryfikowanie dokumentów dostarczanych ARR stwarzało ogromne problemy. Inspekcje zazwyczaj były zapowiedziane i dlatego można się było do nich odpowiednio przygotować.

– Na przykład zasypując drzwi do magazynu ziarnem, aby uniemożliwić wejście inspektorów i stworzyć wrażenie, że jest on wypełniony ziarnem – opisuje sposoby wyprowadzania w pole urzędników.

Księża zapewniają, że nie zdawali sobie sprawy, że ich działania są przestępstwem. Byli nieświadomi, że jest to nielegalne, nie znali zasad skupu i nie wiedzieli, że tworzenie tych dokumentów prowadzi do wyłudzeń – przytacza ich wyjaśnienia prokurator. Jednak nie zwalnia ich to z odpowiedzialności. Dwóch zarządców seminaryjnego gospodarstwa (Waldemara D. i Mariusza D.) prokuratura podejrzewa o wyłudzenie od ARR około 200 tysięcy złotych dotacji. Żaden z pięciu księży nie został jednak tymczasowo aresztowany!

Bogaty jak ksiądz

– Chodzi nam o to, żeby naprawili szkody, a za kratami nie będą mieli takiej możliwości – tłumaczy prokurator Gąsiorowski. Poza tym – co oczywiście nie jest bez znaczenia także w świetle prawa – szczerze przyznali się do winy i żałowali tego, co zrobili.

Ksiądz Bolesław J. zapłacił 50 tysięcy złotych poręczenia. Zabezpieczono także należące do niego dwa samochody (warte ok. 60 tysięcy złotych). Pozostali wpłacili mniej: Waldemar D. – 7 tysięcy złotych, zaś Mariusz D. – 25 tysięcy złotych. – Zależnie od stopnia majętności. Niektórym z nich komornik spisał także dobra doczesne, aby zabezpieczyć je na poczet grzywien i zadośćuczynienia. – Mieć jedną dziesiątą tego majątku, co ma ksiądz J. i można spokojnie patrzeć w przyszłość – rozmarza się jeden z naszych rozmówców. A ksiądz jest w posiadaniu ośrodka wypoczynkowego w Gąskach, gospodarstwa rolnego w Syrkowicach, ziemi pod Połczynem. Oprócz wspomnianych księży w sprawę wmieszani są jeszcze dwaj inni kapłani: Włodzimierz M. (były proboszcz ze Śmiechowa) i Henryk K. z Koszalina.

– To jest śledztwo dynamiczne i nie ma dnia, żeby policja kogoś nie zatrzymywała – opisuje postępy dochodzenia prokurator. Przyznaje, że trudno jest w tej chwili powiedzieć, jak szeroki krąg zatoczy śledztwo. – Każdy dzień przynosi niespodzianki – podkreśla.

Na tropie księdza

Usiłuję skontaktować się z proboszczem Bolesławem J. Stojąc przed drzwiami parafii św. Józefa w Połczynie Zdroju długo cisnę na dzwonek. Drzwi uchyla młody wikary. Gdy słyszy, że chcę rozmawiać z księdzem proboszczem czerwienieje i zaznacza, że to nie jego sprawa. Proboszcza jednak akurat nie ma i trudno powiedzieć kiedy będzie w parafii.

– W tej chwili nie mam nic do przekazania. W zaistniałej sytuacji, jako osoba duchowna, bez zgody władz diecezji nie mogę z panem rozmawiać. Ta sprawa jest zbyt gorąca, świeża. W emocjach różne rzeczy się mówi. Na razie więc nie będę w tej sprawie udzielał jakichkolwiek informacji – słyszę w słuchawce telefonu zmęczony głos księdza J.

Parafianie zagadnięci na ulicy, w pobliżu kościoła, też niechętnie godzą się na rozmowę. Słyszę zwykle, że niepotrzebnie szukam sensacji. W końcu trafiam na grupkę starszych kobiet, które żarliwie zapewniają, że podejrzenia wobec księdza, to na pewno jakieś nieporozumienie i robota złych języków. Znają księdza od 25 lat i wiedzą, że on ręki nie wyciąga nawet po własne, a co dopiero po cudze.

Natomiast ci, którzy rzadziej odwiedzają kościół mają więcej do powiedzenia: – Ja do kościoła rzadko zachodzę – mówią wprost. O kapłanie mają jednak wyrobione zdanie.
– To bardziej biznesmen, niż ksiądz – narzekają. Twierdzą, że tak kapłan nie powinien postępować, a w parafii można wszystko załatwić jeżeli się zapłaci.

Nikt jednak nie opowiada o tym, jak ksiądz wojował z komuną w czasie stanu wojennego, za co został skazany na trzy lata więzienia. Ani o tym, jak potajemnie budował kościół wodząc za nos administrację, która nie chciała dać pozwolenia na budowę świątyni. Tego jednak można dowiedzieć się wpisując nazwisko księdza w internetową wyszukiwarkę.

Niektórzy z moich rozmówców mówią o Syrkowicach. To ma być koronny dowód na nieczyste intencje księdza. – Ściągnął starszych ludzi ze wschodu i ich oszukał – zaperza się starszy jegomość, a po chwili już opowiada o wszechobecnym spisku żydowskim.

Dom

To właśnie z internetu można dowiedzieć się, że ksiądz jest prezesem oddziału Stowarzyszenia Rodzin Kolpinga. Organizacja ta prowadzi w Syrkowicach dom dla repatriantów z Kazachstanu. Ksiądz pojawił się w tej osadzie popegeerowskiej, położonej pomiędzy Karlinem a Kołobrzegiem już w połowie lat 90. Przejął wtedy upadające gospodarstwo rolne. Tamten okres mieszkańcy wspominają niezbyt mile. – Obiecywał wiele, a potem nas nazwał złodziejami i pozwalniał z pracy – mówi jedna z miejscowych kobiet, która pracowała u księdza. W pałacu niemieckich właścicieli ostatecznie znaleźli schronienie repatrianci. Okazały gmach wyróżnia się w otoczeniu: białe elewacje, nowy dach, wokół ład i porządek. Widać, że wszystko zostało gruntownie wyremontowane. Pukam do drzwi i pytam o księdza J,. Zza uchylonych drzwi spogląda siostra zakonna. – My o niczym nie wiemy – słyszę śpiewny wschodni akcent. W trakcie krótkiej rozmowy dostrzegam trzy staruszki. Stoją w połowie schodów na piętro i ciekawie przypatrują się, kto do nich przyszedł.

Przed domem spotykam maszerującego wzdłuż płotu staruszka. To Stanisław Orliński. – Stanisław Adamowicz Orliński – podkreśla staruszek, który od dwóch lat wraz z żoną mieszka w Syrkowicach. Jest jednym z czternastu pensjonariuszy przebywających obecnie w domu repatrianta „Ojczyzna”. Uśmiecha się i zapewnia, że dobrze się mu tu mieszka.

Znowu prokurator

Sprawa osiedlenia repatriantów w domu „Ojczyzna” też jest obiektem zainteresowania prokuratury, ponieważ kilku z nich złożyło doniesienia na księdza, który miał jakoby ich oszukać i zabrać pieniądze, które otrzymali od państwa na zagospodarowanie. – Odbyło się to zgodnie z prawem – podkreśla Tomasz Rosiński, prokurator rejonowy w Białogardzie. Podobnie jak i zatrzymywanie 70 procent renty bądź emerytury, jako zapłatę za utrzymanie. Ci ludzie, zanim tu przyjechali, wiedzieli, że będą musieli spełnić takie właśnie warunki finansowe: przekazać pieniądze, aby pokryć część kosztów remontu i na bieżąco oddawać część emerytur. Wszystko jest notarialnie potwierdzone. Prokuratura sprawdza natomiast czy faktycznie pieniądze, które ksiądz otrzymał na zagospodarowanie, zostały wydane zgodnie z przeznaczeniem. Jest to około 150 tysięcy złotych, bowiem każdy repatriant otrzymał 4200 złotych, a ksiądz sprowadził do kraju 40 osób. Kapłan dostarczył faktury, które mają potwierdzić rzetelne wydanie tej sumy.

– Jakie tam oszustwa – mówi łamaną polszczyzną 75-letni Stanisław Orliński. – Przecież podpisaliśmy papier, że siedemdziesiąt procent emerytury będziemy oddawać na utrzymanie. I tak jest. Resztę mamy dla siebie – zapewnia. On jest zadowolony. Dzięki księdzu wrócił po latach do Polski. Do brata, który dotarł tu razem z polskim wojskiem. Na starość dołączył do niego.

Głos kurii

Ksiądz Andrzej Żołyniak, rzecznik diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej potwierdza, że od początku sprawy władze kościelne nie dysponują na razie jakimkolwiek oficjalnym potwierdzeniem z prokuratury. Dlatego do tego czasu wstrzymuje się z komentarzami. Zaznacza jednak, że diecezja nie prowadziła działalności gospodarczej, w ramach której skupowałaby i magazynowała zboże.
– Ksiądz robił to jako osoba prywatna, a nie w imieniu diecezji – mówi rzecznik.

W środę, gdy wiadomo było, że zarzuty postawiono już pięciu kapłanom, rzecznik kurii przesłał oświadczenie. Czytamy w nim, że „wiedza, którą dzisiaj posiadamy wynika wyłącznie z doniesień dziennikarskich, niż z oficjalnych dokumentów. Do dzisiaj nie wpłynęło żadne pismo informujące o podejrzeniu, zarzutach stawianych przez organy ścigania. Możemy jedynie domniemywać, że jest to etap postawienia jakichś zarzutów. Składanie merytorycznych oświadczeń jest daleko przedwczesne. Po pierwsze musimy zapoznać się z treścią samych zarzutów (czego dotyczą), wysłuchać osób, rozstrzygnąć to w ramach obowiązującego prawa, a przede wszystkim zobaczyć, jak się to potoczy. Etap podejrzenia to nie wyrok, to początek drogi, która może mieć bardzo różny przebieg i finał” – zauważa ksiądz Żołyniak.

[2005] GP24.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: