Księża na polowaniu

Połączyła ich pasja. Dzięki niej są serdecznymi kolegami, a może nawet przyjaciółmi. To, że wchodzą na ambonę, to w ich przypadku nic nadzwyczajnego. Leśna jest przecież całkiem podobna do tej, która znajduje się w kościele. To, że spędzają długie godziny podglądając życie zwierząt też jest zupełnie naturalne. Ale już fakt, że sięgają po broń, u niektórych wywołuje wzburzenie. Ksiądz pociąga za spust?!

– Nawet przez chwilę nie przestaję być księdzem. W tym nie ma żadnej sprzeczności, ponieważ łowiectwo niesie wiele dobrego zarówno dla ludzi, jak i dla zwierząt – zaznacza ks. Maciej Grześ, proboszcz parafii św. Antoniego w Lesznie.

– Każdemu, kto złorzeczy na myśliwych mówię zawsze, aby poznał jednego z nich i wybrał się z nim kiedyś do lasu. Na pewno zmieni zdanie – przekonuje ks. Witold Hyla, proboszcz parafii św. Wawrzyńca w Czerninie, gm. Góra.

– Nie ma większych i lepszych ekologów niż myśliwi, no może wespół z leśnikami – wtóruje im ks. Jarosław Grabarek, proboszcz parafii św. Michała Archanioła w Chróścinie, leżącej również w górowskiej gminie.

Trzech kapelanów

Łączy ich wiele. Żaden nie ma myśliwych w najbliższej rodzinie. Łowiectwo, jako pasję odkryli sami. Każdy został myśliwym będąc już księdzem.

– Dla mnie myślistwo jest w pewnym sensie spełnieniem dziecięcych marzeń. Wychowywałem się na wsi, rodzice prowadzili gospodarstwo. Przewodnikiem był dla mnie ojciec, który posiadając dużą wiedzę, fantastyczne opowiadał o zwierzętach, także tych w lesie. I o przyrodzie. Mając jednak takie pochodzenie nie mogłem liczyć na to, że ówczesne władze wydadzą mi pozwolenie na broń – z uśmiechem zaznacza ks. Grześ.

– U mnie to chyba kwestia genów. Mama uczyła biologii i to umiłowanie przyrody odziedziczyłem właśnie po niej. Samym łowiectwem zainteresowałem się w czasie odwiedzin duszpasterskich u wiernych, wsłuchując się w ich opowieści – mówi ks. Hyla.

Najdłuższym stażem myśliwskim z trójki przyjaciół może poszczycić się właśnie ksiądz Witold Hyla z Czerniny. Wymagane egzaminy zdał już 12 lat temu. Szybko zdobył uznanie i sympatię wśród myśliwskiej braci. I to do tego stopnia, że poprosili oni arcybiskupa metropolitę wrocławskiego księdza kardynała Henryka Gulbinowicza, aby specjalnym dekretem uczynił go kapelanem diecezjalnym myśliwych i leśników okręgu wrocławskiego. Jest nim od 2004 roku.

W tym samym roku ksiądz Jarosław Grabarek dopiero zdawał egzaminy łowieckie, a leszczyński duchowny przystąpił do nich trzy lata później. Księża Grabarek i Grześ wspólnie pełnią obecnie posługę, jako kapelani myśliwych okręgu leszczyńskiego. Poza tym swoją wiedzą dzielą się z innymi występując w programie myśliwskim „Na tropie” emitowanym w Telewizji Trwam.

Kontrowersje są, a owszem

– Byłbym hipokrytą, gdyby powiedział, że nigdy nie słyszałem o kontrowersjach, jakie wzbudza myślistwo, zwłaszcza wśród nieznających tematu. Jednak kieruję się starą maksymą, wedle której z opinią ludzką należy się liczyć, ale nie można być jej niewolnikiem – mówi ks. Grześ. – Człowiek musi ingerować w środowisko, aby ono dobrze funkcjonowało. W moim domu rodzinnym zwierzęta zawsze otaczało się szacunkiem, ale im się nie hołdowało, jak proponuje to dzisiejszy, dziwaczny ekologizm.

– Takie jelenie na przykład są szkodnikami dla upraw leśnych – dodaje ks. Hyla, który we Wrocławiu prowadzi zajęcia z etyki łowiectwa. – Naprawdę wielkim nieporozumieniem jest patrzenie na myśliwych tylko przez pryzmat zabijania zwierzyny. Odpowiedzialni są przecież za całą gospodarkę łowiecką. Niektóre gatunki zwierząt wciąż jeszcze żyją tylko dzięki myśliwym.

– Zgadza się. Łowiectwo to bardziej hodowla zwierząt – proboszcz z Chróściny nie ma wątpliwości. – Eliminuje się tylko te sztuki, których w danym gatunku jest w nadmiarze oraz chore lub z jakąś nieprawidłowością genetyczną. Nie wspominając już o tym, że myśliwi dokarmiają zwierzęta zimą, uprawiają poletka kukurydzy dla dzików, aby nie niszczyły upraw rolników, prowadzą inwentaryzację zwierząt czy też budują ambony i wysiadki. Temu poświęcamy większość czasu, który spędzamy w lesie.

Wszyscy przyznają, że przeciwników łowiectwa nie brakuje także wśród duchownych. Ksiądz Witold Hyla wspomina jedną z uroczystości myśliwskich koło Wrocławia, na którą był zaproszony, ale z racji innych obowiązków, nie mógł pojechać. Poprosił więc miejscowego proboszcza o odprawienie mszy. Ten się zgodził, ale w kazaniu zaczął łajać podopiecznych św. Huberta.

– Od 11 lat jestem proboszczem w Chróścinie. Zapraszam okolicznych księży do siebie z okazji różnych świąt, przede wszystkim odpustu. Od kiedy stawiam na stole dziczyznę nie zdarzyło się, aby ktoś negatywnie wypowiedział się o myślistwie – śmieje się ks. Grabarek.

Strzelba na plebanii

Swoją broń kapłani przechowują na plebaniach, w przeznaczonych do tego pancernych szafach lub sejfach. Musi być ona odpowiednio zabezpieczona.

– Żadnej taryfy ulgowej! Tak, jak w przypadku innych myśliwych, odwiedzają nas dzielnicowi, aby sprawdzić, czy wszystkiego dopilnowaliśmy – zapewnia ks. Hyla.

– Dotykając broni wiemy, że mamy do czynienia z czymś bardzo niebezpiecznym. Ktoś, kto o tym zapomina, nigdy nie powinien brać jej do rąk – przestrzega ks. Maciej Grześ, który bronią zainteresował się już w szkole średniej, najpierw strzelał sportowo z łuku, a później z broni krótkiej. – Pozwolenie na broń przyznawane jest w Polsce jedynie osobom, które zasługują na szczególne zaufanie.

– Niektórzy myślą, że interesujemy się łowiectwem, bo mamy ochotę postrzelać. Nic bardziej mylnego. Broń miałem dużo wcześniej, bo próbowałem swoich sił w strzelectwie sportowym. Przygoda z łowiectwem ma zupełnie inne podstawy – podkreśla ks. J. Grabarek.

Oprócz strzelb myśliwym potrzebne są też noże, choćby po to, aby wypatroszyć upolowane zwierze. Dużym znawcą w temacie noży jest proboszcz z Chróściny, który sam je robi i, jak zapewnia, komplet wystarczy myśliwemu do końca życia. Prowadzi też wykłady o nożach dla przyszłych adeptów sztuki łowieckiej.

Pokój myśliwski i ołtarz św. Huberta

Każdy z kapłanów ma swój pokój myśliwski. Urządzony ze smakiem nie tylko oddaje zamiłowanie gospodarza, ale jest też miejscem, gdzie eksponuje cenne trofea.

– Nie tylko swoje. Ze względu na szacunek do zwierząt odkupujemy też kolekcje zmarłych myśliwych. To jasne, że z trofeów, które sam zdobyłem jestem szczególnie dumny – przyznaje ks. J. Grabarek, który razem ze swoim kolegą myśliwym Jerzym Staarem spisał i wydał opowieści myśliwskie. – Mam bardzo bogatą kolekcję lisów. Przez niemal osiem lat polowań udało mi się pozyskać 109 sztuk tych zwierząt.

– Każde strzelanie ma się w pamięci. Choć w mojej szczególnie zapisało się to z 9 września 2008 roku. Pozyskałem wtedy największego, jak dotąd, dzika. Po wypatroszeniu ważył 134 kg! To było koło Grodziska. Jego medalion, na który składa się łeb i oręż, czyli szable i fajki, zdobią dziś mój pokój myśliwski – uchyla rąbka tajemnicy ks. Grześ.

Leszczyński proboszcz ma akcent myśliwski również w kościele. Dwa lata temu stanął tam ołtarz św. Huberta, który ksiądz Grześ nazywa wspaniałym świadectwem wiary kolegów myśliwych. Jego pomysłodawcą był Łowczy Okręgowy w Lesznie Stanisław Grylewicz, a wykonawcami inni myśliwi – autorem płaskorzeźby Marian Murek, a samego ołtarza Robert Kowalski. Podobny ołtarz zawisł też w kościele w Chróścinie.

Księża zawsze polują pod opieką św. Huberta. Proszą go o udane polowanie, a później za nie dziękują. Jakkolwiek by ono nie wyglądało.

– Uczciwie przyznam, że ostatnie dwa lata to był dla mnie okres posuchy, ale w tym roku św. Hubert mi darzy. Choćby ostatnie trzy wyjścia – to trzy pozyskane dziki. Muszę odprawić dla mojego patrona mszę dziękczynną – wyznaje W. Hyla.

Dziczyzna na stole

Wszyscy z jednakowym zapałem wychwalają smakowe i zdrowotne właściwości dziczyzny. Na pewno nie zabraknie jej na ich świątecznym stole. Będą podane na zimno wędliny i smakowite, gorące mięsiwa. Z zaprzyjaźnionej trójki duchownych dziczyzny nie potrafi przyrządzać jedynie ksiądz Grześ. Bo w ogóle nie gotuje.

Dwaj pozostali kapłani świetnie radzą sobie w – jak sami mówią – kawalerskiej kuchni. Nie mają gospodyń. Zaś już prawdziwym mistrzem kulinarnym jest ksiądz Jarosław Grabarek z Chróściny. Nie tak dawno mogli się o tym przekonać widzowie Telewizji Trwam. Wystąpił na jej antenie w jednym z odcinków „Poradnika Kulinarnego” z propozycją rosołu z bażanta i filetów z piersi bażanta.

– Dziczyzna to prawdziwe wyzwanie dla kucharza. Wymaga odpowiedniego przygotowania i znajomości techniki gotowania, bo w przeciwnym razie nawet kawałek najlepszego mięsa może okazać się niezjadliwy. Najdelikatniejsza i najsmaczniejsza z pewnością jest sarnina, która jednak ma specyficzny zapach, dlatego przed jej przygotowaniem można się go pozbyć, mocząc mięso w maślance lub zaprawie warzywnej z dżinem – tłumaczy ks. Grabarek.

– Gotować, co prawda nie potrafię, ale z oceną smaku nie mam problemu i zapewniam, że to wyjątkowo smaczne mięso. Poza tym, czego nikt nie odważy się kwestionować, dziczyzna jest zdrowsza od mięs zwierząt hodowlanych. Zwierzęta leśne żywią się wyłącznie naturalnymi składnikami. W ich mięsie nie znajdziemy spulchniaczy, konserwantów, hormonów czy antybiotyków. Prawie nie posiadają tłuszczu. Naprawdę warto je kupić. Każdemu, kto jeszcze nie jadł, szczerze polecam – podkreśla leszczyński proboszcz.

[2011.12.26] Panorama.Media.pl

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: