Klecholot

Jedni lubią jeść, inni pić albo dawać komunię. Dziś o księdzu, który lubi latać.

Czyżby Straż Graniczna szukała Azjatów, którzy nielegalnie przekroczyli granicę i na pewno siedzą w Ziutkowej stodole? Nie, to tylko śmigłowiec strażników krążący nad miejscowością Berżniki, gmina Giby, powiat Sejny.

Maszyna latała nad wsią, bo taki był kaprys pasażera. Pasażerem nie był prezydent, premier ani nawet podlaski wojewoda, tylko miejscowy proboszcz. Jak klechę znużyło fruwanie, maszyna siadła na szkolnym boisku. Przestraszyła dzieci i kury. Mniejsza o bachory, ale zestresowane kury przestają się nieść. W Berżnikach wiedzą to na pewno, bo ks. Stefan Dmoch od lat gustuje w lataniu. W związku z czym dali cynk do „NIE”: Proboszcz jest kapelanem Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej. Funkcjonariusze mają z nim krzyż pański, bo nic tylko dawałby im komunię. Jak jedzie na przejście graniczne w Ogrodnikach, w ogóle nie schodzą z pasa kontrolnego, co nam przeszkadza w zacieśnianiu więzi gospodarczych z litewskim powiatem Lazdijaj. Nie wiemy, skąd proboszcz przyfrunął w piątek. Jak Urban jest ciekaw, niech przyjedzie w niedzielę na mszę o dziewiątej. Ksiądz podczas kazania raczy parafian szczegółami, gdzie był, kto go gościł, co podawali na obiad i jak minął lot.

Kościół w Berżnikach drewniany, zimny i brudny. Przed ołtarzem olbrzymi żyrandol z rogów jelenich. Na tacy drobnica. Największa moneta to 2 zł.

Kazanie o podróżującej brzemiennej Przenajświętszej Panience Maryi, która nie znalazła miejsca w żadnej gospodzie i urodziła Jezusa w przypadkowej stajence, staje się pretekstem do opowieści o innej wyprawie.

– Ja też byłem w drodze – mówi ksiądz major.

Gościł w Białymstoku w Straży Granicznej na bożonarodzeniowym spotkaniu. Trwało dwa dni. Było miło. Świeżo zaprzysiężone strażniki w liczbie dwustu wzruszyły się bardzo. Do Berżnik wrócił helikopterem, bo droga daleka – samochodem jakieś 150 km w jedną stronę. Choć pilotów było dwóch, każdy biegły w swoim fachu, przeżył chwile grozy. Życie ludzkie jest kruche, a od Finlandii zerwał się niesprzyjający wiatr. Z powodu tego wiatru musieli zrezygnować z krótszej drogi nad Augustowem. Skończyło się dobrze i jak zwykle wylądowali na szkolnym boisku. Ale to nie koniec nieszczęść. Przed szkołą nie było samochodu Straży Granicznej, który miał podrzucić proboszcza na plebanię. Mróz 16 stopni, a do plebanii będzie z 400 metrów! Utrudzony kapelan bardzo się zdenerwował. Na szczęście szkolny woźny przyjechał do pracy samochodem. Bryka straży pojawiła się wkrótce po tym, jak wielebny opuścił szkolne boisko.

Tym razem major Dmoch nie uraczył wiernych opowieścią o tatarze z łososia, koktajlu z krewetek i karpiu po grecku. Może dlatego, że w świątyni temperatura spadła do 20 stopni poniżej zera, więc bardzo się spieszył.

Po mszy ludzie poszli do sklepu. Większość kupiła „na zeszyt” cukier, chleb, śledzie, kiełbasę zwyczajną…

[2004] Tygodnik “NIE” Nr. 50/2004

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: