Jak krew księdza zalała

Przed ósmą ministrant otworzył kościół i wpuścił wiernych. Potem stanął na środku i oświadczył: Mszy nie będzie, bo ksiądz został napadnięty.

Dawid, ministrant, do dziś zachował esemesa, jakiego otrzymał o 6 rano w niedzielę 5 lutego. Wcześniej ksiądz zadzwonił do niego na komórkę.

– Jąkał się, był zdenerwowany, nie wiedział, co powiedzieć – opowiada Dawid. – Mówił, że został napadnięty.
Potem przyszły dwa esemesy od księdza. Pisał, że ledwie widzi, bo jest cały we krwi. Że właśnie przyjechali do niego przyjaciele z Głogówka i zabiorą go do lekarza. Prosił, żeby przekazać wiernym informację o napadzie przed obiema mszami i wywiesić na tablicach ogłoszeniowych.

– Prowadzimy czynności wyjaśniające w sprawie naruszenia nietykalności cielesnej – mówi Piotr Pogoda, rzecznik policji w Prudniku. – Według pierwszych informacji w niedzielę rano do budynku parafii w Kazimierzu zapukał ktoś, mówiąc, że prosi o wykonanie posługi kapłańskiej. Ksiądz otworzył drzwi i dostał cios w głowę. Na szczęście w drzwiach był zamontowany łańcuszek i napastnik nie wszedł do środka, tylko uciekł. Na razie nie mamy podejrzanego.

Dzień później na parafię w Kazimierzu koło Głogówka przyjechał biskup opolski Andrzej Czaja. Podobno od razu chciał zabierać ze sobą księdza Krzysztofa ze względu na jego bezpieczeństwo. Proboszcz został. W poniedziałek, z obandażowaną głową, odprawił wieczorne nabożeństwo. Dwa tygodnie później wezwano go do kurii na rozmowę. Jej efekty ogłosił parafii na mszy w ostatnią niedzielę.

– Ksiądz płakał, mówił na kazaniu, że to najczarniejszy dzień w jego życiu – opowiada Wiesław Klag, jeden ze stronników proboszcza. – Mówił, że podpisał wniosek o rezygnację z probostwa ze względu na stan zdrowia i ostatnie wydarzenia w parafii. Że plebania zostanie zamknięta do jesieni, a msze będą doprawiać inni księża, dojeżdżający do Kazimierza. Zapowiedział, że w Środę Popielcową odprawi ostatnią mszę, a do kościoła przyjedzie ktoś z kurii, żeby ogłosić dekret biskupa. Postanowiliśmy, że nie damy naszego księdza. Że będziemy go bronić przed przeniesieniem.

Remont, czyli afera

Parafia Kazimierz to trzy małe wioski na wzgórzach koło Głogówka i jeden z najstarszych kościółków w okolicy. Młody ksiądz Krzysztof został proboszczem Kazimierza 24 sierpnia ubiegłego roku. Jego poprzednik, ks. Kazimierz, po trzech latach pracy trafił na probostwo pod Raciborzem. To jeszcze za jego kadencji wybrana została czteroosobowa rada parafialna.

– Od grudnia przestałem chodzić do naszego kościoła. Nie mogłem już słuchać, jak proboszcz wyzywa nas z ambony od czerwonych diabłów – mówi Andrzej Morawec z rady parafialnej.

Niewielka parafia od kilku lat stopniowo, etapami, remontuje swój zabytkowy kościółek. Składali się ludzie, pomagali sponsorzy. Dotacje dokładał urząd gminy i marszałek. W ubiegłym roku poprzednik ks. Krzysztofa podpisał umowę z firmą dekarską na remont części dachu. Prace zaczęły się latem, jeszcze za ks. Kazimierza, i trwały aż do września, gdy parafię przejął już nowy proboszcz.

Spór, a potem wojna zaczęła się, gdy przyszło do rozliczania prac. Proboszcz ks. Krzysztof wstrzymał zapłatę faktur wystawionych przez wykonawcę. Uznał, że parafia nie musi płacić podatku VAT, bo prace konserwatorskie w obiektach zabytkowych są z tego zwolnione. Poza tym kwestionował wykonanie części robót dodatkowych, nie zapisanych w umowie.
– Nie będę udzielał żadnych wywiadów o remoncie kościoła – mówi odwołany proboszcz.

Tymczasem w swoim stanowisku, jakie przekazał do biskupa w tej kwestii, zarzuca radzie parafialnej działania naganne, na niekorzyść Kościoła. Pisze, że bez jego zgody i wiedzy rada parafialna podpisała dokumenty zatwierdzające wykonanie dodatkowych prac i zapłacenie VAT. Że rada, a szczególnie osoby zajmujące się remontem, torpedują jego posunięcia, nie wydają mu dokumentów. Skarży się na wykonawcę prac, który mimo jego obecności na placu budowy kontaktował się tylko z radą parafialną i kierownikiem budowy.

– Proboszcz próbował na mnie wymusić wystawienie drugiej faktury, bez VAT – opowiada właściciel firmy dekarskiej. – Należność zapłacił dopiero po czterech miesiącach, po interwencji prawnika i kurii biskupiej, bo parafia mogła z tego powodu stracić dotację na prace z Urzędu Marszałkowskiego. Nie chciałem się kłócić z Kościołem i zrezygnowałem z karnych odsetek. Roboty dodatkowe zostały wykonane w czasie, gdy w parafii nie było jeszcze nowego proboszcza. Kiedy przyjechał, to nawet nie przyszedł do nas się przedstawić, tylko miał pretensje, że sami nie zeszliśmy z dachu, żeby go powitać. Potem co innego mówił radzie parafialnej, a co innego robił. W całej mojej karierze zawodowej nie spotkałem takiego księdza. Nie dziwię się, że go usunięto.

– Wykonawca nawet do mnie dzwonił z żalem, że prace wykonał, a nie może się doczekać na pieniądze – mówi ks. Kazimierz, poprzedni proboszcz we wsi. – Póki ja byłem w parafii, wykonawca na bieżąco zgłaszał mi, że trzeba wykonać jakieś prace dodatkowe, które wyszły w czasie budowy. To normalna praktyka. Co było potem, nie wiem.

– Prowadzimy ten remont kilka lat i wiemy, że z VAT zwolnione są prace konserwatorskie, ale nie zwykła naprawa dachu nową blachą – mówi Stanisław Troczyński z rady parafialnej. – Naszą rolą było zapłacić za wykonaną pracę. Tymczasem kiedy na spotkaniach domagałem się zapłaty, to ksiądz wyrzucał mnie z rady parafialnej.

Remont według umowy miał kosztować 50 tys. zł. Nieco ponad 30 tys. z dotacji urzędu gminy i marszałkowskiego zdeponowano na koncie parafii, którym jednoosobowo dysponuje proboszcz. Prawie 25 tys. zł z datków od wiernych, zbieranych po domach przez sołtysa Kazimierza, wpłacone zostało na osobne konto bankowe. W wystąpieniu do biskupa proboszcz ks. Krzysztof skarżył się, że odmówiono mu wglądu do stanu tego konta i nie ma na nie żadnego wpływu.

– Jeszcze mój poprzednik stracił kredyt zaufania u ludzi – przyznaje ks. Kazimierz, poprzedni proboszcz. – Skoro więc parafianie chcieli wpłacać swoje datki na remont kościoła na osobne konto, przyjąłem to rozwiązanie. Nigdy nie mieliśmy w tej sprawie zgrzytów.

– Już dawno temu trzech sołtysów ze wsi tworzących parafię dogadało się, że założą takie prywatne konto, tylko na cele remontu kościoła. Wzięła je na siebie nasza pani sołtys – opowiadają Stanisław Troczyński i Andrzej Morawec. – Tymi pieniędzmi zapłaciliśmy wykonawcy za prace, a z konta parafii ksiądz miał zapłacić za materiały do budowy. Każda złotówka zebrana od ludzi jest rozliczona. Pełne zestawienie wydatków i przychodów wywiesiliśmy w gablotkach we wsi i przekazaliśmy proboszczowi. Nawet pokwitował odbiór pisma. Proboszcz wiedział, co się dzieje z tymi pieniędzmi. Za to on nigdy nam nie pokazał operacji z konta parafialnego.

Rzym się wypowiedział

Wieś pękła. Na konflikt w parafii nałożyły się stare, indywidualne pretensje i żale. Obie strony, zwolennicy księdza Krzysztofa i jego przeciwnicy, każde zdarzenie widzą i oceniają inaczej. Jedni mówią, że ktoś na remoncie świątyni robił kokosy.

Drudzy – że skrzywdzono ich i pomówiono po latach ofiarnej pracy dla wsi i parafii, do której dokładali swoje prywatne pieniądze. Dla jednych pobicie księdza było niesłychanym barbarzyństwem, inspirowanym przez parafialną opozycję. Dla drugich – podejrzaną prowokacją. Dla jednych odwołany proboszcz jest wzorowym i rzetelnym kapłanem, który chce rozliczyć poprzednią radę parafialną. Dla drugich to manipulator, który dba o swój interes.

Stronnicy odwołanego proboszcza skarżą się, że całą władzę we wsi skupiło w rękach kilka osób, nie dopuszczając innych do decyzji. Ci zaś są rozżaleni, że nie doceniono ich zaangażowania, i zapowiadają procesy sądowe za pomówienia rozsiewane we wsi i w internecie. Atmosfera jest gorąca. Już wcześniej w Kazimierzu doszło do pobicia młodego człowieka i zniszczenia mienia, co może mieć związek z konfliktem.

– Ksiądz Krzysztof jest bardzo dobrym duszpasterzem. Młodzi i starsi garną się do niego – mówią Małgorzata Stadnik i Piotr Fedorowicz. Jeszcze w grudniu zwolennicy proboszcza zebrali we wsi 207 podpisów pod listem do biskupa, żeby ks. Krzysztof nadal pełnił u nich posługę kapłańską. Pojechali z tym do biskupa Stobrawy. W kurii odbyła się nawet konfrontacja obu stron konfliktu. Według zwolenników proboszcza podobno w pierwszej wersji biskup zgodził się pozostawić im kapłana.

Dzień przed Popielcem wydarzenia w Kazimierzu gwałtownie przyspieszyły. Ksiądz Krzysztof złamał nogę, wracając w poniedziałkowy wieczór z pożegnania z parafianami. Pół dnia spędził u lekarza, wrócił na plebanię obolały i w gipsie. Wieczorem przyjechał do niego komendant policji z Głogówka, dopytując się, co to za pikiety i manifestacje szykują ludzie w obronie proboszcza. Przyjechał też ktoś z kurii, a potem dzwonił sam biskup Czaja.

Do władz kościelnych też dotarły informacje, że parafianie chcą bronić swojego proboszcza przed zabraniem. Proboszcz z Kazimierza dostał nakaz, że do południa w środę ma się zjawić w nowej parafii pod Opolem, gdzie spędzi czas urlopu zdrowotnego, a potem zostanie jako wikary.

– Proboszcz parafii w Kazimierzu poprosił księdza biskupa o zwolnienie z funkcji – wyjaśnia zdawkowo Łukasz Woźniak z biura prasowego opolskiej kurii. – Prośba została przyjęta. Od czwartku ksiądz biskup powołał na funkcję proboszcza ks. Sławomira Kwiatkowskiego, dotychczasowego diecezjalnego opiekuna Ruchu Światło Życie. Ks. biskup odwołał też dotychczasową radę parafialną w Kazimierzu. Nowy proboszcz ma trzy miesiące, żeby wybrać nową radę parafialną.

– Zmusili księdza do podpisania tej rezygnacji. Nie pozwolili go nam nawet pożegnać – żali się Wiesław Klag, pakując na ciężarówkę prywatne rzeczy księdza Krzysztofa. – Kurii zależy tylko na tym, żeby media nie nagłośniły sprawy.

– Nowy proboszcz będzie miał bardzo ciężkie zadanie – przyznają odwołani już członkowie rady.
– Nie będę udzielał żadnych wywiadów – odpowiada przez telefon ksiądz Krzysztof. Już w drodze do nowej parafii.

[2012] NTO.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: