Biskup Farmazon c.d.

Tym razem konferencja Episkopatu odbyła się w Wigrach. Być może wcale nie dlatego, że biskupi chcieli porozmawiać w ciszy, z dala od zgiełku świata. Być może biskupi zdecydowali się na Wigry ze strachu ­ uciekli, do ostatniej chwili skrywając miejsce swojego weekendu.

Andrzej W. i Zbigniew Z. z Gdyni naprawdę sprawiają wrażenie, że są zdecydowani na wszystko. Jeśli mówią, że przyjadą na konferencję biskupów i położą się im w drzwiach, żeby musieli przejść po ich krzywdzie, to rzeczywiście mogą tak zrobić. Rodzina Piechów z Nowego Sącza już urządziła głodówkę pod oknami pałacu prymasa. A przecież Andrzej W. i Zbigniew Z. pożyczyli Kościołowi kat. nie pięćdziesiąt, jak Piechowie, lecz znacznie więcej tysięcy dolarów! Choć formalnie pożyczał ksiądz Jan Halberda, proboszcz Parafii św. Jerzego w Elblągu, dyrektor ekonomiczny tamtejszej kurii zarazem, to jednak w imieniu kurii i za wiedzą jej szefa ­ biskupa Andrzeja Śliwińskiego.

Onże biskup, dokąd mógł, a nawet jeszcze dłużej, utrzymywał, że nic o tych pożyczkach nie wiedział i w żaden sposób z nich nie korzystał. W poprzednim numerze „NIE” opublikowaliśmy kopię podpisanego przez niego pisma, z którego wynika jednoznacznie, że akceptował zaciąganie długów. Od pewnego czasu biskup Śliwiński nic już nie mówi. Zamknął się w swojej kurii i nawet nie odbiera telefonów.

Złoty wiek
Początek lat 90., to dla Kościoła kat. w województwie elbląskim okres, który pod względem darowizn, zapisów i podarków da się porównać chyba tylko ze średniowieczem. Kuria elbląska powstała dopiero co, więc każdy co znamienitszy pan pragnął zapisać się jako pionier od budowania jej zrębów. W kurii zaś od budowania był ksiądz Jan Halberda. Brał wszystko. Dawali wojewoda i prezydent miasta, radni i wojsko.

Jeśli powiemy, że w krótkim czasie prawie pół Elbląga przeszło w kościelne ręce, to przesadzimy tylko trochę. Oprócz placów, domów i sklepów dawano pieniądze ­ jeśli nie od razu, do ręki, to w formie wiarygodnych obietnic. Gdy wojewoda, prezydent miasta lub radni obiecywali, że odpowiednie dotacje zapiszą w budżetach miasta i województwa, to ksiądz Halberda miał prawo sądzić, że już jakby te pieniądze ma. „Nasza” prawicowa władza nie będzie przecież robiła z gęby cholewy.

No i poszedł na całość: dom samotnej matki, hospicjum, szkoła katolicka, przedszkole i siedziba kurii ­ jak okiem sięgnąć pięły się w niebo kościelne mury. Ci od piasku i wapna, od cementu i cegły, tynkarze i hydraulicy ­ wszyscy ci fachowcy to mają jednak do siebie, że jak przychodzi wypłata, to lubią ją dostać do łapy. Na te ich przyzwyczajenia miały zapracować liczne sklepy i punkty handlowe, które też dawano tamtejszemu Kościołowi garściami.

Kalkulacja była taka, że Halberda załatwia sklepy dla osób świeckich, które w zamian dawały Kościołowi swoje nazwisko i pracę. Zysk również, po odliczeniu swojego zarobku, rzecz jasna. Choć interes był uczciwy, choć bez Halberdy nie mieliby zbyt wielkich szans na sklepy położone w najlepszych punktach miasta, to jednak diabeł zdeprawował ich serca. Bo jak inaczej wytłumaczyć sobie, że rychło ci niewdzięcznicy wykombinowali, że skoro interes jest na nich zapisany i oni płacą podatki, to przecież nie będą do końca życia płacić jeszcze księdzu daniny. I tak, ludzie z otoczenia Jana Halberdy psim swędem rośli w siłę i dostatek, on zaś przeciwnie ­ wpadał w coraz większe tarapaty.

Jak księdza wessało
Piętrzyły się rachunki, a forsy nie było. Mimo że wszyscy obiecywali, że będzie. Dajmy na to radni uchwalili, że dofinansują szkołę katolicką dwoma miliardami z kasy miejskiej, a prezydent Elbląga potwierdzał tę obietnicę, przez co zyskiwała ona na solenności. Gdy Halberda, mający takie gwarancje, zwrócił się o pożyczkę, to pożyczkodawcy nie mieli najmniejszych wahań. Tyle tylko, że po drodze były wybory samorządowe, zmienił się skład Rady Miasta, a nowi radni nie byli już tak przykruchtowi, jak ich poprzednicy. Nie widzieli powodu, dla którego akurat szkoła katolicka miałaby dostać dwa miliardy złotych z kasy miasta, a zwykłe szkoły publiczne nie. I tak szlag trafił obietnicę.

Długi jednak zostały. Żeby je spłacić, ksiądz Halberda zaciągał nowe pożyczki, coraz bardziej rozpaczliwie, na coraz bardziej nierealnych warunkach.

Mam przed sobą kopię umowy, z której wynika, że ksiądz pożyczył 10 miliardów złotych i zobowiązał się oddać je po miesiącu! Wedle innej, zobowiązał się do 30-procentowych odsetek miesięcznych (!), gdyby w ciągu roku nie oddał 130 tysięcy dolarów. Jego „sława” niosła się szeroko po Polsce.

Wkrótce nad głową Halberdy krążyć zaczęły całe chmary niebieskich ptaków. Roztaczali przed nim miraże szybkich i stosunkowo prostych kredytów, wspaniałych inwestycji, które dadzą bajeczny dochód… trzeba tylko jeszcze troszeczkę zainwestować, ciut poczekać i karta się odwróci. Ksiądz skręcał się, piszczał, sięgał do najgłębszych pokładów pomysłowości i zawsze jakoś wysupłał parę groszy na coraz to nowe pomysły. Nie wzbudzały w nim obrzydzenia nawet te, o których mówiono mu, że będą szemrane.

Na przykład w pewnym momencie znaleźli się koło niego dwaj dżentelmeni, którzy obiecali załatwić bez problemu kredyt w jakimś banku w Liechtensteinie. Ot, po prostu ­ jest bank, który ma kłopoty, bo grozi mu bankructwo i jest drugi bank, który też ma kłopoty, gdyż gotówka, którą dysponuje, tylko częściowo jest czysta. On więc chętnie pożyczy te swoje brudne pieniądze biedakowi, pod warunkiem, że zostaną zainwestowane tak, żeby je wyprać. Budowa potęgi kurii biskupiej mogła być taką inwestycją jak najbardziej. Ryzyko ­ praktycznie żadne. Za tę drobną przysługę nie trzeba byłoby zwracać całej pożyczonej sumy, tylko do pewnej, umówionej wysokości. Na wielokrotne podróże swoich dobroczyńców do tego Liechtensteinu i do Szwajcarii ksiądz Halberda roztrwonił wcale niezły grosz.

Były i inne fantazje. Jak na przykład ta, że proboszcz, wespół z zachodnim inwestorem, pobudują na terenie województwa elbląskiego wielką elektrownię wiatrową. Inwestor zachodni miał mieć 51 procent udziałów, kuria resztę. Zachodniak dawał forsę, biskupstwo załatwiało teren i całą biurokrację, w takich razach wymaganą. Elektrownia miała być włączona do sieci państwowej, a forsę do kabzy napędzałby wiatr.

Po wielu rozmowach z wierzycielami księdza Halberdy, mam prawo podejrzewać, że nie dawali mu tylko swoich pieniędzy, lecz robili zrzutkę w swoim środowisku i wśród swoich znajomych. Żeby nikogo specjalnie nie obrazić powiem, że mogli to być ludzie dysponujący gotówką, której nie dałoby się do końca rozliczyć przed urzędem skarbowym. Ich pożyczki nie były też wcale dowodami miłości do Kościoła kat. Były raczej wyrachowanymi inwestycjami. Wcale też nie mam pewności, czy rzeczywiście ksiądz pożyczył tyle, na ile opiewają te mordercze dla niego umowy.

Na mój gust przynajmniej niektóre wyglądają podejrzanie. Obecna „łaskawość” wierzycieli, którzy wspaniałomyślnie rezygnują z należnych, zapisanych w umowie pożyczki, odsetek i domagają się „jedynie” zwrotu sumy podstawowej, też jest jakaś taka mało wiarygodna. Przychodzi mi do głowy, że ludzie mogli na przykład pożyczać księdzu złotówki, które on zobowiązywał się oddać, przeliczając je na dolary i z odsetkami takimi, jak w bankach dla lokat dewizowych lub wyższymi nawet. Mógł też podpisywać, że wziął więcej niż naprawdę dostał, czyli że mógł godzić się na pranie pieniędzy pochodzących z szarej strefy. W każdym razie wydaje się pewne, że proboszcz Parafii św. Jerzego z Elbląga zabrnął tak daleko, że podpisałby wszystko, byle tylko dostać choć parę groszy na załatanie najpilniejszych dziur i odwlec kompromitację.

Cień biskupa
Andrzej W. i Zbigniew Z., choć najchętniej skopaliby księdzu Halberdzie tyłek, są przekonani, że nie wziął tej forsy dla siebie. Nie używał bab, nie pił gorzały, nie grał w karty, przeciwnie ­ na ich oczach, ich pieniędzmi, płacił różnym fachowcom za wykonaną robotę. Ich zdaniem, zwierzchnik księdza, biskup elbląski Andrzej Śliwiński wiedział, że Halberda, dyrektor ekonomiczny kurii, było nie było, pożyczał pieniądze i zgadzał się na to. Ich domysł potwierdza zresztą pismo podpisane przez biskupa, w którym wyraża zgodę na zaciągnięcie pożyczki ­ to samo, które publikowaliśmy przed tygodniem. Także kserokopie umów, które są w posiadaniu redakcji, zawierają informację, że ksiądz pożyczający pieniądze reprezentuje parafię, a nie siebie jedynie.

Według Andrzeja W. i Zbigniewa Z. największymi wierzycielami kurii elbląskiej oprócz nich są Piechowie z Nowego Sącza ­ ponad 50 tysięcy dolarów, i Towarzystwo Wspólnego Inwestowania Spółka Akcyjna z Elbląga ­ ok. 35 miliardów złotych. Jest jeszcze dość spora gromada pomniejszych, na przykład Elbląskie Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej, które pożyczyło „tylko” 2 miliardy.

Biskup Śliwiński dokąd mógł udawał, że jest kompletnie zaskoczony. Nie chciał słyszeć o spłacaniu. Kuria nie ma z tym nic wspólnego ­ utrzymywał. Potem wyrzucił Halberdę z pracy ­ pozbawił probostwa i mieszkania na plebanii. Zabronił mu również odprawiania mszy. Jednocześnie na łamach prasy przekonywał, że przecież pieniądze nie zostały roztrwonione, że wybudowano za nie wiele potrzebnych kurii i społeczeństwu obiektów. Kto wie, czy nie to właśnie najbardziej rozwścieczyło pożyczkodawców. To miał być wspólny interes, a nie darowizna, broń Boże.

Najpierw zaczęli nachodzić Halberdę, potem biskupa. Gdy wreszcie zamknął przed nimi bramę, trafili do Pieronka. Ów, znany z dziennika telewizyjnego, moralista współczuje im, nie może wyjść ze zdziwienia, że w ogóle doszło do takiej nieprzyjemnej sytuacji, zgadza się, że sprawa musi być załatwiona. Ona jednak, skubana, ciągle załatwiona nie jest. Pożyczkodawcy ­ wspólnicy kurii elbląskiej w jej interesach ­ w desperacji trafili nawet do Watykanu. Do największego autorytetu moralnego nie dostali się wprawdzie, ale w jego pobliże i owszem. Ich rozmówcą był bliski przyjaciel papieża, ojciec Hejmo, dyrektor Domu Pielgrzyma Polskiego. Też był zdziwiony, też się zmartwił, też obiecał pomóc, ale skutek jest taki sam, jak skutek obietnic krajowego Pieronka.

Zdesperowani biznesmeni, tak boleśnie ugodzeni w kieszeń i, co również nie bez znaczenia, poturbowani na honorze, wpadają na coraz bardziej fantastyczne pomysły odzyskania swoich pieniędzy. Gdyby dobry Bóg choć w części chciał spełnić ich zachciewajki, musiałby wyczerpać parowieczny limit cudów.

Towarzystwo Wspólnego Inwestowania na przykład wykombinowało sobie, że ich dług w kurii mógłby, poprzez wojewódzki Urząd Pracy, wykupić minister Miller, płacąc ze środków Funduszu Pracy. Następnie wierzytelności te miałby przejąć Bank Gdański i z chwilą, gdyby były to wierzytelności skarbu państwa, umorzyłby je. Paradne jest to, że jednym z mózgów tego Towarzystwa jest Jan Purzycki, scenarzysta filmu „Wielki Szu” ­ o oszuście karcianym ­ miłośnik Pana Prezydenta Wałęsy, jeden z jego sezonowych kancelistów, prawicowiec z przekonania, młot na komuchów. Okazuje się jednak, że gdy idzie o forsę, to nawet Miller pięknie mu pachnie, byle tylko pchnął państwową kasę we właściwym kierunku.

Również Urban stał się obiektem adoracji wierzycieli kurii biskupiej w Elblągu. Temperaturę uczuć do Kościoła kat. do tego stopnia wyznacza u nas kasa, że wierzyciele gotowi byli rzucić biskupa Śliwińskiego na pożarcie Urbanowi, byle tylko ten antychryst zechciał wykupić ich długi. Mimo że zdeklarowani katolicy, to godzili się z perspektywą poniżania hierarchy poprzez ciąganie go po sądach przez Żyda i szydercę w jednym. Wystawili Urbanowi biskupa na strzał, jak się myśliwemu wystawia kozła. Zaangażowali do tego pomysłu całą sieć znajomości i próbowali do nas dotrzeć przez struktury SdRP, bo wierzyli, że co SdRP każe, to Urban wykona.

###

Cała ta sprawa jest jednak nie tylko do śmiechu. W naszym przekonaniu stawia ona na przykład na porządku dnia problem wiarygodności dostojników kościelnych. Okazuje się otóż, że robienie z nimi interesów może dawać akurat takie same korzyści jak wyrzucanie pieniędzy w błoto. Do tej pory myśleliśmy, że tylko polityczne z nimi spółkowanie jest szczytem naiwności.

Jakkolwiek jednak będzie, takie sytuacje będą się mogły powtarzać dlatego, że Kościół kat. jest w Polsce jedyną instytucją, której finanse są poza kontrolą. Nie wiadomo, jakim majątkiem on dysponuje, jakie są jego prawdziwe wpływy i jakie wydatki. Jaka część jego pieniędzy jest oficjalna, a jaka pochodzi z przedsięwzięć o niezbyt jasnym charakterze. Nie wiadomo, co jest darowizną, a co dochodem z posług religijnych. Ile pieniędzy wyjeżdża corocznie z kraju w postaci świętopietrza, a ile napływa ­ choćby w postaci darów na rzecz działalności charytatywnej.

Wszystko to jest niejasne, skrywane, a każda próba spojrzenia na księże interesy traktowana jak zamach na religię, czyli jak świętokradztwo.
W Polsce tylko ze zwykłych obywateli można zedrzeć podatki co do złotówki.

[1995] Tygodnik NIE Nr 39/1995

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: