Duszoroby

Ksiądz roztrzaskał 66-letnią kobiecinę i uciekł z miejsca zdarzenia, nie zadając sobie trudu, aby np. udzielić ostatnich namaszczeń. Zakonnik terenową Toyotą staranował „Maluszka”, bez zahamowań wyjeżdżając na skrzyżowanie z drogi podporządkowanej. Otoczone by-passami serce 72-letniego pasażera nie wytrzymało stresu i odmówiło posłuszeństwa.

Do pierwszego wypadku doszło w Wielki Czwartek (27 marca) 1997 r. Jak przystało na kapłana, 41-letni Franciszek B., ksiądz z Nielisza (pow. zamojski) udał się na rekolekcje pokutne, czyli do swego kolegi, szefa parafii w Klemensowie. Przypadkiem przebywały tam dwie dzierlatki w wieku rębnym. Zbierały materiały do pracy magisterskiej jednej z nich. Wieczór minął przy herbacie, a gdy zmrok zapadł, jedna z dziewcząt nieśmiało napomknęła, że musi jechać do Zamościa, bo ma właśnie ostatni autobus. Ksiądz rycersko zaproponował, że odwiezie ją swoim nowym Fordem Escortem.

Włączyło się turbo
Droga z Klemensowa do Zamościa wiedzie przez miejscowość Wielącza, dla kierowców tzw. teren niezabudowany. Warunki były wyśmienite do tego, aby wypróbować możliwości nowego auta, co Franciszek B. ochoczo uczynił. Nie wiadomo, jak szybko jechał ­ biegli sądowi stwierdzili, że miało to być od 100 do 140 km/h. Sam podejrzany zeznał, że nie miał czasu spojrzeć na licznik. Czuł tylko jak pod maską włączyła się turbosprężarka.

66-letnia Aniela B. wysiadła z autobusu PKS. Z przystanku do domu miała około 100 metrów. Przechodziła przez ulicę, gdy uderzył w nią Ford księdza. Kierowca nawet nie hamował. Auto dosłownie rozkawałkowało kobiecinę. Jej szczątki policja zbierała w przydrożnych rowach. Prawdopodobnie, jak stwierdzili biegli, 66-letnia Aniela B. nawet nie zauważyła samochodu.

Kobieta nie ważyła wiele, ale swoje szkody zrobiła. Kilkaset metrów od przystanku autobusowego, w oświetlonej zatoczce, ksiądz zatrzymał auto, aby ocenić straty. Zatrzymujący się pojazd dojrzał właściciel sąsiedniej posesji. Jak zeznał przed sądem, z auta wysiadły dwie osoby, z wyglądu mężczyźni. Jedna zapytała ­ „uciekamy”? Następnie zamienili się miejscami i pojechali okrężną drogą do Nielisza.

Po przyjeździe na plebanię ksiądz ukrył rozbity samochód w szopie. Pasażerka, której szyba zaprószyła oko, zadzwoniła po siostrę. Ta zawiozła ją do znajomej pielęgniarki, która opatrzyła ranę. O całej sprawie wszystkie natychmiast zapomniały.

Wakacje w nagrodę
Przybyła na miejsce wypadku policja, nie wiedząc, z kim ma do czynienia, ostro zabrała się za szukanie sprawcy. Najpierw pozbierali pozostałe na miejscu zdarzenia części auta. Ponieważ ciało kobiety uszkodziło miskę olejową, pozbawiony smarowania silnik mógł uciągnąć auto tylko w promieniu kilkunastu kilometrów. Wyselekcjonowano wszystkich właścicieli białych Escortów w okolicy i przystąpiono do żmudnych poszukiwań.

Do księdza funkcjonariusze dotarli po dwóch dniach, w Wielką Sobotę. Właściciel auta zarzekał się, że pożyczył go znajomemu z Lublina, i nie wie, co się z nim dzieje. Jeden z policjantów okazał się wścibski i zajrzał do szopy. Zobaczył tam roztrzaskanego białego Forda, pięknie wymytego z krwi i resztek mózgu ofiary.

W prokuraturze sprawa utknęła na osiem miesięcy. Głównie dlatego, że podejrzany nie przyznawał się do winy, utrzymując, że potrącił psa. Nic nie pamiętała też pasażerka. Oskarżenie oparto więc na ekspertyzie biegłych z renomowanego Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. Sehna z Krakowa.

Biegli stwierdzili, że ksiądz jechał za szybko, a mijając autobus zbyt późno zmienił światła. Sąd Rejonowy w Zamościu uznał, że zasadniczą winę za spowodowanie wypadku ponosi piesza, która powinna była ustąpić przed nadjeżdżającym samochodem, nawet jeśli go nie widziała. Wina księdza była przez to mniejsza i skazano go na 1,5 roku bezwzględnej odsiadki.

Kodeks przewiduje za ten czyn karę do 12 lat więzienia. Od wyroku apelację wniosła prokuratura, uważając, że kara jest za niska, a także obrońca księdza, któremu wyrok wydał się zbyt ostry. Organ odwoławczy, czyli Sąd Okręgowy w Zamościu zwrócił sprawę do ponownego rozpatrzenia przez Sąd Rejonowy z zaleceniem sprawdzenia, czy ksiądz mógł uniknąć wypadku, gdyby jechał z mniejszą prędkością. Sprawdzało to dwóch biegłych z warszawskiego PZMot oraz z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego KGP. Wyszło im, że mógł, gdyby jechał z prędkością bezpieczną około 80 km/h, w porę zmienił światła i zaczął hamować.

Sąd nadal miał wątpliwości, więc zlecał opinie uzupełniające, wzywał biegłych, którzy nie przyjeżdżali. O sprawie powoli zapominano ­ do sądu nie przyjeżdżali już tak licznie krewni i sąsiedzi ofiary. Żeby zadbać o wszechstronne i ciche wyjaśnienie sprawy, sędzina wyrzuciła z jednej z rozpraw dziennikarza miejscowej gazety. Pismak nie zdążył nawet zdjąć płaszcza, nie mówiąc o wyjęciu długopisu.

28 września br., po 4,5 roku od wypadku, sąd wydał kolejny wyrok. Uznał, że wina pieszej była jeszcze większa, niż poprzednio i skazał księdza na dwa lata w zawiasach na trzy. Sądowi było o tyle łatwiej, że prokuratura, która przecież apelowała o wyższą karę niż 1,5 roku odsiadki, w mowie końcowej poprosiła o 2 lata w zawieszeniu na pięć lat.

W środowisku prawniczym w Zamościu słychać, że ksiądz będzie znowu apelował. Jak na ostatniej rozprawie mówił jego obrońca przed wydaniem wyroku, ksiądz może być uznany jedynie winnym ucieczki z miejsca zdarzenia, bo winna wypadku była piesza. A ucieczka to wykroczenie, które w dodatku już się przedawniło…

Koledzy księdza z Kurii Biskupiej oświadczyli, że za karę wysłali go na dwumiesięczne „rekolekcje pokutne” do malowniczo położonego klasztoru w Dukli.

W Bogu równi
Do szczęśliwego finału zmierza też sprawa 47-letniego Andrzeja B., zakonnika ze Zgromadzenia Ducha Świętego z Chełmszczanki pod Bydgoszczą. Podczas wakacyjnego pobytu w lipcu 1999 roku w Żdanowie pod Zamościem spowodował tragiczny w skutkach wypadek drogowy. Zakonnik wracał nad ranem z całonocnej balangi. Przejechał przez skrzyżowanie z drogą główną i z imptetem przypieprzył w jadącego prawidłowo „Malucha”. Pasażer Fiata 72-letni Stanisław H. ze skomplikowanym złamaniem nogi trafił do szpitala. Nie to jednak było przyczyną jego rychłego zejścia. Krótko przed wypadkiem przebył operację wszczepienia by-passów, więc serce staruszka nie wytrzymało stresu spotkania z duszpasterzem.

Mieszkańcy Żdanowa chcieli na miejscu wypadku zlinczować faceta w sukience, ale powstrzymali ich przed tym policjanci. Obiecywali ludziom, że pijanego (ponad 2,7 promila alkoholu we krwi) zakonnika na pewno czeka sprawiedliwa kara. Po wytrzeźwieniu Andrzej B. wyszedł z aresztu za kaucją i natychmiast wyjechał na Pomorze.

Dwa miesiące temu Sąd Rejonowy w Zamościu skazał zakonnika na 4 lata odsiadki. Uznał przy tym, że duchowny winny jest śmierci staruszka, a nie tylko jego zranienia, jak chciał obrońca. Adwokat ojczulka odwołał się od wyroku. Sąd Okręgowy w Zamościu zwrócił sprawę do Sądu Rejonowego do ponownego rozpatrzenia.

Nakazał uzupełnić dowody między innymi o opinię biegłego, który ma określić, z jaką prędkością jechał zakonnik. Sędziów zdziwiło, że po wypadku poziom alkoholu we krwi zakonnika rósł zamiast spadać. Widocznie do głowy im nie przyszło, że kierowca golnął sobie dla kurażu tuż przed podróżą, choć zeznał, że przez całą noc wypił tylko dwa piwa. Według Sądu Okręgowego, istnieje przypuszczenie, że do śmierci pasażera przyczynili się lekarze szpitala w Zamościu, którzy źle się nim zaopiekowali po wypadku.

Zdaje się, że jedynym stwierdzeniem które satysfakcjonowałoby okręgową Temidę jest to, że to staruszek chcąc ze sobą skończyć wymusił pierwszeństwo na duchownym i jego Toyocie. Bowiem co prawda wszyscy obywatele są równi wobec prawa, ale księża są dla sądów nadrówni.

[2001] Tygodnik NIE Nr 42/2001

Możliwość komentowania jest wyłączona.

%d blogerów lubi to: