Bór zapłać

Czarne bierze zielone i przerabia na złote.

Kościół kat. zawłaszcza szkoły, przedszkola, żłobki i przychodnie tylko dlatego, że za króla Ćwieczka w budynkach tych mieściły się klasztory. Komisja Majątkowa przy MSWiA aprobuje niemal wszystkie tego typu kościelne roszczenia, choć w ustawie o stosunkach państwo–Kościół z 1989 r. zapisano, że czarni mogą domagać się zwrotu tylko tych nieruchomości, które zabrała im władza ludowa po 1945 r. Pisaliśmy o tym wielokrotnie. W ostatnich latach wśród pracowników firmy Wojtyły nasila się inna tendencja. Sprzyjają jej urzędy świeckiego ponoć państwa, choć łamane jest przy tym prawo i przy okazji tworzą się kościelne latyfundia w średniowiecznym stylu. I znów „NIE” jako pierwsze odsłania kulisy tej grandy.

Wróbel na drzewie

W połowie drogi między Złotoryją a Lwówkiem Śląskim, pośród malowniczych wzniesień Pogórza Kaczawskiego leży wioszczyna Nowe Łąki – kilkanaście domów u stóp zalesionego grzbietu. Niedawno mieszkańcy zauważyli, że ekipa robotników metalową siatką odgradza spory kawał lasu porastającego wzniesienie i ustawia tabliczki z napisem: „Wstęp wzbroniony, teren prywatny”. Jak się okazało, szczęśliwym posiadaczem 15 hektarów starodrzewu stał się ksiądz Franciszek Wróbel, proboszcz parafii w niedalekiej wsi Pielgrzymka. Terenu pilnują cieć i dwa psy. Padre otrzymał las za friko od Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, bo kiedyś obszar ten należał do dużego kombinatu rolnego. Agencja dała, ponieważ proboszcz wystąpił do Komisji Majątkowej w Warszawie z żądaniem zwrotu kościelnej własności. Tak się tylko składa, że las i kawałek pola obok należały do protestanckiej parafii w Pielgrzymce, gdy wieś nazywała się jeszcze Pilgramsdorf i nikomu się nie śniło o układzie jałtańskim oraz nowych granicach w Europie.

Agencja wyraziła zgodę, choć nie miała prawa oddać ani drzewka. Wspomniana ustawa o stosunkach państwo–Kościół kat. daje parafiom prawo do bezpłatnego otrzymania do 15 ha gruntów rolnych, jeśli proboszcz udowodni, że ludowa władza skonfiskowała mu nieruchomość. Stara ustawa o lasach dawała prawo do nabycia od AWRSP gruntów leśnych osobom fizycznym, ale jej znowelizowana dwa lata temu wersja eliminuje taką możliwość. Sejm uznał, że lasy są wspólnym, cennym dobrem narodu. Zaburzanie, przedwojenni obszarnicy i wszyscy ci, którzy liczyli, że dostaną kawał puszczy jako rekompensatę za utracone ongiś mienie, obeszli się smakiem. Wszyscy, z wyjątkiem funkcjonariuszy Kościoła kat.

Jak się dowiedzieliśmy, przypadek księdza Wróbla nie jest odosobniony. Na Dolnym Śląsku, a zwłaszcza w trójkącie między Złotoryją, Lwówkiem i Bolesławcem, kilkunastu proboszczów wystąpiło z podobnymi roszczeniami. Część z nich już stała się posiadaczami kawałka leśnego terenu. Nie wszyscy otrzymali lasy od AWRSP, niektórzy wyrwali je nadleśnictwom. Tak się bowiem składa, że terenami popegeerowskimi zarządza Agencja Własności Rolnej podlegająca Ministerstwu Rolnictwa, a pozostałymi lasami – z wyjątkiem stricte prywatnych – Ministerstwo Środowiska poprzez Regionalne Dyrekcje Lasów Państwowych i nadleśnictwa. Tak czy inaczej, czarni otrzymują grunty leśne należące do skarbu państwa, co jest kpiną z ustawy o lasach.

Rybak na polanie

Po co proboszczom leśna dzicz, często leżąca z dala od parafii? Kiedyś łykali od AWRSP tereny rolne w ten sposób, że rady gmin i małych miasteczek często zmieniały w planach zagospodarowania przestrzennego kwalifikację tych terenów z rolnych na budowlane. Dzięki temu proboszcz z dnia na dzień stawał się właścicielem kilku lub kilkunastu działek budowlanych i pomnażał dobra swoje oraz Kościoła kat.

Pokazano nam na mapie, że dziwnym trafem poszczególne kawałki „parafialnych” lasów na wspomnianym terenie tak się układają, że stopniowo tworzą kompleks. Na przykład na południe od lasu księdza Wróbla swoją część dostanie niebawem proboszcz leżących opodal Twardocic. Jak gadają skaczące po księżych drzewach wiewióry, zamysł stworzenia kompleksu narodził się w zaciszu legnickiej kurii, którą rządzi biskup Tadeusz Rybak. Kuria już wcześniej miała apetyt na dawne poklasztorne dobra w okolicy Krzeszowa, a także na Stawy Przemkowskie, drugie pod względem powierzchni na Dolnym Śląsku. Za każdym razem jednak podnosił się krzyk niezadowolonych, zaś media wzmacniały wrzawę. Teraz lasy wyrywane są po cichu i mało kto wie, o co chodzi.

Rybka na sprzedaż

W lasach należących do skarbu państwa prowadzona jest planowa gospodarka, koła łowieckie dokarmiają zwierzynę i dokonują planowanych odstrzałów. W lasach prywatnych właściciel robił, co chciał. Między innymi dlatego znowelizowano ustawę o lasach, żeby wyeliminować przypadki wycinania cennego starodrzewu dla uzyskania szybkiego szmalu. Nikt nie kontroluje zaś tego, co się dzieje w lasach kościelnych. Mamy informacje o wycince drzew, a przede wszystkim o urządzaniu w środku lasu stawów hodowlanych. Rybka bowiem to szybki i dochodowy interes przy stosunkowo małym nakładzie pracy. Rzecz jednak w tym, że stawy takie powstają bez zezwoleń, ponadto zmieniają tzw. stosunki wodne w okolicy. Część drzew gnije od korzeni, w innych rejonach jest za sucho.

Chyba jednak nikogo nie zaskakuje, że w Pomrocznej są równi w prawach obywatele i równiejsi czarni. Jeśli ktoś kiedyś nawet przyczepi się do faktu, że czarni łykają lasy bezprawnie, ci odpowiedzą, iż czynią to dla dobra narodu. Po wejściu Pomrocznej do Unii tylko te lasy będą nasze, swojskie, katolickie. Tam będą ukrywać się partyzanci z Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin.

[2004] Tygodnik “NIE” Nr. 50/2004

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: