FiM – Uwierzyć księdzu

Księża katoliccy nad zwykłymi śmiertelnikami mają taką przewagę, że gdy tylko z jakiegoś powodu zaczyna im się palić grunt pod stopami, troskliwi przełożeni natychmiast ich ukryją.

Ksiądz Jan Maciejewski ponad 40 lat temu pracował w parafii Piotra i Pawła w Żychlinie. Tam poznał go Andrzej Wyrębowski, wówczas uczeń klasy maturalnej. – To była wielka przyjaźń – wspomina pan Andrzej. – Moi rodzice, ludzie mocno i szczerze wierzący, chętnie przyjmowali księdza pod swoim dachem, a on równie chętnie z tej gościnności korzystał. Uczestniczył też w rodzinnych uroczystościach i szybko zaczął być traktowany jak członek rodziny.

Wyrębowski ma dziś prawie 60 lat. Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział mu, że zacznie swego przyjaciela w sutannie nazywać sukinsynem, pewnie by go wyśmiał. A jednak…
  
Rok 2006. Ksiądz Maciejewski ma za sobą mało oszałamiającą karierę duszpasterza ludzi pracy w warszawskiej parafii św. Stanisława Kostki, gdzie przez kilka lat pełnił posługę jako następca Jerzego Popiełuszki. Później wylądował w parafii Matki Bożej Wspomożenia Wiernych na Bielanach.

Pewnego dnia zadzwonił do starego znajomego z prośbą o pożyczkę. – Potrzebował bardzo pilnie przynajmniej 5 tys. zł. Nalegał tak mocno, że aż głupio mi było nie pomóc, tym bardziej że wcześniej już dwa razy odmawiałem. Nie wyjaśniał, po co mu tyle pieniędzy, a ja pomyślałem, że może na urlop potrzebuje – opowiada Wyrębowski. Zabrał więc ze sobą dwa tysiące dolarów – oszczędności zgromadzone na czarną godzinę – i pojechał do Warszawy. Ksiądz Jan obiecał, że odda po wakacjach. Mijały miesiące, podczas których duchowny zapadał w coraz większą amnezję w kwestii pożyczki. Wtedy to rozpoczęły się pielgrzymki Wyrębowskiego na trasie Żychlin–Warszawa. Ksiądz Jan, jeśli w ogóle udało się go zastać w kancelarii, wciąż zwodził, wykręcał się i przekładał termin zwrotu. W końcu Wyrębowski skonstatował, że może nie odzyskać oszczędności. I właśnie ta świadomość oraz fakt, że utrzymuje się z niewielkiej renty, od której jeszcze potrącają mu alimenty, sprawiła, że zaciął się jeszcze bardziej.

W czerwcu 2007 roku napisał do Jana Huryna, proboszcza parafii, w której wówczas pracował ks. Jan, pismo informujące o całej sytuacji. Wtedy też dowiedział się, że nie jest jedyną ofiarą Maciejewskiego. Proboszcz przyznał też nieśmiało, że i z parafii ks. Jan wziął trochę grosza. A Wyrębowskiemu zaproponował, że wciągnie go na listę dłużników. Tego dnia Maciejewski zobowiązał się na piśmie, że dług odda (patrz skan).  Mijały miesiące i nic. Wkurzony już nie na żarty Wyrębowski udał się więc do kurii. Tam stanął przed obliczem kanclerza Grzegorza Kalwarczyka, który historii w skupieniu wysłuchał, skserował zobowiązanie, załamał ręce i odesłał natręta przed oblicze biskupa Mariana Dusia. Jednak i on nie znalazł wyjścia z sytuacji, a już na pewno nie przejawiał chęci spłacenia należności. Wyżalił się przy tym, że ksiądz Jan – na którego nałożyli już kary kanoniczne – za nic nie chce wy-znać ani biskupowi, ani – tym bardziej – proboszczowi, co zrobił z ukradzionymi ludziom pieniędzmi.

Wobec braku reakcji ze strony Kościoła przyjaciel księdza postanowił zwrócić się o sprawiedliwość do świeckiego sądu. I – o dziwo! – wygrał. Na posiedzeniu niejawnym Sąd Rejonowy dla Warszawy-Żoliborza ustami sędzi Doroty Kalaty nakazał „pozwanemu Janowi Maciejewskiemu, aby zapłacił powodowi Andrzejowi Wyrębowskiemu kwotę 5687,35 zł z ustawowymi odsetkami od dnia 2 września 2006 r.”.

Zadowolony, z wyrokiem w ręku, pobiegł więc do parafii, gdzie spodziewał się zastać swojego dłużnika. Nie zastał. Dowiedział się za to, że ks. Maciejewskiego na tej plebanii już nie ma. Żeby zapobiec dalszemu procederowi – kościelnym zwyczajem przenieśli go bowiem do św. Floriana w Mogielnicy…

Tam jednak za duchownym trafił komornik. A że był na najlepszej drodze do sukcesu, hierarchia nie miała innego wyjścia, jak po raz kolejny złodzieja ewakuować. Tym razem ukryto go na tyle skutecznie, że Andrzej Wyrębowski ślad swojego dłużnika zgubił. Wierzy więc, że więcej szczęścia w tropieniu (jak na razie bezskutecznym) będzie miała warszawska prokuratura, do której na początku bieżącego roku zgłosił zawiadomienie o przestępstwie, przedstawiając sądowy nakaz zapłaty i powiadomienie o komorniczym zajęciu.

Nie zamierza się bowiem poddać, a na pytanie, o co mu dziś chodzi, od-powiada bez zastanowienia: – W zasadzie o jedno – niech się ludzie dowiedzą, że tak postępuje następca Popiełuszki, ksiądz i przyjaciel.

PS Postanowiliśmy wspomóc działania prokuratury. Niniejszym informujemy też wierzycieli ks. Maciejewskiego o naszych ustaleniach:

  • do 15 lutego br. kapłan był pacjentem szpitala w podwarszawskich Tworkach („Trzeba go było oddać na leczenie, bo były ciągłe kłopoty. Jego choroba jest taka, że żyje na kredyt” – usłyszeliśmy w kurii);
  • obecnie ks. Jan jest natomiast pensjonariuszem Domu Księży Emerytów w Otwocku.

###

Jan Maciejewski nie jest, niestety, jedynym w kraju księdzem, któremu mało jest cudzych pieniędzy zbieranych i wyciąganych przy każdej okazji. Przywłaszczają więc i liczą na ewangeliczne „zapomnienie”… Żeby się przekonać, jak to robią inni, nie trzeba nawet wyruszać poza Warszawę.

Ostatnie święta Bożego Narodzenia nie były szczęśliwe dla wielodzietnej rodziny państwa Bożejewskich. Ich mieszkanie spłonęło w wyniku zwarcia w lampkach choinkowych. Dziesięcioosobowa rodzina została bez mieszkania i bez dobytku. Z pomocą pośpieszyli wszyscy – sąsiedzi, władze dzielnicy, a nawet strażacy. Atmosfera świąt spowodowała, że kwestę ogłosił też proboszcz pobliskiej parafi i NMP Królowej Świata – ks. Kazimierz Sznajder. Wierni, poruszeni ludzką tragedią, pieniędzy nie szczędzili. Jeśli ktoś jednak sądził, że pleban podliczy mamonę i przez zaspy wyruszy z nią do pogorzelców, głęboko się pomylił. Księdzu Sznajderowi niesienie chrześcijańskiej pomocy zajęło… dwa miesiące. I kto wie, czy ten bogacz w ogóle byłby kasę oddał, gdyby nie interwencja ludzi oraz lokalnej prasy, która sprawę nagłośniła. Przyparty do muru proboszcz przyniósł poszkodowanym równe (?) 10 tysięcy złotych. Tłumaczył przy tym, że… chciał dać im czas, żeby ochłonęli po tragedii i właściwie wykorzystali przekazaną kwotę. A poza tym słyszał, że rodzina ma już dość darów!

Tymczasem dla pani Małgorzaty otrzymana w końcu kwota była niczym manna z nieba. Z radością wylicza, na co się przydała: – Wreszcie mogliśmy odwiedzić córkę w szpitalu w Gryficach, kupiliśmy materac przeciwodleżynowy dla męża, zapłacimy zaległe rachunki…

[2008] FaktyiMity.pl Nr 11(419)/2008

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: